Posty z kategorii: "varia"


the end?

2010-08-03 19:04:30

Dwusetny post.

I chyba będzie na tyle.

Może kiedyś jeszcze, może gdzie indziej?

Żegnam się z blogowiskiem jedną z ulubionych moich płyt...

 

 

 

 

 

 

 

Butelka Jacka Danielsa skończyła się dawno...

Chciałbym móc tak powiedzieć, lecz bazgrolę w przerwach pomiędzy kolejnymi pacjentami...

Żegnam. Może nie na stałe? Kto wie, czym uraczy nas dzień jutrzejszy...

Misiek

czytaj resztę »

Dodane w muzyka , varia | Komentarze 33 , zobacz komentarze

zmęczenie materiału

2010-08-02 23:24:06

Jestem wyeksploatowany.

I fizycznie i psychicznie.

 

Remont w mieszkaniu (choć z poślizgiem, bo jeszcze się nie zaczął na dobre) już mnie zmęczył. Wszak wybieranie mebli, koloru farb, rodzaju tapet i innych takich nie jest łatwym zadaniem dla dwojga ludzi mających odmienną koncepcję na wystrój wizualny. A i koncepcja funkcjonalności wadzi znacznie w całym przedsięwzięciu. Poza tym rozpoczęty reanimacją dzisiejszy dzień (choć udana co prawda) także nie nastroił mnie dziś pozytywnie do świata. Potem było tylko gorzej...

 

Wywietrzywszy w weekend piwnicę - jak pusto tam teraz, okazało się bowiem, że zawartość większości pudeł to ciuchy i zabawki potomka - rozdaliśmy większość z rzeczy różnym znajomym, część zaś trafiła do pobliskiego komisu. Każda koszulka, spodenki, czy zabawka otulona wręcz była mgiełką wspomnień. A to pierwsze kroki, a to prezent od chrzestnej, a to ciuszki kupione przez rodziców, a tym bawił się tak fajnie, a jak lubił tę książeczkę... Łza się w oku zakręciła...

 

Podobnie jak przegląd zawartości najwyższych pólek, najgłębszych szuflad, ukrytych zakamarków mieszkania... Wszędzie wspomnienia, atakujące z wnętrza komody, zawartością szafy czy niezliczonej ilości pudełek i pudełeczek... Niby łatwo pozbyć się wielu ze znajdowanych tamże przedmiotów, lecz często sentyment podsuwa myśli zupełnie nierozsądne. W ostatecznym rozrachunku (wewnętrzna walka ze sobą) rozwaga zwykle zwycięża...

Eh! Remont to ciężka robota! Nie tylko fizyczna... 

czytaj resztę »

Dodane w varia | Komentarze 2 , zobacz komentarze

let the sunshine

2010-08-01 21:26:25

Jak mi jest nie do końca fajno lub nie do końca wiem co się ze mną w szczególe dzieje, lubię sobie wtedy posłuchać muzyki lub obejrzeć film. Najlepiej jak idzie to w parze - w sumie muzyka filmowa należy do jednego z lepszych gatunków twórczych w zakresie dźwięków. I... mam jedno takie dzieło które, choć może wydawać się to bardzo dziwne, nastraja mnie całkiem nieźle do życia. A odnosiłem się do niego w kilku moich poprzednich postach (czyżby źle mi było wtedy?!). Co prawda domyślam się dlaczego jest dla mnie "świeżym powietrzem", lecz nie zdradzę tu szczegółów mych przemyśleń. A myślę ostatnio dużo (o wiele za dużo!!!) :))) 

 

Oto finałowy kawałek filmu wraz z początkiem napisów końcowych :)))

 

czytaj resztę »

Dodane w muzyka , varia | Komentarze 1 , zobacz komentarze

kryzys wieku średniego?

2010-08-01 01:09:00

Pamiętam taki oto kryzysowy skecz kabaretu TEY: Smoleń (S) mówi: "W Egipcie żyli dwaj bracia - Ramzes i..." Na to Laskowik (L): "Kryzys!" S: "Ramzes umarł" L: "A kryzys żyje!"

Bardzo krótkie, ale treściwe!

 

Tak jest ze mną. Ramzes już dawno umarł, a kryzys nadal króluje. Nie tylko ten ogólnoświatowy. Przechodzę jakiś kryzys. Jeszce nie wiem jaki, ale większość objawów (opisanych w różnych źródłach) przemawia jednak za typowym kryzysem wieku średniego :))) Może zabrzmi to kokieteryjnie (wszak młody już nie jestem, a starym się nie czuję), lecz coraz częściej zadaję sobie różne pytania. I te prozaiczne, i te wręcz egzystencjalne. I co najgorsze na wiele z nich nie znajduję konkretnych odpowiedzi...

 

Na prawdę nie wiem co to jest. Zmęczenie? Nostalgia? Czy opisywany kryzys wieku średniego?

 

W moje ręce wpadła jednocześnie, przy ogromnej współpracy Muminy (dzięki jej w tym miejscu za to serdeczne!), płytka o (cóż za ironia!) wiele mówiącym tytule "Crisis". Mike Oldfield w towarzystwie Maggie Reilly, Jona Andersona i Rogera Chapmana. Rewelacyjne! Intrygujące! Niepokojące! Acz momentami kojące (Choć nie na dzisiejszą aurę, zwłaszcza sprzed burzy :)))

 

Oto jeden z kawałków zamieszczonych na krążku. I choć już wcześniej gdzieś przewinął się wśród moich postów, to obecnie zamieszczony "pseudovideoclip" bazuje na mych fantastyczno-naukowych czytadłach i przenosi mnie trochę w (nie)lekko fantazyjne marzenia wieku średniego... 

 

 

 

czytaj resztę »

Dodane w varia , muzyka | Komentarze 4 , zobacz komentarze

piątek, wekendu początek...

2010-07-30 23:20:28

Weekend. Koniec tygodnia.

Weekend. Ulubione słowo prawie wszystkich pracujących.

Weekend. Dni wolne od pracy z reguły podlegające wypoczynkowi.

Weekend. Dni, w które można spotkać się z przyjaciółmi i pójść na imprezę.

 

Weekend. Czasem początek nowego (lepszego?).

Weekend. Nie z każdego da się cieszyć (bo nie każdy jest wesoły).

Weekend. Czasem dni wypełnione intensywną pracą (nie tylko zawodową).

Weekend. Jeśli praca (zawodowa), to nie impreza. Przyjaciele czasem tak (jeśli ma się takowych w pracy lub poza nią - moga przecież odwiedzić człowieka na posterunku!).

 

I choć nie pracuję w ten weekend (czytaj - nie mam dyżuru), to ślęczę właśnie nad komputerem zamiast pić kawę (lub cokolwiek innego) ze znajomymi. Bo jutro czeka mnie intensywny bieg po paru miejscach związanych z szeroko pojętym słowem remont. A jakoś nie mam na to ochoty. Ostatnio nie miałem "wolnych", w dosłownym tego słowa znaczeniu, weekendów. I jestem już zmęczony a przede mną wydaje się że jeszcze najgorsze. Prywatna wojna państwa Rose zbliża się coraz większymi krokami :))) 

 

Bo czasem nawet początek weekendu nie cieszy...

Bo czasem jest tak, że lepiej być w pracy...

Bo w pracy jest mniej pracy...

Bo czasem przyjaciele...

 

Ostatnio dziwnie dużo myślę o tym co było, co się zdarzyło, co mogłoby się zdarzyć gdyby... Może to muzyka lat tamtych tak na mnie wpływa? Muszę przestać słuchać staroci :)))

Zapuszczę jednak jeden z takich. Polski, choć grupa zowie się Sztywny Pal Azji...

 

 

 

 

czytaj resztę »

Dodane w varia , muzyka | Komentarze 1 , zobacz komentarze

czy leci z nami lekarz?

2010-07-24 23:00:47

Intensywna w ostatnim czasie przebieżka po salonach mebli różnorakich, sklepach z wykładzinami, dywanami, tapetami i farbami oraz obecność w instytucjach serwujących tzw. dodatki (w szerokim tego słowa zrozumieniu) nie mogła obyć się bez ikeowskich klimatów. Sklepy IKEA nie są moją ulubioną, w kwestii meblowej, dystrybutornią ale bardzo lubię tam zaglądać z racji gadżetów kuchennych i związanej bezpośrednio z kuchnią przekąską, którą właściciele IKEA serwują w swej strefie jedzeniowej. 

 

IKEA z racji dość dobrej funkcjonalności swych wyposażeń miała być jak gdyby weryfikacją spojrzenia na pokój mej latorośli. Nie dane mi było jednak tak od razu znaleźć się w miejscu nazwanym "Pokój dziecięcy". Co prawda kierowałem się ze swoją rodzinką w tamtym kierunku. lecz nagłe "ding dong" przerwało nasz marsz ku strefie dziecięcej. "Czy w sklepie znajduje się lekarz? Jeżeli tak proszony jest o przyjście do restauracji!" - padło z głośników. Niestety z racji rozległości sklepu (a i czasem konieczności poruszania się zgodnie z ustalonym kierunkiem zwiedzania) dotarłem do strefy kulinarnych smaków nie tak szybko jak sobie zaplanowałem. A tu - cóż za zdziwienie... Nie jestem jedynym lekarzem na pokładzie tego Concorda! Oprócz mnie stawiło się trzech innych medyków! Musi być, że stanowimy dość silną grupę w społeczeństwie (szacunki mówią, że jest nas około 100 tys.) i aż tylu znalazło się w jednym miejscu o tek samej porze Wink! Każdy co prawda innej specjalności, ale przez to mogliśmy stworzyć małe konsylium! Miło! Na szczęście "nieszczęśnik" do którego nas wezwano nie wymagał czynności resuscytacyjno-reanimacyjnych... Ale spotkanie skwitowaliśmy uśmiechem i "grabą". Na prawdę dobrze świadczy o zawodzie, że aż "tylu" lekarzy przyznało się do swego zawodu Wink!

 

Obejrzawszy interesujące nas działy udaliśmy się (ja ponownie) w kierunku jadłodajni. Zasiadłszy przy stolikach restauracyjnych na krzesełkach URBAN (dość wygodne muszę przyznać) wsunęliśmy chłodnik (smaczny!), zupę krem z zielonego groszku (słona, ale smaczna) oraz nierozerwalnie jakoś związany z IKEA - filet z łososia z warzywami (dziś nieco gorszy niż pamiętam z przeszłości...). Moja latorośl oczywiście uparła się na frytki, więc i na tę pokusę przystaliśmy - rybę chętnie zjada, to i ta odrobina "niezdrowej żywności" mu nie zaszkodzi...

Ale właściciele sieci IKEA liczyć tak, czy siak potrafią! Może jestem niesprawiedliwy, może się czepiam, może były popsute podajniki, a może wynika to z ogólnoświatowego kryzysu, ale dotychczas napoje (po zapłaceniu bodajże 3,50 PLN za widoczną na tacy szklankę) można było spożywać w ilościach nieograniczonych, dziś niestety nie. Czy to z racji upału (zbyt duża ilość wypijanych płynów - a Polak wypić przecież potrafi!), czy też może z racji wcześniej wspomnianego kryzysu (jak Polak potrafi - to wypije, a w taki upał jak się na ambicje wejdzie - to tym bardziej!) opcja dowolnej ilości spożywanych napojów w dniu dzisiejszym nie istniała... Całe szczęście nie ograniczono napojów ciepłych, ale przecież w taką duchotę trudno wypić duszkiem litr gorącej kawy!!!  

 

Wyprawę na Targówek można uznać za udaną. Opcje wyglądu dziecięcego królestwa wybrane (bardzo ważny fakt dzisiejszej zawiślanej wycieczki), różne siedziska (te przybiurkowe głównie, ale i inne także) wypróbowane, brzuchy wypełnione (ale z umiarem!) oraz... tym razem udało sie opuścić budynek targówkowej IKEI bez zakupów. Trzeba zapisać to w annałach! 

A przede wszystkim kolejne życie ludzkie uratowane! I to w towarzystwie kilku kolegów po fachu!

Skończyło się zatem trochę inaczej niż w trakcie pewnego lotu, gdy na hasło czy jest na pokładzie lekarz nie wstał nikt choć lot był w kierunku miasta konferencji kardiologicznej, a pokład praktycznie po brzegi wypełniony był specjalistami... Może coś przekręciłem z tą anegdotą?! Może było inaczej?! Może trochę przesadzam?!

Już wiem - na pokładzie nie było Polaka!  

czytaj resztę »

Dodane w varia | Komentarze 10 , zobacz komentarze

projekty muzyczne :)))

2010-07-22 23:03:49

Ciągnąc problematykę remontową zahaczę o tak zwany projekt, czyli... najważniejszą rzecz w całej imprezie. Dobrze zrobiony jest niezaprzeczalnie podstawą tworzenia dobrej formy. Ten wykonany niedbale lub przez osobę nie mającą pojęcia o realiach związanych z użytkowaniem danej przestrzeni - fatalnie może się skończyć dla całości inwestycji. A gdy do tego dołączy się nieprzemyślane zmiany koncepcji wnętrz i przeróbki istniejących aranżacji - toż to kompletna klapa. I dla wyglądu i dla użytkowania pomieszczeń. Nagle bowiem, po dokonaniu tychże przeróbek okazuje się, że urządzenia, meble i inne sprzęty nie współgrają swymi wymiarami do wcześniejszych koncepcji lub, co gorsza - nie można ich w żaden sposób zainstalować w "zmienionej przestrzeni". Niekorzystny w wyglądzie kolor ścian można przemalować, ale już zmiana ich ustawienie nie jest takim łatwym zadaniem. Stąd dobry projekt to podstawa.

 

Widziałem ostatnio dwa projekty. Jeden przemilczę, bo czekam na efekt, a o drugim powiem tak - za mało pieniędzy na realizację, zbyt dużo dodanych kiepskich poprawek, zbyt wiele osób się wtrąca, zbyt wiele osób uważa że ma zdanie przewodnie... Też czekam na efekt. Ale łatwo można przewidzieć końcową formę...

 

Od wczorajszej nocy (wszak spędzona w szpitalu na dyżurze) chodzi za mną Maanam. I nie jest to bynajmniej związane z wizytą Kory Jackowskiej w SOR, choć mogło by to być całkiem interesujące, lecz z ciekawym zderzeniem pokoleniowym mającym miejsce właśnie w trakcie pełnienia dyżuru. W wolnej od pacjentów chwili porozmawiałem sobie z jedną ze współdyżurnych osób (jakieś kilkanaście lat różnicy) na tematy muzyczne. Rzeczywiście bardzo różniły się nasze gusta muzyczne. Jak i wiedza o muzyce. Dwa światy. Dwa pokolenia. Ale między innymi dzięki dobrodziejstwu internetu dało się zapuszczać różną muzę. Ja oczywiście tę przyprószoną siwizną - Deep Purple, Thin Lizzy, Dire Straits, Marillion, Alphaville z tych spoza układu warszawskiego, ale i polskie także. Między innymi Maanam i głównie kawałki z "Nocnego patrolu". To tytułowa piosenka albumu miała się znaleźć w poście (wszak związek z dyżurem jasny jak słońce), ale wybrałem zupełnie inny utwór, który bardzo dobrze koreluje z obecną rzeczywistością szpitalną...

 

czytaj resztę »

Dodane w praca , muzyka , varia | Komentarze 2 , zobacz komentarze

remont i...?

2010-07-21 00:17:58

No cóż. Remont. I to nie tylko w szpitalu...

Z racji braku czasu nawet sklonowany Misiek nie daje rady codziennie coś nabazgrać :)))

Ostatnie dni spędzam głównie na przebieżce po stołecznych sklepach z wnętrznościami i różnymi takimi...

 

Nie macie wrażenia, że remont, czy urządzanie mieszkania to jedna z najbardziej frustrujących czynności w życiu? I nie mówię tu wcale o koszmarnym bałaganie, który niestety spada na nas całą mocą tynku! Nagle okazuje się, że macie z połowicą zupełnie inną wizję pokoju (sypialni, kuchni, łazienki, czy gabinetu) nie do końca zgadzacie się co do "poprawek" proponowanych przez współmałżonka (-ę), a kolory farb (czy wzory tapet, faktura tkanin, gatunek płytek i inne) które chcielibyście zapodać na ścianach i czymkolwiek jeszcze w swoim mieszkaniu (apartamencie, domku, hacjendzie, czy innym budynku) stają się kością niezgody w dotychczasowym, wydawałoby się "sielskim" pożyciu... Nie mówiąc już o wszelkiego rodzaju tzw "dodatkach" związanych z planowanym (po remoncie) wyglądem wspólnego siedliska...

 

Mały koszmarek. Ale trzeba to przejść. Najlepiej przy okazji nie szlachtując się nawzajem...

Bo może się to skończyć totalną demolką a nie remontem...

I choć filmik nie dotyczy remontu, to niejeden związek rozpadł się podczas jego trwania!

 

 

czytaj resztę »

Dodane w varia , muzyka | Komentarze 8 , zobacz komentarze

piknik pod tężniami

2010-07-11 00:07:20

Piknik w dniu dzisiejszym? Przy ponad trzydziestostopniowym upale? Gdy sama myśl o wyjściu na zewnątrz powoduje zdwojone pocenie a każdy ruch wywołuje reakcję organizmu symulującą wyjście spod prysznica? 

 

Czemu nie! Choć tytuł postu może brzmieć złowieszczo (wszak niejaki "Piknik pod Wiszącą Skałą" skończył się tragicznie), to było zupełnie inaczej. Muminowa rodzinka (szkoda, że niepełna) i moje rodzinne towarzystwo bawiło się znakomicie. Co prawda wstępnie wybrane w konstancińskim Parku Zdrojowym miejsce okazało się po krótkim pobycie grillem, lecz szybkie przenosiny w cień wyrównały w krótkim czasie termodynamikę naszych organizmów. Czytaj tych dorosłych, bowiem dziatwie zupełnie nie przeszkadzały warunki plenerowe. Zadziwiające jest skąd mają tyle energii w sobie? My, zadowoleni z dziecięcych inicjatyw w spędzaniu wolnego czasu, od czasu do czasu zerkaliśmy tylko w kierunkach skąd dobiegały nas ich głosy. O dziwo nie było żadnej poważniejszej kontuzji, o dziwo nie słyszalny był płacz żadnej z latorośli, o dziwo właściwie byli bardzo grzeczni, o dziwo świetnie się ze sobą (i inną rebiatą także) dogadywali, o dziwo zakłócali nasz spokój jedynie wpadając zdyszani potrzebą uzupełnienia płynów. Piękne! 

 

Nam - trochę starszym wiekiem, błogie lenistwo było potrzebne w tej gorączce jak łyk zimnego piwa (którego niestety łyknąć nie mogliśmy z racji "kierownikowania"). Przy okazji zjedliśmy pyszne Muminowe kanapki (co prawda naszykowane na więcej osób, ale towarzycho przestraszyło się upału), posililiśmy się letnimi warzywkami oraz z "wielką niechęcią" zajadaliśmy chipsy, orzeszki i paluszki :))) 

Trochę pogadano, pstryknięto parę fotek, nakarmiono ptactwo wodne, zostało się pokąsanym przez komary i mrówki. Ot - zwykły piknik pod tężniami. 

Częściej proszę o taką zwykłość :))) Bo jutro niestety znów dyżur. A upał ma być nie mniejszy...

 

I choć może to nie był TEN ogród, to miło mi się kojarzy taka oto piosnka, której rytm odzwierciedla uprawiane tego dnia błogie lenistwo... 

 

czytaj resztę »

Dodane w varia , muzyka | Komentarze 5 , zobacz komentarze

w życiu piękne są tylko chwile

2010-06-28 23:21:02

Choć "Naiwne pytania" grupy Dżem przez swoją prostotę i tekst to jeden z utworów niezaprzeczalnie wielkich, choć słyszałem go dziś jadąc samochodem (nie omieszkałem sobie zanucić razem z Ryśkiem Riedlem), to nie on był motorem tego krótkiego postu.

Nic więcej pisał nie będę - zamieszczę tylko ten filmik znaleziony w sieci...

 

 

czytaj resztę »

Dodane w varia | Komentarze 15 , zobacz komentarze

zapomniany pacjent?

2010-06-10 22:14:38

"Blogilekarzy.pl" nigdy nie były bardzo popularne. Ostatnimi jednak czasy nie cieszą się już kompletnie żadnym wzięciem. Z miesiąca na miesiąc ubywa blogowiczów, a i ci ostatni z ostatnich zamieszczają także coraz mniej postów. Administratorom już chyba też przestało zależeć na kontynuacji przedsięwzięcia - poza systematyczną aktualizacją "aktualności", od ponad pół roku nie zmieniło się nic.

Jednym słowem - agonia.

Agonia rzadko tylko przerywana serwowanymi przez Tecumseha naturalnymi lekami, skład których pamiętają jedynie najstarsi Indianie, czy medykamentami dawno już przekazanymi muzeum medycyny. Od czasu do czasu o oddziale "blogilekarzy.pl" przypomni sobie dawno temu zalogowany medyk, przykładając swój wirtualny stetoskop do ledwie dychającej piersi pacjenta. Okresowo bradykardię (asystolię?) przerwie Leala, wstrzykując w zapadnięte naczynia niewielką dawkę muzycznych katecholamin. Przenitka kompletnie przestało interesować co się tutaj dzieje - nie poda nawet tabletki w formie komentarza. Tak samo Makro, Cellula, czy "spec od wszystkiego" - Dziadzia. Mumina obiecywała wysokoprocentową mieszankę tlenową, ale notorycznie gdzieś zapodziewają się koncentrator, reduktor, maska lub wąsy tlenowe. Na dodatek Kaeri zniknęła gdzieś z pełnionego blogowego dyżuru...

Ja też powoli tracę zapał do wirtualnego chorego. Sposoby "wskrzeszania" umierającego pacjenta powoli się wyczerpują, a wydaje się że "reanimację" zaczynam ciągnąć sam. A nie jest to łatwa sprawa, zwłaszcza że siły także opuszczają ratownika...

Czyżby tak wyglądało ostatnie tchnienie? 

czytaj resztę »

Dodane w varia | Komentarze 13 , zobacz komentarze

warszawa-gołębiewski-boathouse

2010-06-02 17:28:42

Jubileuszowy Zjazd Polskiego Towarzystwa Medycyny Rodzinnej.

Z racji obfitującej w różnorodne specjalizacje nazwy oddziału w którym pracuję, spotkania lekarzy rodzinnych pod hasłem konferencji lub zjazdu, stały się miejscem corocznych eskapad w różne rejony kraju. W tym roku padło na Wisłę - miasto Adama Małysza, Apoloniusza Tajnera i Jerzego Pilcha. Miasto słynące także z hotelu Gołębiewski, w którym to odbywała się cała tegoroczna impreza. Ale, po kolei...

Najpierw trzeba dojechać. Z uwagi na znaczną odległość od stolicy, ciężkość trasy, a również innych (nie)spodziewanych trudności drogowo-konsumpcyjnych padło na kolej. Bezpośredniego pociągu w oczekiwanych godzinach nie było, więc czekała nas (znaczy się Muminę, Mimineo i mnie) przesiadka w Pszczynie. Tuż przed samą stacją przesiadkową utknęliśmy w szczerym polu, oczekując z lekkim niepokojem na dalszy bieg wypadków. Jak się bowiem okazało w trakcji elektrycznej zabrakło prądu. Brzmi trochę niewiarygodnie, ale taką informację uzyskaliśmy od uśmiechniętego od ucha do ucha konduktora. Cale szczęście w sieci cudownie pojawił się przepływ elektronów, więc i cały skład wtoczył się w końcu na stację w Pszczynie. Brak prądu w trakcji musiał dotknąć także szereg innych pociągów, bowiem ten przesiadkowy (tzw. osobowy) miał równie duży czas spóźnienia co ten z Warszawy (znaczy się InterCity). Ostatnie 56 km do Wisły przejechaliśmy w rekordowym czasie 1,5 godziny. Rewelacja! Kocham polską kolej! 

W Wiśle byliśmy zakwaterowani nie w Gołębiewskim, lecz w sympatycznej Villa Almira, choć początek nie wydawał się rokować dobrze. Klucz mający wpuścić mnie do pokoju by odświeżyć się po podróży uparcie odmawiał ze mną współpracy. Gdy już został przekodowany i śmiało otworzyłem drzwi okazało się, że na środku pokoju stoi goły facet wycierający ręcznikiem blady tyłek. On osłupiał. Ja zresztą też. Szybko zamknąwszy drzwi do pokoju ruszyłem do recepcji już nie na żarty wkurzony. Przeprosiny i uśmiech sympatycznej recepcjonistki wystarczyły bym szybko zapomniał o przykrym incydencie. Dla mnie zakończonym pomyślnie - drugi pokój okazał się być całkiem miły, lecz z zasłyszanych wiadomości - opisywana wcześniej blada twarz miała kłopoty z wejściem w nocy do swej kwatery :))) 

Potem był zjazd. W baaaaardzo dużym skrócie - było OK. I choć nie było przygotowanej dla mnie plakietki z imieniem i nazwiskiem (jakieś fatum nade mną wisiało?), to figurując tylko jako "uczestnik" mogłem się tym bardziej wśród tłumu zjazdowiczów ukryć. Merytorycznie i kulinarnie OK, logistycznie tak sobie, a co do reszty nie miałem większych zastrzeżeń. Zwłaszcza jeśli chodzi o osoby z którymi przyszło mi ten czas zjazdowy spędzać :))) Gdzieś przy fontannie w pełnym słońcu wypita z kierownictwem Kliniki kawa (szef musiał kupić pantenol, mnie zaczerwieniło połowę twarzy i łapy, Mumina opaliła lewe przedramię). Poza tym w tak zwanym międzyczasie wypad do kurortu (niestety Wisła sprawiła na mnie niezbyt dobre wrażenie - może zimą jest ładniej), drobne zakupy prezentowe (głównie dla latorośli), jakieś piwko wypite w pubie (no, może dwa), krótka sjesta w Almirze i powrót do "obowiązków towarzyszących", które zakończyć się miały grubo po północy...

Niestety w sobotę 05.45 rano rozpoczynała się nasza eskapada powrotna. Po tzw. "mniej oficjalnej" części zjazdu, gdzie do kotleta przygrywał zespół mianujący się polską ABBĄ, trzeba było się zebrać w sobie, odświeżyć, na dodatek spakować i nie spóźnić na stację - Wisłę opuszczało z nami niewiele osób - wszak podobnych nam wariatów trudno spotkać z samego rana! Droga w kierunku Warszawy przebiegała w równie zawrotnym tempie jak ta do Wisły, a u celu podróży mieliśmy około 30-minutowe spóźnienie. Jednakże poznaliśmy uroki kolejowego przybytku gastronomicznego, zjadając w WARS-ie śniadanie polskie, znaczy się jajecznica, pomidor, pieczywo i masło. A że głód trochę doskwierał (wszak przesiadka do "luksusowego" InterCity miała miejsce o 7.30), więc smakowało dobrze. Prawie jak w Gołębiewskim :))) Ale to nie koniec doznań, bowiem wieczorem czekał na nas...

 

Boathouse.

Dla niewtajemniczonych - knajpa przy Wale Miedzeszyńskim w Warszawie. Knajpa, do której zaproszeni byliśmy przez świeżo upieczonego żonkosia i jego świeżo upieczoną połowicę, znaczy się niejakiego Przenitka i Kargulenę. Knajpa, której nazwa w okresie powodziowym jest nad wyraz adekwatna - zatopiona na jakiś metr wysokości mogła sprawiać wrażenie unoszącego się na wodzie domu. Podobno co roku jest podtapiana (oczywiście nie tak bardzo jak w obecnym), więc załoga nie miała zupełnie problemów z przywróceniem funkcjonalności miejsca i imprezka miała szanse odbyć się bez zakłóceń.

Choć kulinaria były niestety lepsze w wiślańskim Gołębiewskim, toż przecież nie żarcie w tym spotkaniu chodziło. Napoje bowiem niczym nie odbiegały w swym smaku i mocy od trunków spotykanych w innych regionach kraju i świata. Poza tym mnogość otaczających miłych ludzi (z Przenitkiem i Karguleną na czele) robiła swoje - wszak głównie po to się tamże spotkaliśmy - mile spędzić czas, honorując przy okazji swoją obecnością młodych nowożeńców. Były toasty, było "słodzenie" wódki, były żarty i śmiechy - dwoma słowami - było radośnie i wesoło.

Ale łzy się także pojawiły. Nie wiem, czy nazwać je łzami szczęścia, bo nie wylewał ich ani Przenitek, ani Kargulena... Mam dość specyficzny stosunek do osoby żonkosia - traktuję go jak kolegę, młodszego lekarza, faceta z którym pracuję, ale przede wszystkim - choć różnica w wieku nie jest oszałamiająca (nie mógłbym być jego ojcem) - jak mego wychowanka i ucznia. Bardzo dobrze zapowiadającego się, wesołego, kulturalnego i zdolnego internistę.

I, choć trochę wstyd się przyznać (przecież prawdziwy mężczyzna nigdy nie płacze), to opisywane łzy pojawiły się w mych oczach. Niestety (lub stety jak kto woli) spowodowały to wspomnienia sprzed paru ładnych lat, gdy to ja byłem świeżo upieczonym żonkosiem, gdy mój także nieco starszy kumpel (dla mnie do tej pory przyjaciel, ale i "guru") wręczał mi prezent ślubny i składając mi życzenia odchylił głowę bym nie zauważył spadającej z kącika oka łzy...

 

Poza tym impreza była OK. Następnego dnia długo odpoczywałem odsypiając wszelkie "niedospania" :)))

 

czytaj resztę »

Dodane w varia | Komentarze 4 , zobacz komentarze

har-magedon

2010-05-23 17:15:29

Rok 2010 obfituje w wydarzenia, które niewątpliwie dla wyznawców katastroficznej teorii zdarzeń są niezłą pożywką dla tzw. spiskowej teorii dziejów.

Rok 2010 - trzęsienia ziemi na Haiti, w Qinghai i Chile, lawiny błotne na Maderze i w Brazylii, eksplozja platformy wiertniczej Deepwater Horizon, kilka tragicznych w skutkach wypadków autobusowych i kolejowych, parę katastrof lotniczych (w tym Tu-154 pod Smoleńskiem), wybuch wulkanu Eyjafjallajokull na Islandii (utrudniający uroczystość pochówku tragicznie zmarłego prezydenta Rzeczypospolitej), obecna majowa powódź w Europie (przysłowie: "Mądry Polak po szkodzie" nabiera nowego znaczenia?).

Toż to istny światowy spisek na życie ludzkie. Toż to istny światowy spisek, jak zechcą niektórzy mówić, na rzecz Polski i Polaków! Toż to Armageddon!

A propos końca świata - według przepowiedni Oriona i kalendarza Majów zbliża się on wielkimi krokami. 21.12.2012 to data przebiegunowania Ziemi, co ma wiązać się z licznymi kataklizmami z nim związanymi - trzęsienia ziemi, powodzie, tsunami... Jakże obecnie realizowany scenariusz pasuje do końca świata.

Tylko czyim dziełem się stał?

 

czytaj resztę »

Dodane w varia , muzyka | Komentarze 1 , zobacz komentarze

eponimy

2010-05-12 00:28:38

Zastanawiałem się wielokrotnie nad ogromnym trudem, do jakiego zmuszani są adepci sztuki medycznej. Ilość wiedzy, która muszą posiąść jest ogromna. I na nieszczęście (lub jak kto woli na szczęście) nie kończy się na jednorazowym jej przyswojeniu. Jako że jest to jedna z bardziej dynamicznie rozwijających się dziedzin nauki, więc i obserwowany postęp zmusza już wykształconych medyków do poszerzania swych horyzontów naukowych. Nie chciałem jednak wychwalać (?) swego zawodu w tym względzie. Praktycznie rzecz biorąc niemalże wszystkie zawody w jakiś tam sposób podążają za rozwojem nauki. I w każdym niemalże zawodzie dokształcanie jest "conditio sine qua non" dobrego jego wykonywania. 

 

Nie wiem jak to w tych innych profesjach bywa, lecz medycy muszą w swym życiu zawodowym wykazać się przynajmniej niezłymi zdolnościami lingwistycznymi. Ilość eponimów powala wręcz na kolana. Tych anatomicznych, histologicznych, nazw objawów klinicznych jak i poszczególnych jednostek chorobowych są setki. Weźmy na tapetę chociażby literę "A". Z tych najbardziej znanych mamy więc ścięgno Achillesa, jabłko Adama, tętnicę Adamkiewicza, węzeł Aschoffa-Tawary, splot Auerbacha, skalę Apgar, szmer Austina Flinta,  liczbę i triadę Addisa, guz Abrikosowa, chorobę d’Acosty, chorobę Addisona, zespół Albrighta, zespól Alporta, chorobę Alzheimera, czy zespół Aspergera. To tylko wierzchołek góry lodowej. Świadczy to oczywiście o szacunku dla "przeszłych odkrywców", ale język można połamać na niektórych. A co tu mówić o ich zapamiętaniu. 

Przytoczę tu, jako komentarz, treść jednego z sms-ów Muminy znad książki podczas nauki do egzaminu: "Co ja, k... , na japonistykę się dostałam, czy medycynę? Właśnie czytam o chorobie Takayasu. Ma cztery typy, z czego trzy to: Shimizu-Sano, Kimoto i Inada".

 

Tyle na dziś. No, może jeszcze jedno. List twórców "Paracetamoxyfrosebendroneomycin", czyli Amateur Transplants. Krótka informacja do lekarza POZ. Bez eponimów!

 

czytaj resztę »

Dodane w varia , praca | Komentarze 6 , zobacz komentarze

wielka majówka

2010-05-02 22:50:29

Miałem napisać post na temat Święta Pracy - jako dziecko bardzo ten dzień lubiłem. 

Miałem napisać o głupocie tworzenia "długich weekendów", ale ten wcale nie był tak długi.

Miałem napisać o tym jak spędziłem ten majowy weekend - zwięźle brzmi: było rodzinnie i spacerowo.

Miałem także napisać wiele mądrych w moim mniemaniu rzeczy, ale niestety tak zwana wena wzięła i odeszła.

 

Może to objaw starości (niestety) lub zdziecinnienia (jeszcze gorzej), ale coraz częściej wspominam różne rzeczy, fakty i wydarzenia z życia mojego, moich bliskich i znajomych. I te wspomnienia, choć obarczone bardzo dużą (z różnych względów) dozą goryczy, jawią mi się o wiele milej niż czasy obecne. Choć posiadam kochającą rodzinę (tak przynajmniej mnie zapewniają), choć starcza mi do "pierwszego" z pewną nawiązką (niestety zbyt małą jak na me oczekiwania), choć każdy artykuł mogę nabyć w sklepie lub przez internet (oczywiście ten, na który mnie stać), choć żyję w kraju wolnym i demokratycznym (sprawia takie wrażenie), choć nie muszę w dzień wolny od pracy iść na obowiązkowy pochód (a propos Święta Pracy), choć wiele innych rzeczy wydaje się być bardziej pozytywna niż kiedyś to jednak czegoś mi brakuje.

I za Chiny Ludowe nie wiem co to jest!

 

Z majem skojarzenia mam różne, nie tylko pochodowe, ale w pamięci utkwiła mi (może przez muzykę zespołu Maanam) jedna z całkiem niezłych polskich produkcji filmowych. Jej tytuł - "Wielka majówka". A to jeden z utworów wykorzystanych na ścieżce dźwiękowej tego filmu.

 

czytaj resztę »

Dodane w varia , muzyka | Komentarze 6 , zobacz komentarze

wieczór kawalerski

2010-04-26 22:30:25

Pewne imprezy toczą się własnym rytmem. I praktycznie nie ma szans, by w jakikolwiek sposób zburzyć ich "naturalny" charakter. Tak jest i z rzeczonym wieczorem kawalerskim. Pocieszę wszystkich - to nie była moja impreza, choć ogromnie się cieszę że się na niej znalazłem. Bardzo duże obawy przed nią miała ma połowica, która pamiętając jakąś niegdyś emitowaną przez TV reklamę, sądziła że mogę następnego dnia z rana obudzić się w samych slipkach przywiązany do pomnika pobliskiej fontanny. Choć tak dobrze nie było (he, he, he), to imprezka całkiem, całkiem - sezon na grilla uważam za hucznie otwarty!

 

Był to wieczór kawalerski faceta, który tak jak wszyscy faceci przed ożenkiem myśli że to już ta chwila, że to ta jedyna wybrana, że życie jest piękne (zwłaszcza we dwoje), że wspólnie łatwiej przez to życie, że tak sielsko jak teraz (znaczy się przed ślubem) będzie cały czas, że nic się nie zmieni, że mógłbym mnożyć dalej takie banały przez parę następnych wersów, ale po co. Tak myśli każdy, nawet ten co wie, że tak być nie może. Nasz nieszczęsny rozum niestety wywabia nawet "czarne plamy" wybrańców naszych serc. Niestety - jak to mówią doświadczeni - miłość to bardzo ciężka choroba (od razu kładzie do łóżka!).

 

Ale przejdźmy do samego spotkania. Nie obfitowało ono w popularne ostatnimi czasy rozrywki w postaci jazdy na gokartach czy quadach, do nikogo (zwłaszcza do siebie) nie strzelaliśmy bawiąc się w paintball, tym bardziej prawdziwej broni nikt nie ośmielił się nam dać do rąk, nie polecieliśmy balonem, samolotem też nie, nie wyrzuciliśmy nikogo ze spadochronem na plecach (bo przecież nawet się nie wzbiliśmy w powietrze), nikt z nas nie skakał też na bungee, a zwłaszcza nie mieliśmy styczności z przedstawicielkami płci przeciwnej (jedna osóbka co prawda przewinęła się przez towarzystwo, ale okazała się być jedynie kierowcą dla notabene typowych przedstawicieli płci męskiej). Zatem wszystkich tych ciekawych skądinąd pomysłów nie zrealizowaliśmy bowiem nikt z nas nie był, na pewnym etapie imprezy, w stanie ich zrealizować. Całą winę zrzucono oczywiście na świeże powietrze i zmęczenie ciężkim tygodniem pracy. Nie można przecież obwiniać za tę chwilową niedyspozycję samych płynów z gatunku mocnych, które wchłonęliśmy w siebie w ilości zatrważającej (skwapliwie zostało to obliczone dnia następnego). Pomimo braku tandeciarsko-efekciarskich rozrywek wieczór kawalerski udał się wyśmienicie! Przepona od śmiechu boli mnie do dziś.

 

Lecz jak to zwykle bywa, powrót do rzeczywistości już nie. Następnego dnia nie wiedzieć czemu słońce strasznie "dawało po oczach", głosy dobiegające zewsząd były jakby głośniejsze, młyn w głowie niektórym nie dawał szans na chwilę wytchnienia, nie pomagały też "ludowe" - rzekomo sprawdzone pomysły na walkę z przykrym kociokwikiem. Głowaból straszny, ale... Było warto!

 

I choć imprezka odbywała się nie aż tak daleko (na czas jazdy pociągiem jakieś 3000 km od cywilizacji), to mimo wszystko droga powrotna wyglądała nieco przyjemniej niż ta nieszczęśnika na poniższym klipie. Okazaliśmy się chyba też bardziej przyjacielscy, niż kolesie pana młodego...

 

 

czytaj resztę »

Dodane w varia | Komentarze 15 , zobacz komentarze

patriotyzm

2010-04-20 22:36:07

Wiele w ostatnich dniach padło słów o bohaterstwie (które jako Polacy doceniamy i pielesimy), martyrologii (w której się wręcz lubujemy) i męczeństwie (przy okazji katastrofy w Smoleńsku i pobliskiego Katynia). Wiele też mówiło się o patriotyzmie w odniesieniu do śmierci osób na pokładzie nieszczęsnego Tupolewa. Że niby wszyscy to wielcy patrioci, bo zginęli. Otóż nie - zginęli, bo był nieszczęśliwy wypadek. Nie chcę przez to powiedzieć, że patriotami nie byli (śmiem nawet twierdzić że spora liczba ofiar zasługuje na to miano), ale rozumienie patriotyzmu przez śmierć w przypadkowej katastrofie nijak się nie ma do tego czym patriotyzm tak naprawdę jest. 

 

Patriotyzm bowiem to postawa szacunku, umiłowania i oddania własnej ojczyźnie oraz chęć ponoszenia za nią ofiar. To także wypełnianie obowiązków konstytucyjnych i obywatelskich. To przedkładanie celów ważnych dla ojczyzny nad osobiste, często związane z gotowością do poświęcenia własnego zdrowia i życia.

Ciekaw jestem kto z tragicznie zmarłych pasażerów w 100% był gotów poświęcić swe życie dla dobra kraju? Czy rzeczywiście przedkładali dobro narodu ponad własne dążenia i cele. I czy tak naprawdę ktokolwiek w obecnych czasach może zyskać miano gorliwego patrioty? Pytania raczej bez odpowiedzi...

 

Całe szczęście patriotyzm to także umiłowanie i pielęgnowanie narodowej tradycji, kultury i języka. Dlatego zapodam utwór Marka Grechuty, który pięknie o tym mówi...

 

 

czytaj resztę »

Dodane w varia , muzyka | Komentarze 2 , zobacz komentarze

możliwe teorie zdarzeń

2010-04-17 00:12:18

Dlaczego lecieli akurat tego dnia, dlaczego znów Katyń, dlaczego lądowali przy złej widoczności, dlaczego właśnie w Smoleńsku, dlaczego samolot leciał tak nisko, dlaczego wszyscy "ważni" na pokładzie jednej maszyny, dlaczego pilot nie posłuchał ostrzeżeń o złej pogodzie, dlaczego Rosjanie pozwolili mimo to lądować, dlaczego kontroler lotu mówił tylko po rosyjsku, dlaczego nie było sprzętu naprowadzającego, dlaczego słychać jakieś wystrzały na amatorskim filmie, dlaczego tragicznie zmarły prezydent ma być chowany na Wawelu, dlaczego ostatni prezydent na uchodźstwie już nie, dlaczego wszyscy klękają przed trumną, dlaczego media mówią o bohaterstwie zmarłych, dlaczego media rozdymają do granic możliwości męczeństwo, dlaczego tyle delegacji państwowych zapowiedziało przyjazd na uroczystości pogrzebowe, dlaczego właśnie teraz doszło do erupcji wulkanu na Islandii, dlaczego układy synoptyczne spowodowały związane z tym zakłócenia w ruchu powietrznym, dlaczego przedstawiciele Watykanu jako pierwsi oficjalnie zrezygnowali z przyjazdu do Polski...

Tysiące pytań... Czasem bez odpowiedzi...

 

Ale nie dla wszystkich.

Dla niektórych jest oczywiste, że zgodnie z doktryną mesjanizmu wszystko co aktualnie ma miejsce jest naturalnie związane z cierpieniem jakie przyjmuje Polska na swą umęczoną zakrętami historii pierś za wszystkie narody tego świata. W końcu lubimy mówić o naszym kraju - Mesjasz narodów. W takim nurcie jesteśmy wychowani i wykształceni... 

Dla ludzi opętanych zaś spiskową teorią dziejów, za każdym z wyżej wymienionych pytań znajdzie się osoba lub grupa ludzi (tych sprawujących władzę oczywiście), lub nawet obce siły, mające na celu osłabienie a nawet zniszczenie państwa polskiego. Ktoś (nie do końca wiadomo kto, choć najczęściej wskazywani są sąsiedzi zza wschodniej granicy) na pewno maczał palce w tym co się stało 10 kwietnia. A i z wybuchem wulkanu nie wiadomo...

Dla niektórych osób jest to jedynie nieszczęśliwy wypadek oraz niestety równie nieszczęśliwy zbieg okoliczności towarzyszących katastrofie i wydarzeniom po niej następującym. Odnoszę jednak wrażenie, że osoby te są w mniejszości. Przerażającej mniejszości...

 

 

czytaj resztę »

Dodane w varia | Komentarze 5 , zobacz komentarze

carpe diem po raz wtóry

2010-04-12 23:16:59

Wydarzenia takie jak katastrofa samolotu prezydenckiego w Smoleńsku zmusza człowieka do refleksji. Do refleksji takiej jak przed kilkoma miesiącami. I choć obecna tragedia niewątpliwie dotyka wszystkich Polaków, tamta raptem kilkudziesięciu (może kilkuset?) osób, to tak naprawdę dla najbliższych ofiar cierpienie jest identyczne.

 

Refleksja jest ciągle ta sama, myślę nawet że spotęgowana przez nazwiska tragicznie zmarłych osób - CARPE DIEM, CARPE DIEM, CARPE DIEM. Nie znamy dnia ani godziny. Nie wiemy czy stanie się to w domu, czy na ulicy, w łóżku czy na chodniku, w powietrzu czy w wodzie. Nie znamy daty swojej śmierci. I dobrze. Dlatego chwytajmy dzień, żyjmy chwilą, czerpmy z życia pełnymi łychami, bo druga taka okazja może nam się nie przydarzyć. I róbmy to tak, by ludzie o nas pamiętali, bo jedynie w ten sposób przetrwamy.  

 

I czy to w wykonaniu Czesława Wydrzyckiego, czy w wykonaniu Janusza Radka sens utworu pozostaje niezmienny i ponadczasowy. Mam taką nadzieję...

 

 

Ale pytam także kto umieścił wszystkich w jednym samolocie?! 

Polska bez głowy, wojsko bez ręki...

Jak zwykle Polak okaże się mądry dopiero po szkodzie...

 

czytaj resztę »

Dodane w varia , muzyka | Komentarze 2 , zobacz komentarze

apteka

2010-04-09 00:29:31

Czasem i lekarz (bądź jego rodzina) potrzebuje jakiegoś medykamentu. Stąd moja dzisiejsza wizyta w aptece. Choć mógłbym ją nazwać zaprzyjaźnioną, bo wszystkie "magisterki" znają moją profesję, to nie staram się ujawniać swej przynależności do służby zdrowia i grzecznie stoję w kolejce. To zadziwiające - kiedykolwiek zaglądam do tej apteki - jest kolejka. Dłuższa lub krótsza, ale jest. Albo dobra (znaczy się tania) apteka, albo w dobrym miejscu. Nieważne - dziś też była kolejka. Niezbyt długa, raptem jakieś sześć osób przede mną przy czynnych dwóch okienkach, więc miałem nadzieję na szybkie załatwienie sprawy...

 

Niedoczekanie!

Starsza pani przy jednym z czynnych stanowisk wykupywała chyba dużą część zapasów aptecznych, bowiem trwało to jakieś 20-30 minut, co istotnie wydłużyło mój pobyt w "sklepie z lekarstwami". Wydawać by się mogło, że jest to strasznie schorowana osoba i trochę zaczęło mi się robić jej żal, do momentu gdy nie zorientowałem się w asortymencie kupowanych produktów medycznych. Jakieś zioła, minerały, preparaty wielowitaminowe, różne soki (?), napary i wywary - jednym słowem parafarmaceutyki. Przy każdym z nich zadawane pytanie o skład, użyteczność w jakimś tam schorzeniu i cenę, choć ta ostatnia nie do końca chyba była istotna, bo staruszka zapłaciła łącznie prawie 300 złotych za te wszystkie środki wspomagające.

Kolejna osoba przy okienku nie za bardzo mogła się zdecydować na rodzaj plastra na odciski. Przyszła z jednym z takowych do apteki, bo wyjęła go z torebki żądając dokładnie takiego samego. Przy okazji, gdy dowiedziała się, że plaster ten przylepia się wewnątrz buta a nie na odcisk, zupełnie zbaraniała twierdząc, że stosowało go na ciało! Dalsza wymiana opinii co do plastrów i jakiś zasypek dodatkowo wydłużyła chwilę zapłaty za zakupiony produkt.

Następny nieszczęśnik miał problem z wymową. Nie chcę tu naśmiewać się z niego, lecz przy dość istotnym "zacinaniu się" i niestety niezbyt wyraźnej wymowie, powiedzenie problemu z którym przyszedł do apteki zajęło dłuższą chwilę. Na domiar złego (a problem dotyczył stóp) okazało się, że większość medykamentów proponowanych przez farmaceutkę (a było ich sporo) już stosował, niestety bez efektu terapeutycznego.

Kolejka za mną robiła się coraz dłuższa, ta przede mną niestety nie malała w tempie mnie satysfakcjonującym. W którymś momencie niezbyt grzeczny, acz wiekowy jegomość (z tych co to wiedzą wszystko i na każdy temat) wypowiedział słowa, które niestety z lekka wyprowadziły mnie z równowagi. Rzucił bowiem do wszystkich, w trakcie zakupów plastrowych pani z odciskami, tekst: "To przecież lekarz powinien powiedzieć i doradzić co ma kupić (znaczy się rzeczona pani). Ale lekarze teraz nic nie mówią. Nawet pacjenta nie badają. Chcą tylko podwyżek pieniędzy!" Niestety, choć zwykle nie ujawniam swej profesji - tym razem nie wytrzymałem. Odwróciwszy się do jegomościa stwierdziłem, że nie życzę sobie rzucania na mnie kalumni, bo przez przypadek jestem lekarzem, a jego wypowiedź niestety obraziła wszystkich medyków, od których nie mam zamiaru się odgradzać. Starszy jegomość zamilkł już do końca mojego pobytu w aptece - niestety nie usłyszałem z jego ust słowa "przepraszam".

 

W jedne trzy kwadranse dotarłem do okienka i w ciągu 5 minut zakupiłem potrzebne mi leki. Podziwiam cierpliwość farmaceutek! Ja spędziłem w aptece niecałą godzinę a już zaczynała mnie ogarniać szewska pasja. One stoją "za stołem" po kilka godzin i poddawane są zmasowanemu atakowi klienteli, która poza milionem pytań całą swą złość za nieprawidłowo wypisaną przez lekarza receptę, za brak leku w magazynie, czy zbyt wysoką jego cenę, wyładowuje właśnie na nich. I pracują w świątek, piątek czy niedzielę.

Bywają jednak zawody gorsze od lekarza :)))    

czytaj resztę »

Dodane w varia | Komentarze 4 , zobacz komentarze

jajeczko

2010-03-31 22:57:55

Tradycja. Przekazywana z pokolenia na pokolenie. Coś, co wyróżnia jedną nację od drugiej.

 

Pracowniczy świąteczny śledzik i jajeczko to także tradycja, jakże głęboko zakorzenione w naszej kulturze, jakże chętnie wykorzystywana przez szefostwo do pokazania ludzkiej twarzy i złożenia świątecznych życzeń. Tradycja zakorzeniona tak głęboko, że niejeden z uczestników tego tradycyjnego spotkania zbyt głęboko zagląda do "przedświątecznej" butelki. Po prostu taka polska tradycja :)))

 

Można i inaczej, bez "wodnych" akcentów (choć lany poniedziałek się zbliża), z jajem jako wizją nowego życia i zmartwychwstania. Można kameralnie, w gronie pracowników, krótko, bez emfazy i ekstazy.

Niestety obecnie powoli robi się z tego impreza na całego, zupełnie pozbawiona formy, nastawiona na pokaz a nie wzmocnienie jedności zespołu. Wykraczająca zupełnie poza mury firmy, oddziału, ekipy, czy w jaki inny sposób nazwiemy sobie dany zespół ludzki. Impreza zupełnie nieprzystająca do tradycji, lub co gorsza, stwarzająca nowy rodzaj tradycji. Pytanie tylko czy lepszy?

 

Kawałek, który mi się kojarzy ze Świętami Wielkanocnymi. Simply Minds z płyty "Live in the City of Light" - "East at Easter"...

 

 

czytaj resztę »

Dodane w varia , praca , muzyka | Komentarze 3 , zobacz komentarze

weekend u teściów

2010-03-21 22:55:30

Weekend bez dyżuru. Niesamowite!

 

To bardzo miłe uczucie nie musieć iść do pracy. Co prawda poniekąd byłem zmuszony się w niej stawić (nie będę tłumaczył powodów) i zajęło mi to całe bite trzy godziny, ale resztę dnia spędziłem poza jej murami. I nawet myślami nie wróciłem do niej, choć może powinienem!

W takich sytuacjach - znaczy się wolna sobota z niedzielą - staram się ten wolny czas bardzo pielęgnować i robię wszystko, by jak najpełniej spędzić go z rodziną. Jestem przede wszystkim dobrym tatą (lub tak mi się wydaje), a czasem nawet udaje mi się być dobrym mężem i kochankiem...

 

Jednakże ten weekend był zarezerwowany dla teściów. Dawno nie byliśmy w rodzinnych stronach mej połowicy. Tak dawno, że droga miejscami przybrała nowy wymiar (czytaj - została wyremontowana, a ja nie jeździłem nią w trakcie jej remontu!). Pogoda była znośna (jeszcze nie padało), więc zauważyłem parę rzeczy do tej pory nie odnotowywanych w trakcie podróży do teściów. Jakiś drewniany kościół po lewo, nowy zajazd po prawo, w mijanym większym mieście nowe centrum handlowe (zajmujące niezły kawał ziemi), a i roboty drogowe tamże (strasznie utrudniające przejazd). I parę innych drobiazgów. Samo miasto rodzinne żony nie zmieniło się za bardzo. Co prawda nie mieliśmy zbyt wiele czasu na zwiedzanie, ale nowo otwarta galeria tak bardzo kusiła mą "druga połowę jabłka", że trzeba było ją odwiedzić. "Wzorcownia" - bo taką nazwę nosi owa galeria handlowa - nie różni się niczym od pozostałych przeze mnie widzianych. Wiele znanych butików, ceny stołeczne, wielu ludzi, mało kupujących. Przeszliśmy się zatem, zajrzeliśmy i tu, i tam, coś niecoś przymierzyliśmy, a nogi nieźle uchodziliśmy. I tyle byłoby na temat galerii.

 

Co do teściów... Wielce radzi byli naszej wizycie. Pomimo wielokrotnych próśb o ograniczenie kulinariów szykowanych na nasz przyjazd, skończyło się to oczywiście miejscowym obżarstwem niesamowitym, a i wywózką w stronę Warszawy masy wiktuałów, które będziemy spożywać chyba przez najbliższy tydzień. Nie narzekam z tego powodu, ale zamiar odchudzenia bierze w łeb w ciągu raptem dwóch dni. Wszystko było smaczne i podetknięte niemalże pod nos, więc tym łatwiej korzystało się z dobrodziejstw stołu. Boję się stanąć na wadze, ale czuję po spodniach że nieco przesadziłem. Małżonka tez coś narzeka na "wysadzony brzuch" :)

 

Poza tym było ekstra. Miło jest popatrzeć na radość dziadków z zabawy z wnukiem. Miło jest popatrzeć na wnuka cieszącego się ze spotkania z dziadkami. Po prostu miło jest gdy jest miło. A tak było!

czytaj resztę »

Dodane w varia | Komentarze 5 , zobacz komentarze

jak tylko we dwoje zaśpiewać w tańcu z gwiazdami

2010-03-13 23:34:36

Wiosna za oknem?

Chyba raczej nie, choć słonko w trakcie dzisiejszego dnia nieco ociepliło nieco atmosferę doprowadzając do zniknięcia z chodników i trawników pozostałości po porannych opadach śniegu. Dzień jest już całkiem długi, a człowiek rano wstając do pracy nie widzi tylko ciemności i udaje mu się z tejże pracy za jeszcze widności wyjść. Za mym oknem widoczne pomiędzy blokami skąpane w słońcu patio sprawia wrażenie wiosennego. Nawet jest i trawa. I choć jej kolor wydaje się być zielony, to nie jest to niestety soczysta zieleń wiosenna.

 

Podobnie jest i z wiosną w telewizji.

Zarządcom wydaje się, że zmieniając nieco ramówkę sprawią, że odświeżą program. Choć kolejny sezon "Tańca z gwiazdami" nie zapowiada niczego nowego. Nowe, zapowiadane rewelacyjne teleturnieje i inne tego typu show zapewne także nic nowego nie wniosą. Bo cóż tu nowego można zrobić? Czym zaskoczyć widza? I na jak wysokim poziomie ma to być rozrywka?

Na szklanym ekranie właściwie było już wszystko. I "gwiazdy" śpiewające, i "gwiazdy" tańczące, i "gwiazdy" żonglujące, uprawiające woltyżerkę, gimnastykę akrobatyczną. I te udające klownów także. A może dla pieniędzy wcale ich nie udające? Były też i "gwiazdy" wpuszczane w maliny. I te "gwiazdy", które innych tamże wpuszczały.

Byli ludzie zamykani na kilkadziesiąt dni w jednym pomieszczeniu, ludzie wspólnie prowadzący bar, ludzie zabrani w ekstremalne warunki, ludzie zjadający ochydztwa, ludzie ryzykanci, ludzie zmieniający swój wygląd i ludzie dający sobą pomiatać w każdym innym wymiarze życia codziennego. Był nawet kiedyś program o facetach, którzy rywalizowali ze sobą o kobietę, która okazała się transeksualna!

I byli też zwykli ludzie opowiadający o wszystkim co się tylko da. Da się sprzedać publice, a tym samym może (a nawet musi) być pokazane widowni szerszej niż tylko ta zgromadzona w studiu telewizyjnym. I mówili o strachu, miłości, alkoholizmie, gwałtach, wierze, samotności, dobroci, zdradzie, intymności, chorobach, przemocy, okrucieństwie, seksie, dzieciach, fanatyzmie, terroryzmie, dewiacjach, narkotykach, prawdzie i kłamstwach. I dali się nawet podpiąć, oczywiście w celu wzrostu atrakcyjności programu (a i wielokrotności zarobionych przy tym pieniędzy), do urządzenia stwierdzającego ich prawdomówność...

 

Ludzie mówili także o śmierci, a nawet tę śmierć "na żywo" w telewizji pokazywano. Czy to za sprawą powszechnie znanego Michaela Jacksona, czy w związku z umieraniem jednej z uczestniczek brytyjskiej edycji Big Brother - niejakiej Jane Gody. Kolejny show. Tylko nieco bardziej kontrowersyjny niż inne. I zapewniam, że mający rzeszę wiernych fanów. Lub podglądaczy jak kto woli. 

 

Czym zatem może nas zadziwić telewizja? O tym traktuje krótkie opowiadanie Kamila Letkiego "Trywialna transcendencja #1" (zamieszczone w styczniowym numerze miesięcznika "Science Fiction Fantasy i Horror" - całe wydanie ekstra). Tytuł sugerujący spotkanie z czymś spoza opisywanego ludzkimi zmysłami świata. I tak jest. Upakowane w ramy kolejnego telewizyjnego show! Świetne opowiadanko z dużym znakiem zapytania nad ludzką głupotą, brakiem zahamowań i niezaspokojonym apetytem na nowe. Zwłaszcza gdy to nowe powoduje wzrost wydzielania adrenaliny. Ale czy tylko na ekranie?  

czytaj resztę »

Dodane w książki , varia | Komentarze 1 , zobacz komentarze

cena

2010-02-21 18:27:48

Czy postepując tak nie inaczej jesteśmy źli, czy dobrzy? Czy podejmując decyzje czasem niezgodne z naszym sumieniem stajemy się przez to gorsi? Czy może dokonujemy w ten sposób tylko (bądź aż) wyboru "mniejszego zła"? Ale czy przez to nie zatracamy części siebie? I czy przez to nie stajemy się przez przypadek hipokrytami? Z drugiej strony, czy ratując jedno życie nie skazujemy drugiego człowieka na śmierć? W sposób całkiem jawny lub mniej... Pytania bardzo trudne do rozstrzygnięcia. I co tak naprawdę jest "mniejszym złem". A przede wszystkim do kogo należy wybór?

 

Dla osób "wierzących" (cokolwiek to znaczy) nie ma problemu... Często spotykam się ze stwierdzeniem - "Bóg tak chciał". Dla ateistów i agnostyków chcacych być "dobrymi i prawymi obywatelami" problem chyba jest realny. O tym mówi Waldemar Łysiak. "Cena" to tylko jeden, z jego jakże bogatej twórczości, utworów. I mówi właśnie o tym. Akcja jest osadzona w realiach hitlerowskiej okupacji, choć problem w nim poruszany mógłby być przedstawiony w jakimkolwiek innym miejscu. Oczywiście z racji osadzenia fabuły, prowadzone w trakcie postępu akcji dyskusje są "typowo polskie". I dobór osób także jest nieprzypadkowy... A finał zaskakujący choć, po głębszym zastanowieniu, do przewidzenia. Przecież  to tylko ludzie... Resztę pozostawiam czytelnikom. Konkluzje po przeczytaniu książki niestety nie mogą być przyjemne. Zwłaszcza dla lekarza, choć nie ma to takiego znaczenia.

 

"Wybór mniejszego zła". Cóż to oznacza? I dla kogo? I jaką płacimy cenę za podjęte w ciągu całego życia decyzje? Te parę złotych polskich wydanych na książkę Waldemara Łysiaka są tego warte. Bo na szczęście "Cena", którą płacimy za kilkadziesiąt zapisanych mistrzowską ręką stron nie wydaje się być zbyt wygórowana...

czytaj resztę »

Dodane w książki , varia | Komentarze 2 , zobacz komentarze

kill grill

2010-02-17 12:55:59

Czasowo jestem odłączony od komputera. Tego domowego (coś się popsuło, a ja w tej dziedzinie mocny nie jestem), bo w pracy na "nie"szczęście muszę się nim posługiwać. Co prawda w większości przypadków służy jako maszyna do pisania (karty informacyjne, grupper itp), ale niestety zabiera mi to dość dużą część czasu spędzonego w szpitalu. Tym bardziej, że w ramach akcji "modernizacji" placówki w której pracuję od pewengo juz czasu mamy także za pośrednictwem sieci dostęp do badań laboratoryjnych pacjentów a i takowoż ich badań obrazowych - co znacznie ułatwia funkcjonowanie moje i moich kolegów. Zatem nie jestem zupełnie pozbawiony kontaktu z komputerem (co chociażby widać na przykładzie tego postu pisanego w wolnej chwili, czyli w tzw. "pomiędzy").

 

Dom bez komputera zrobił się jakiś taki pusty, ale... ileż przez jego brak zyskałem czasu!

Z braku "wieczorno-nocnych" przesiadywań przed komputerem zabrałem się za czytanie. Czytanie zaległości książkowych tworzacych przy łóżku coraz większą hałdę, przez którą codziennie (niemalże) przedzieram się do wyrka próbując nie zburzyć którymkolwiek z odnóży, utworzonej z kolejnych tomiszczy, piramidy.

Na wierzchu leżała książka o temetyce wydawać się by mogło kulinarnej. "Kill grill". Anthony Bourdain - dość nietypowy szef kuchni, kucharz z zamiłowania od dziecka, w młodości hulaka, narkoman i ochlaptus (to ostatnie chyba do tej pory) napisał w sposób typowy dla siebie książkę o świecie znajdujacym się za drzwiami restauracyjnej kuchni. Ciekawy to świat... Jeśli komuś wydawoło się, że gotowanie (zawodowe) to przyjemność - mylił się znacznie. Mam pewne ciągoty do kuchni, ale tej zupełnie amatorskiej! Przygotowanie potrawy zajmuje mi sporo czasu - wkładam w nią całe serce i umiejetności (notabene niezbyt wielkie) - więc spędzenie wiekszości swego życia w kuchni doprowadziłoby mnie chyba do szaleństwa. I całkowitego wyczerpania fizycznego i emocjonalnego. Zwłaszcza, że podanie jednorazowo różnych dań z menu jest czynnością strasznie niebezpieczną - noże i tasaki lataja w powietrzu, gorący olej kipi z garnków, rozgrzane do czerwoności patelnie parzą nie tylko ręce. Przy tym wszystkim jest to świat zdominowany przez płeć męską, a kobieta chcąca stać się jednym (tak - jednym, nie pomyliłem końcówki) z wielkich tego świata kulinarnych rozkoszy musi po prostu mieć "jaja". "Mięso" rzuca się nie tylko na patelnię. Fruwające w powietrzu niewybredne dowcipy i "uszczypliwości" to porządek dnia codziennego. I wszystko dookoła jednego tematu! I oczywiście nie chodzi o jedzenie... Trochę jak w gronie zabiegowców! Po prostu kobieta musi mieć w sobie dużo z mężczyzny.

Jest i parę ciekawych spostrzeżeń co do spożywania w określonych dniach niektórych potraw, ciekawostki co do ich przyrządzania, jakości mięsa, ryb i innych tego typu spraw.

 

I choć całość nie rzuca na kolana, to ostatni rozdział jest naprawdę dobry.

Facet ze swoim podejściem do pracy przypomina trochę mnie. A może ja jego?

 

P.S. Post zakończony w tzw pomiędzy, czyli o 21.30 :)))

czytaj resztę »


paracetamoxyfrusebendroneomycin

2010-02-11 23:32:48

Ilość pojawiających się nowych leków na rynku jest zastraszająca. I tych oryginalnych i tych tzw "generycznych". Zapamiętać ich wszystkich nie sposób, zwłaszcza że ludzie odpowiedzialni za ich nazewnictwo nie mają chyba zielonego pojęcia o zdolnościach lingwistycznych statystycznego lekarza. Nie mówiąc już o zasobach pamięciowych także :))) 

 

Do kogo należy wprowadzenie nazwy nowego medykamentu? Do wynalazcy leku? Do pierwszego pacjenta, który go przetestował? Do sponsora (najczęściej firmy farmaceutycznej)? Czy też od jakiegoś karkołomnego przypadku splecenia ze sobą trzech odmiennych kulturowo języków? 

 

Nazwy chemiczne są bardzo skomplikowane (choć ich logiczność jest niezaprzeczalna) i nikt nie zmusza nas do ich zapamiętywania. Ale nazwy międzynarodowe, a zwłaszcza te handlowe (wypisywane przecież przez nas non stop na drukach zwanych receptami) wypadałoby pamiętać. A nie jest to proste działanie. Owszem - te najczęściej stosowane w końcu włażą jakoś do głowy, ale liczba nowych poraża. I to nie tylko ilością, ale właśnie nazwami. 

 

Chociażby najprostsze. Acetylocysteina, znana wszem i wobec jako ACC (cóż za piękna i prosta nazwa!) ma oczywiście swoje odpowiedniki w postaci preparatów Fluimucil, czy Syntemucol. 

Kolejna amlodypina z mnogością preparatów - Agen, Aldan, Amlonor, Amlopin, Amloratio, Amlozek, Apo-Amlo, Cardilopin, Tenox i Vilpin. Te z czołówką "amlo" jeszcze jakoś się kojarzą, resztę trzeba wbić do głowy młotkiem.

Weźmy na tapetę taki cefuroksym - oto formy dożylne: Biofuroksym, Novocef, Pixym, Tarsime, Xorim, Xorimax, Zamur i Zinacef. I trzy jego preparaty doustne: Bioracef, Ceroxim i Zinnat. Który wybrać?

I kolejny antybiotyk - azytromycyna. Liczba preparatów ustawia ją w czołówce peletonu: Azibiot, Azimycin, Aziteva, Azithro-Mepha, Azithromycin-1A Pharma, Azithromycin-Ratiopharm, Azitrin, Azitrogen, AzitroLEK, Azitrox, Azycyna, Bactrazol, Macromax, Macromaxin, Nobaxin, Oranex, Sumamed, Zetamax. Ile i które z tych nazw można zapamiętać?

A może coś z antagonistów receptora angiotensyny? Proszę uprzejmie. Taki losartan - czyli Lakea, Lorista, Losacor, Losartic, Lozap, Rasoltan i Xartan.

Jakiś inhibitor pompy protonowej? Na przykład omeprazol? Toż to tylko Bioprazol, Gasec, Helicid, Losec, Loseprazol, Omar, Ortanol, Polprazol, Prazol i Ulzol.

A takie inhibitory receptora IIb/IIIa - abciksimab, eptifibatid, czy tirofiban? Jedynie nazwa handlowa tego pierwszego jest w miarę przystępna - Reo-Pro, bo Integrillin, czy Aggrastat już nie do końca.

 

Przedstawiciele medyczni farmaceutyków stają na głowie by zachęcić do kolejnego "cudownego" medykamentu, oczy wyłażą z orbit w trakcie czytania samej jego nazwy, język kołkiem w gębie staje od próby wymowy, a mózgownica się przegrzewa starając uporządkować cokolwiek w szufladce z napisem "farmakopea". Dlatego czasem powstaje w niej nazwa cudownego leku na wszystko - PARACETAMOXYFRUSEBENDRONEOMYCIN!

 

 

 

 

czytaj resztę »

Dodane w varia , praca , muzyka | Komentarze 10 , zobacz komentarze

zabawa

2010-02-08 23:21:32

Dawno nie byłem na weselu. Chyba jakieś pięć lat. I potrzeba było mi tego. Zabawiłem się niemalże jak za lat młodzieńczych. Nie obliczę objętości spożytych "wyrobów alkoholowych". Nie pomnę ilości wchłoniętych przez otwór paszczowy potraw. Nie zliczę kroków wykonanych na parkiecie. Nie wspomnę paru innych rzeczy, które miały miejsce. Ale powiem jedno - ubawiłem się nieźle! 

 

Nie dość, że "hajtał" się kumpel z lat studenckich (kawał czasu minęło), to na dodatek była to ostatnia osoba, którą mógłbym podejrzewać o ten "nieszczęsny" w skutkach krok. Nawet nie śmiem próbować domyślać się powodu tej, jakże brzemiennej przecież w skutkach, decyzji. Mamy już swoje osiemnaście lat skończone i każdy jest kowalem swojego losu (tak przynajmniej mówi przysłowie). A to jest przecież Jego wybór i należy go uszanować. Ale powiem jeszcze tylko jedno - nie będę się dłużej rozwodził nad tym jakie mam ale :))) 

 

Można by się do wielu rzeczy doczepić. Że zimno (któż to bierze ślub w pełni zimy?), że luty (znaczy się miesiąc bez litery "R" w nazwie - podobno powinno być "R"), że daleko (nie tyle od miejsca mego zamieszkania, co od kościoła do sali weselnej), że sala weselna naprzeciw cmentarza (fajny widok), że trochę mało miejsca na taniec (na dodatek trza było się gramolić po schodach na piętro), że z obsługą gości też nie do końca (cytuję: "Teraz podaję mięso, nie mam czasu na roznoszenie herbaty"), że parę innych "że"... Ale powiem jedno - ubawiłem się po pachy!

I nic mi nie przeszkadzało! Absolutnie! 

 

Oderwanie się, po tak długim czasie niebytności na tego typu imprezach, od rzeczywistości zrobiło mi bardzo dobrze. Pomimo pewnych "ale", "jednak", "aczkolwiek", "lecz" i innych tego typu spójników, nie mówiąc już o słówku "prawie". Było po prostu EKSTRA! Zwłaszcza, że spotkałem się z osobami których nie widziałem od lat wielu.

I powiem jeszcze jedno, choć różne miałem obiekcje - fajno jest, że osoby te nie zmieniły się wcale. Mimo, że upłynęło lat parę. A czasem i więcej niż parę...

 

I choć ten utwór nie pojawił się w trakcie "wirtuozerskich" popisów grupy wokalno-muzycznej (większość piosenek w języku polskim), to jakoś tak mi się kojarzy z weselem. I to niejednym...  

 

 

 

 

 

 

 

czytaj resztę »

Dodane w varia , muzyka | Komentarze 7 , zobacz komentarze

trzydzieste plenum spółdzielni zenum

2010-02-01 23:31:22

Są takie dni, gdy nie wiadomo w co ręce włożyć. Tak było dziś, ale przeciez nie ma róży bez ognia. Niemalże trzydzieści przyjęć w trakcie weekendu do oddziału, dłuuuuga odprawa, zmiana zespołów co doprowadziło do tego, że łącznie sprawuję "opiekę" nad szesnastoma pacjentami (zmiennicy?), kilka spraw "pobocznych" wymagających niestety załatwienia w dniu dzisiejszym, konieczność jazdy do Akadami Medycznej (o pardon - już do Uniwersytetu Medycznego i to bez mozliwości alternatywy!), załatwienie po drodze do domu bardzo szybkich sprawunków, odebranie latorośli z przedszkola (całe szczęście wyrobiłem się w miarę czasowo, więc nie był jedynym pozostałym dziś w tej instytucji dzieckiem) i parę jeszcze innych "konieczności". Straszny dzień - gonitwa na całego (taki poszukiwany/poszukiwana). A to dopiero poniedziałek. Nie lubię poniedziałku.

 

To pisałem ja - Miś, specjalista internista (znaczy się brunet wieczorową porą).

Czysty realny socjalizm. Taki bareizm :)))

 

 

 

czytaj resztę »

Dodane w varia | Komentarze 8 , zobacz komentarze

status quo

2010-01-30 23:56:39

Ktokolwiek spodziewałby się zmiany obecnej sytuacji panującej w Izbach Lekarskich, myliłby się znacząco. Było, jest i będzie! Ta dewiza będzie niestety jeszcze długo panowała. I nie dotyczy to tylko władz Naczelnej Rady Lekarskiej, ale i całego systemu dotyczącego medycyny w Polsce. Co prawda niebywały kult jednostki w postaci męża jakże "szlacheckiego" z nazwiska chyba minął bezpowrotnie, ale wpływ tejże do tej pory sprawującej "władzę" osoby jeszcze nie przeminął. Obecnie wybrany prezes NRL jest mocno uzależniony od potomka książęcego rodu, więc sterowanie z tak zwanego tylnego siedzenia może być bardzo prawdopodobnym scenariuszem, jednakże dr Hamankiewicz (doktor nauk medycznych, specjalista chorób wewnętrznych, Śląsk) sprawiał wrażenie osoby mocno wierzącej w swoje racje, a wygrana w wyborach mocno umocniła jego "samoświadomość". Zatem może być różnie. Niestety niejaki Krajewski Romuald (neurochirurg), który również kandydował na przewodniczącego (prezesa) NRL oddawszy swe głosy na dr Hamankiewicza zapewnił sobie (bądź co bądź po kuluarowych rozmowach z wybranym prezesem Hamankiewiczem) stanowisko wice-prezesa NRL. Niestety, bo w trakcie zjazdu widać było "sznurki" przywiązane do ramion marionetki doktora (o przepraszam - doktora habilitowanego, znaczy się docenta) Krajewskiego. Sznurki przymocowane przez Konstantego Mikołaja Melchiora Marii książęcego nazwiska! Jak nie w ten, to w inny sposób trzeba postarać się o wpływy. Nieprawdaż?!

 

Chcąc nie chcąc (bardziej nie chcąc niż chcąc), zostałem (teraz już mogę powiedzieć niestety) delegatem na Krajowy Zjazd Izb Lekarskich. Dziesiąty - z liczby można by sądzić że jubileuszowy, ale chyba pomiędzy tymi zwoływanymi co cztery lata były jakieś nadzwyczajne (nawet trzy), więc fety nie było. Sprawozdawczo-wyborczy z nazwy (jak odbywający się w grudniu dla Mazowieckiej Izby Lekarskiej, którego także miałem nieszczęście być delegatem). Bagienno-manipulacyjny z przebiegu. Mam nadzieję, że już nigdy nie będę musiał w czymś takim uczestniczyć, bo mierzi mnie to znacznie. Praktycznie dwa dni wyjęte z życia. Dwa dni, w trakcie których mógłbym spokojnie "dopatrzyć" swoich oddziałowych pacjentów (przecież nie ma to jak lekarz prowadzący!), dni w trakcie których spędziłbym radosne (tak mi się wydaje!) chwile z rodzinką, dni podczas których nie oglądałbym wojny podjazdowo-zaczepnej pomiędzy głównymi "rycerzami" zjazdu. Średniowiecze było chyba lepsze - wyjść na "ubitą ziemię", pobić przeciwnika w otwartej walce i w ten sposób udowodnić swoje "umiejętności" do zdobycia "wymarzonej" przez siebie posady! Niestety przyłbice (zwłaszcza te otwarte) zostały już dawno przekazane do muzeum (lepiej to brzmi niż do lamusa), więc i "uczciwe" starcie dawno stało się synonimem "naiwniactwa" niż odwagi.

 

Jeszcze jedno spostrzeżenie - tak na prawdę cała kołomyja jest o "nieokreśloną" w sumie "władzę", bowiem patrząc na to jak środowisko lekarskie spostrzega Izby Lekarskie, to ich żywot zmierza jedynie ku łowiskom Wielkiego Manitou, bowiem niejeden bizon rozniesie tę organizację na swych rogach!

 

A na koniec powiem tylko tyle - walka była zaciekła, a zjazd pod względem wyborów mocno ekscytujący, lecz całokształt pokazał jedno - lekarzom dobrze jest w zupie uwarzonej przez poprzedników.

Byłem jednym z "młodszych" uczestników zjazdu - jak okiem sięgnąć widać było osoby wiekowo przynajmniej o 15 lat starsze ode mnie, choć już tak młody nie jestem. Najstarsza osoba na sali miała 87 lat, a osoba o trzy lata tylko młodsza została zgłoszona została jako kandydat na członka Naczelnej Rady Lekarskiej (oby żyła jak najdłużej, ale statystyczne biorąc jej szanse na preżycie nie są już optymistyczne, a i sprawność intelektualna sądząc po wypowiedziach też niestety nie). Środowisko emerytalno-rentowe (bardzo energiczne skąd inąd, a i okazuje się stanowiące około 15 procent wszystkich członków Izb Lekarskich) domaga się jakichś specjalnych przywilejów, ktoś jeszcze woła o jakieś pieniądze, zabierają w "debatach" i  "dyskusjach" głos osoby, które wydaje mi się chciały w jakiś sposób zaistnieć, w głosowaniach nagle pojawiały się głosy sprzeciwu w sprawach, które wydawały się być priorytetowe i dobrze przeanalizowane - jednym słowem CYRK. 

 

A jako że syn mój jest jeszcze w okresie bajkowo-wierszykowym, to całość tegorocznego zjazdu można by określić tytułem wiersza Jana Brzechwy:

 

"Na straganie"

 

Na straganie w dzień targowy, Takie słyszy się rozmowy: 
- Może pan się o mnie oprze, Pan tak więdnie, panie Koprze. 
- Cóż się dziwić, mój Szczypiorku, Leżę tutaj już od wtorku! 
Rzecze na to Kalarepka: -Spójrz na Rzepę - ta jest krzepka! 
Groch po brzuszku Rzepę klepie: - Jak tam, Rzepo? Coraz lepiej? 
- Dzięki, dzięki, panie Grochu, Jakoœ żyje się po trochu, 
Lecz Pietruszka - z tą jest gorzej: Blada, chuda, spać nie może. 
- A to feler - Westchnął Seler. 
Burak stroni od Cebuli, A Cebula doń się czuli: 
- Mój Buraku, mój czerwony, Czybyœ nie chciał takiej żony? 
Burak tylko nos zatyka: - Niech no pani prędzej zmyka, 
Ja chcę żonę mieć buraczą, Bo przy pani wszyscy płaczą. 
- A to feler - Westchnął Seler. 
Naraz słychać głos Fasoli: - Gdzie się pani tu gramoli?! 
- Nie bądźŸ dla mnie taka wielka! - Odpowiada jej Brukselka. 
Widzieliœcie, jaka krewka! - Zaperzyła się Marchewka. 
Niech rozsądzi nas Kapusta! - Co, Kapusta?! Głowa pusta?! 
A Kapusta rzecze smutnie: - Moi drodzy, po co kłótnie, 
Po co wasze swary głupie, Wnet i tak zginiemy w zupie! 
- A to feler - Westchnął Seler. 

 

Pytanie tylko brzmi jaka to zupa?

Bo jeżeli z przewagą roślin strączkowych, to ja mam tak zwane "wiatry".

I chyba podziekuję za konsumpcję :)))

czytaj resztę »

Dodane w varia | Komentarze 2 , zobacz komentarze

pomiędzy

2010-01-24 00:07:38

Czytałem kiedyś (dawno temu) powieść "Jeźdźcy smoków" Ann McCaffrey. Bardzo sympatyczna książka zaliczana do literatury fantastyczno-naukowej, a dokładnie z gatunku fantasy. Nie mam zamiaru streszczać całego utworu, jednakże jedno muszę powiedzieć - współistnienie ludzi i smoków, ich wzajemne więzi emocjonalne umożliwiały bardzo szybkie podróżowanie pomiędzy różnymi punktami (dziś nazwano by to teleportacją). Jedna trochę buntownicza dzioucha przez przypadek odkryła, że można przemieszczać się nie tylko pomiędzy punktami oddalonymi w przestrzeni ale i w czasie. To co się działo z człowiekiem i smokiem w trakcie przenosin odległościowo-czasowych nazywano "pomiędzy", czyli gdzieś (nie wiadomo gdzie - jeszcze nie tam i już nie tu, już nie przed chwilą a jeszcze nie za chwilę). Takie czasoprzestrzenne zawieszenie...

 

Czuję się dziś podobnie jak niejeden z jeźdźców smoków. "Pomiędzy". Pomiędzy jednym a drugim dyżurem. Choć wczorajsza gonitwa izbowa nie była Wielką Pardubicką (a takie zdarzają się niestety coraz częściej) to i tak zmęczenie daje o sobie znać. A czasu na tak zwaną regenerację nie za wiele... Zwłaszcza że domowe obowiązki wzywają. Trzeba zrobić i to, i tamto... Chciałoby się pobawić z dzieckiem, porozmawiać z żoną, obejrzeć film, posłuchać muzyki, przeczytać książkę lub czasopismo... Wszak to dzień wolny od pracy! 

Jedynie z małym pobawiłem się jak należy (tego nie odpuszczam nawet jak padam na pysk!), w tle leciała jakaś muzyczka (więc i ten punkt dnia mam zaliczony). Filmu nie obejrzałem żadnego (nawet nie zajrzałem do programu telewizyjnego - nie było szans na to), cudem ujrzałem koniec konkursu skoków narciarskich w Zakopanem (Małysz w czołówce - czwarte miejsce - BRAWO!). Krótką chwilę (w tak zwanym odosobnieniu - tam gdzie król piechotą chodzi) spędziłem na lekturze. "Newsweek" sprzed dwóch tygodni... I muszę powiedzieć, że z połowicą talże udało mi się porozmawiać! I to nie tylko o tym co upichcić na obiad :))) 

Nie będę marudził o podyżurowych "ryneczkowych" zakupach w piętnastostopniowym mrozie. Nie będę marudził o wypadzie do pobliskiego centrum handlowego (konieczność zakupów pilna, rzec by można natychmiastowa - w dziedzinie odzieżowo-imprezowo-weselnej - za dwa tygodnie ślub mojego kumpla, więc żona szaleje bo przecież jak każda kobieta nie ma co na siebie włożyć). Nie będę marudził o paru innych dzisiejszych "obowiązkach". Bo jestem zmęczony. 

 

Na koniec dodam jeszcze jedno pomiędzy - jazda w niedzielny poranek do pracy z punktu widzenia kierowcy to czysta przyjemność. Mała liczba samochodów na drodze, brak korków, płynna jazda. Niby same zalety, ale... nieobecność na drodze innych pojazdów bardzo demobilizuje, bowiem uświadamia że dziś to ja będę jednym z nielicznych, którzy pracują... Przy całej rzeszy tych odpoczywających. Taki zawód. Wymagający ciągłych wyborów - między domem a pracą, między pracą a świętem, między dniem a nocą, miedzy wczoraj a dziś, między wysiłkiem a odpoczynkiem, między złem a mniejszym złem, między radością a smutkiem i w końcu miedzy życiem a śmiercią. Taki zawód "pomiędzy"...

czytaj resztę »


dzień imienin

2010-01-19 23:02:34

Rano, po kąpieli, ogoleniu się (nie znoszę!), zjedzeniu śniadania, ubraniu się i kilku innych innych rutynowych czynnościach prowadzonych w tak zwanym półśnie, gotowy do wyjścia z domu zostałem zatrzymany z lekka zapytującym stwierdzeniem połowicy: "Dokąd dziś tak elegancko?" Cholera, myślę sobie, elegancko jak elegancko. To że się nietypowo dziś ogoliłem (nie znoszę! robię to naprawdę z konieczności, gdy gęba zarasta zanadto!), to że założyłem na grzbiet nieco lepszą koszulę ma być bardziej elegancko? No może zapodany na siebie zapach Gucci Pour Homme był lekką ekstrawagancją (lubię go acz ciężki jest), lecz przecież dziś są moje imieniny, więc mogę chcieć czegoś więcej od życia niż szarości dnia codziennego?! W ten jakże miły sposób przypomniałem małżonce o ważnej (sic!) jakby nie było dacie, jaką jest 19 stycznia. Dla niewtajemniczonych - rok 1945 - dzień wyzwolenia Łodzi (notabene mego miasta rodzinnego) spod okupacji niemieckiej. I dzień wejścia miasta pod okupację kolejnego sąsiada :)))

 

No dobra. Pożartowałem sobie nieco. Ale dziś mogę :) Przecież jestem solenizantem (nie mylić z jubilatem, którym zapewne w tym roku się stanę - i to okrągłym - na ciele i wieku). A imieniny dziś obchodzą (wymienię w kolejności alfabetycznej): Adarlyk, Alderyk, Andrzej, Basjan, Basjana, Bernard, Biernat, Erwin, Erwina, Eufemia, German, Germanik, Geroncjusz, Henryk, Jan, Januariusz, January, Józef, Juliusz, Kaliksta, Kalista, Kanut, Marceli, Mariusz, Marta, Matylda, Mechtylda, Poncjan, Pia, Racimir, Sara, Saturnin i Wulstan. Trzydzieści trzy imiona. To dużo, bo wiedziałem raptem o trzech, no może czterech współsolenizantach! To dużo, bowiem wczoraj święto to przypadało tylko piętnastu imionom (Ammonia, Ammoniusz, Beatrycze, Bogumił, Jaropełk, Krystyna, Libarat, Lubart, Małgorzata, Piotr, Pryska, Regina, Sędziwoj, Wenerand i Zuzanna). A jutro jeszcze mniejsza okazja do świętowania - imieniny przypadają tylko Dobiegniewowi, Dobroniegowi, Dobrożyźniemu (?), Dobrzegniewowi, Eutymiuszowi, Fabianowi, Fabianie, Maurowi i Sebastianowi (zaledwie dziewięć imion).

 

Cholera! Nawet nie wiedziałem, że niektóre z tych imion istnieją! Odmienić trudno, a zastanawiam się już jak niektóre z nich zdrobnić? A może to tylko taki żart niektórych rodziców? Jak dla mnie trochę okrutny...

 

Dobra. Koniec dobrego, bo muszę zbierać siły na rok następny. Ponieważ niejaki brat Wacław (który mógłby obchodzić dziś imieniny, a nie wiedzieć czemu nie obchodzi) jako dorosły już chłopczyk zapowiedział, że w przyszłym roku przenosi dzień swoich imienin na 19 stycznia. Tak byśmy mogli wspólnie świętować. To dopiero będzie heca! Już się boję!

czytaj resztę »

Dodane w varia | Komentarze 18 , zobacz komentarze

2010 odyseja ko(s)miczna

2010-01-01 22:51:24

Le roi est mort, vive le roi!

 

Stary rok minął jak z bicza strzelił. Dopiero co świętowaliśmy początek 2009, a dziś pierwszy dzień 2010 roku chyli się już ku końcowi. Jakiż będzie ten Nowy Rok? W życzeniach składanych o północy często przewijało się, żeby ten nadchodzący rok nie był gorszy od mijającego. Oczywiście życzymy sobie także zdrowia, spokoju, szczęścia, spełnienia wszystkich marzeń, miłości i radości. I paru innych miłych rzeczy. 

 

A niestety miło się nie zapowiada. W dzisiejszych wiadomościach oprócz relacji z przebiegu nocy sylwestrowej, dominującym tematem były nadchodzące podwyżki cen. OC dla posiadaczy samochodów, papierosy, może zdrożeć cukier i kakao a co za tym idzie słodycze, ale przede wszystkim pójdą w górę ceny paliw i energii elektrycznej, co automatycznie zapewne podniesie ceny wszystkich usług i towarów.

Chodzą słuchy że mogą stanieć kredyty, ceny bananów i telewizorów LCD oraz korzystanie z internetu - to w sumie dobrze. Za tani kredyt zakupimy sobie duży telewizor przed którym zasiądziemy pożerając tony bananów. Tymi samymi bananami będziemy się żywić surfując po necie, choć z racji podwyżek energii elektrycznej nie wiadomo, czy koszty poboru prądu nie będą wyższe niż wartość nowego telewizora i narastającego uzależnienia od sieci.

 

Dodatkowo według któregoś z horoskopów (nie czytuję z zasady, ale żona podetknęła mi pod nos) 2010 rok pełen będzie niespodzianek i radykalnych zmian. A że będzie to rok Plutona i Saturna, to najsilniej odczują tego skutki osoby spod znaku Koziorożca i Wagi (znaczy się moja żona i chyba przez przypadek ja także) - skutki w postaci nawet (jak wieszczy ów horoskop) największych życiowych zmian!

 

Już się boję. Zapowiada się na niezły galimatias. Zwłaszcza, że idąc za noworocznymi życzeniami "nie gorszego" roku 2010 to w Polsce może być w najbliższym czasie całkiem wesoło, przecież zbliżają się wybory prezydenckie :)))

czytaj resztę »

Dodane w varia | Komentarze 6 , zobacz komentarze

znów pada śnieg...

2009-12-28 22:13:08

...wtedy, gdy właściwie mogłoby go już w mieście nie być. Piszę w mieście, bo dla amatorów "białego szaleństwa" tam gdzie powinien leżeć, to niech sobie leży.

 

Jakoś tak w tydzień przed świętami śniegu napadało tyle, że płakać się chciało na samą myśl o odśnieżaniu zasypanego samochodu. Oczywiście jak zwykle w tej strefie klimatycznej tzw. służby miejskie nie spodziewały się opadów, więc drogi zasypane były tak wielce, że dojazd do pracy niektórym zajął dwie a czasem i trzy godziny. Niestety niemalże w przeddzień Wigilii cały, miejscami już tylko biały z nazwy śnieg, przy dodatniej (wręcz wiosennej) temperaturze stopniał zlany mokrym deszczem. I tyle by mówić o aurze, która właśnie dziś wysypuje ze zmagazynowanych w trakcie świąt worków kolejne metry puchowej bieli.

 

A Święta... W ostatnich latach nieodparcie odnoszę wrażenie, że mijają coraz szybciej. I nadchodzą także szybko. Raptem jeszcze wspomina się zeszłoroczną wieczerzę wigilijną, gdy już praktycznie trzeba się do okresu świątecznego szykować od nowa. Ani się człowiek obejrzy a już kolejny rok minął. I siwych z nim włosów przybyło. Czas biegnie na złamanie karku. Jak pociąg pospieszny - zatrzymuje się tylko na wybranych stacjach. Od wydarzenia do wydarzenia, a odległości między nimi jakby skurczyły swój wymiar...

 

I choć nie do końca jestem zadowolony z przybywających z minuty na minutę centymetrów śniegu, to z drugiej strony właściwie powinienem się cieszyć z tych opadów. Przy tak znakomitym zorganizowaniu służb porządkowych, na 100% na torach pojawią się zaspy, więc pociągi będą miały istotne opóźnienia. Może i ten dalekobieżny zwany "TIME" także? 

czytaj resztę »

Dodane w varia | Komentarze 2 , zobacz komentarze

magia świąt?

2009-12-20 00:18:34

Podyżurowe zmęczenie nie miało szans szybko minąć. Niestety w drodze do domu konieczne było wykonanie niezbędnych sprawunków, co w dniu dzisiejszym (przypominam - ostatni weekend przedświąteczny) nie było wcale sprawą łatwą. Setki ludzi skutecznie uniemożliwiły mi zrobienie szybkich zakupów, choć dziś wcale nie były wielkie. Przed każdym punktem handlowym ryneczku na którym dokonuję zwykle zakupów (targowisku jak kto woli) kłębił się tłum kolejkowiczów kupujących już tony żywności. He, he, he - mówią że kryzys panuje. Wszędzie, tylko nie w Polsce. Zresztą patrząc na przeszłe (odbywane w naprawdę w kryzysowych czasach) bożonarodzeniowe świętowanie wyglądało to podobnie. Niby nikt nie ma kasy, niby wszyscy biedni, ale w święta stoły uginały się od wszelkiego rodzaju rarytasów. Nie na darmo mówi się, że Polak potrafi. Niestety często w myśl drugiego znanego przysłowia - zastaw się, a postaw się. W każdym razie drobne podyżurowe sprawunki zajęły mi raptem jakieś 2,5 godziny i w domu znalazłem się tuż przed południem - w sam raz na zjedzenie porannego posiłku :)))

 

A mówią że święta mają magiczną moc. Po części to prawda - w niewiarygodny wręcz sposób znikają z portfela pieniądze przy nieobecności w pobliżu prestidigitatora, na którego można by zrzucić całą winę niedostatków finansowych. Niestety magia świąt dość dawno już zniknęła. I choć nie żałuję, że obecnie można kupić wszystko i wszędzie, to wspomniawszy te naprawdę odległe już w mej pamięci Święta Bożego Narodzenia, czuję pewien niedosyt obecnych czasów. Czym bowiem dzień powszedni różni się od świątecznego? Poza nazwą, to chyba niczym. Wszelkiego rodzaju luksusy są dziś na wyciągnięcie ręki. Oczywiście - trzeba za nie zapłacić, ale zdobycie egzotycznych owoców, lepszych gatunków wędlin, luksusowych słodyczy, alkoholi, czy wyszukanie ciekawych prezentów nie stanowi w chwili obecnej problemu. A że dostępne są na co dzień, nie stanowią już takiej atrakcji jak kiedyś...

 

A jak było kiedyś? Kiedyś święta wyczekiwane były właśnie z tych powodów. Na co dzień poza kurzem na sklepowych półkach nie było niczego. Jednak w okresie świątecznym "władza ludowa" mimo wszystko starała się zapewnić dopływ "ekskluzywnych" jak na owe czasy towarów. Czekało się na informację w mediach o płynących z Kuby statkach z bananami i pomarańczami. Unoszący się w domu zapach świeżo obranej pomarańczy przemawiał wręcz za nadchodzącymi świętami. A i z żarciem nie było tak źle. Wędliny takie jak szynka, polędwica i baleron (kiedyś uważane za luksusowe) "rzucane" były do sklepów mięsno-wędliniarskich i (o dziwo) nie spotkałem się z tym, by ktoś w święta tego gatunku wędliny nie dostał. Nie wiem co prawda jakim sumptem do tego dochodziło, ale w odwiedzanych przez mnie w bożonarodzeniowy czas domach, ten produkt spożywczy pokazywał się na stawianych przez gospodarzy półmiskach. Jako dziecko czekałem na ekstra programy telewizyjne - tylko w święta mogłem niemalże do woli napatrzeć się na kaczora Donalda, myszkę Miki, psa Pluto i inne wytwory disneyowskich rysowników. A i "lepsze" filmy dla dorosłej widowni także gościły na ekranach. No i oczywiście prezenty. W trakcie roku nie było (poza urodzinami, imieninami, czy dniem dziecka) okazji do otrzymywania "giftów". To w Święta Bożego Narodzenia jakiś facet o pseudonimie Mikołaj wrzucał pod choinkę paczkę z podarkiem o którym marzyło się przez cały rok. I najczęściej właśnie ta (!) wymarzona zabawka znajdowana była w świątecznym prezencie. I to była prawdziwa magia świąt!

 

Dziś kultywujemy tradycję, bo tak trzeba, lecz opisywana wyżej magia bezpowrotnie chyba uleciała. Zwłaszcza że tuż po pierwszym listopada zaczyna się w sklepach "przedświąteczna gorączka" - znaczy się okres największych dla handlowców żniw. Zmęczeni prawie dwumiesięczną bożonarodzeniową szopką nie jesteśmy już w stanie cieszyć się z racji nadchodzących świąt.

Zwłaszcza, że poza niezbędnymi (czytaj wielogodzinnymi) sprawunkami, trzeba dokonać corocznego maksi sprzątania, w trakcie którego okazuje się, że połowa upakowanych w szafach rzeczy jest niepotrzebnie w nich przetrzymywana... Może to jest właśnie magia świąt? :)))     

czytaj resztę »

Dodane w varia | Komentarze 8 , zobacz komentarze

a za oknem pada śnieg...

2009-12-16 21:41:01

Dziś krótko, króciutko, bo wolna chwila złapana jest pomiędzy jednym a drugim pacjentem.

Właściwie z całej zimy lubię tylko śnieg. I choć Ludwik Jerzy Kern chciałby widzieć go w innych kolorach, to dla mnie właśnie ta rażąca, niesamowicie wręcz czysta biel świeżo spadniętego sniegu jest taka piękna...

Oto wyzej wspomniana chęć pokolorowania przez LJK śniegu: 

 

Czy wam nie przyszło do głowy, że śnieg powinien być kolorowy?

Albo zielony, albo czerwony, liliowy lub beż.

Śnieg ten lepiłoby się wspaniale, a bałwan biały nie byłby, ale

Albo zielony, albo czerwony, liliowy albo beż.

Śniezki tak samo w zimowej porze byłyby wtedy w jakimś kolorze:

Albo zielone, albo czerwone, liliowe albo beż.

Bardzo kolory by się przydały, a tu tymczasem wciąż pada biały,

biały, bielutki, miękki, mieciutki, świeży, świeżutki śnieg.

 

Jedyny smutek, to jutro niestety czeka mnie (i wszystkich zmotoryzowanych trzymających swe automobile pod chmurką) odśnieżanie i (oby tylko nie) skrobanie zlodziałych szyb. Bo parking szpitalny nie jest zadaszony :)))

czytaj resztę »

Dodane w varia | Komentarze 4 , zobacz komentarze

midnight oil czyli z(a)jazd lekarski

2009-12-13 22:01:44

Praktycznie niemalże przez przypadek znalazłem się na Sprawozdawczo-Wyborczym Zjeździe Okręgowej Izby Lekarskiej w Warszawie. Jako jeden z delegatów, wybrany w okręgu wyborczym o jakże wymownym numerze 1, miałem okazję naocznie i "nacielnie" doświadczyć mąk bycia uczestnikiem tegoż zgromadzenia. Domyślam się, a wręcz jestem pewien, że cierpiętników takich jak ja było tam wielu. Lecz nie wszyscy. Część delegatów bowiem ochoczo wręcz i aktywnie brała udział w obradach zjazdu, skutecznie przedłużając nadejście kulminacyjnego i najważniejszego dla całego spotkania momentu wyborów.

 

Zdumiony faktem rewelacyjnego przygotowania kandydatów do objęcia "stołka" przewodniczącego Okręgowej Izby Lekarskiej w Warszawie (prezentacja programu także w formie multimedialnej), nie mniej zdumiony byłem podjazdową wojną toczoną w tzw. kuluarach. Dwa obozy (nazwijmy je "szlachtą" od nazwiska głównego kandydata i "włodarzami" od nazwiska jednego z głównych opozycjonistów) rywalizowały ze sobą w próbach przekabacenia kolejnych ludzi na swoją stronę. Zwłaszcza, że było o kogo walczyć. Wielu podobnych mnie ludzi znalazło się w tyglu regularnej wojny, w centrum wydarzeń o których nie mieli wcześniej zielonego pojęcia. Ludzi, którzy często nie za bardzo wiedzieli na kogo głosować. Obóz "szlachecki" promując swego znanego powszechnie z mediów kandydata (notabene przykładnego chyba katolika, bo ojca aż ośmiorga dzieci) składał na prawo i lewo różnego rodzaju obietnice. Obóz drugi, mając kandydata z piekielnie brzmiącym nazwiskiem i niewielkie nadzieje na wygrane, nie poddawał się kombinując jakby tu może zerwać obrady...

 

Wybory odbyły się późnym wieczorem po dogrywce, którą wygrał (chyba przy udziale mocy nieczystych) kandydat ugrupowania drugiego, zaznaczając w swym krótkim przemówieniu chęć zerwania z dotychczasowym "ładem" panującym dotychczas w OIL (obecnie Okręgowej Radzie Lekarskiej) w Warszawie. Później były jeszcze kolejne wybory (na Okręgowego Orzecznika Odpowiedzialności Lekarskiej, jego zastępców, na członków ORL, członków Okręgowego Sądu Lekarskiego, członków Okręgowej Komisji Rewizyjnej, członków Okręgowej Komisji Wyborczej i delegatów na Krajowy Zjazd Lekarzy). Wszystko to poprzedzone prezentacją kandydatów, pytaniami, odpowiedziami, zarzutami, ich odpieraniami, sporami, kłótniami i innymi "przedłużaczami". Dzień pierwszy zjazdu skończył się tuż przed północą! Nieżywy, po 16 godzinach "pracy", mogłem wrócić do domu!

 

Smaczku całej tej opowieści dodaje fakt, że obrady odbywały się w dniach 12-13 grudnia (sobota i niedziela) w Centrum Konferencyjnym Wojska Polskiego - w miejscu, z którego w 1981 roku (w nocy z soboty na niedzielę) został ogłoszony stan wojenny w Polsce. Jadąc już grubo po północy samochodem w kierunku domu (notabene według załączników zjazdowych zawierających między innymi dane adresowe uczestników powinienem udać się chyba do gabinetu prezydenta RP!) zastanawiałem się czy ta zbieżność dat będzie dobrą, czy złą monetą dla nowopowstałych władz samorządu lekarskiego, a tym samym nas lekarzy. Martwi mnie to jako delegata (niestety) na mający się odbyć w styczniu zjazd krajowy...

 

Stąd odpowiedni będzie na dobranoc kawałek Midnight Oil :)))

 

 

czytaj resztę »

Dodane w varia , muzyka | Komentarze 4 , zobacz komentarze

influenza?

2009-12-10 00:19:55

Poczuwszy się nieco lepiej zapakowałem zwłoki do samochodu i obrawszy azymut na pracę pojechałem tamże, by w końcu wykonać test na grypę. Poprzednia moja wizyta w tej kwestii zakończyła się bowiem fiaskiem kompletnym - dostępność przesiewowych testów grypowych jest w "dniach świątecznych" żadna! Żadna dla personelu, a w dniach roboczych także dla pacjentów, bowiem w swej wielkości dyrekcja zakupiła je tylko dla osób zatrudnionych w szpitalu. Dziwne, ale z drugiej strony patrząc na skuteczność testów w wykrywaniu wirusa, to nie ma po co się ładować w koszty...

 

W każdym razie przyjechałem, wykonałem wszystkie czynności zgodnie z instrukcją (a przez przypadek dodatkowo pod nadzorem Przenitka) i odczytałem: test wykonany prawidłowo, nie stwierdza się infekcji wirusem grypy A, nie stwierdza się infekcji wirusem grypy B (Przenitek podejrzewał ewentualnie ciążę). He, he, he! Trudno, żeby po terapii Tamiflu miało cokolwiek wyjść :) Test bardziej dla rodziny, niż dla siebie - po objawach sądząc była to grypa lub grypa to była (i tego zdania będę się trzymał). Podobno mogłem sobie także wykonać specjalistyczny test w kierunku grypy A/H1N1. Warunkiem jednak była hospitalizacja, na co zgodzić się nie chciałem :)

 

No dobra - wynik testu ujemny. I co dalej? Przyznać się, że symulowałem? W sumie po kąpieli, ogoleniu zarostu i zapodaniu zapachu nie wyglądałem źle. Nikt patrząc na mnie nie da wiary, że jestem chory. I wydaje mi się, że patrzono na mnie z lekka krzywym wzrokiem. Trudno. Choć jest o niebo lepiej, to czuję się nadal niepewnie. Przeraża mnie jedno - słabość, słabość, słabość... Ile jeszcze czasu minie, by siły witalne całkowicie wróciły do normy? Mam jeszcze kilka dni na rekonwalescencję (szefostwo szafowało nawet tygodniem), więc mam nadzieję że się do końca wykuruję...

 

Zwłaszcza, że są na tym świecie ludzie poważniej chorzy. Nie tylko na ciele...

 

czytaj resztę »

Dodane w varia , muzyka | Komentarze 6 , zobacz komentarze

lepiej...

2009-12-07 21:50:42

...powinno mi być po tych kilku dniach na "chorobowym". Ale wcale tak nie jest. 

 

Obstawiony jestem baterią leków, które łykam systematycznie (jako podstawa kapsułki Oseltamivirum, jako dodatek tabletki z Dexbrompheniramini maleas+Pseudoephedrini sulfas, jako wspomaganie drażetki z Acidum ascorbicum+Rutosidum, obrzydliwe Fusafunginum, syropek z Guaifenesinum, płukanka do gardła z Natrii benzoas+Natrii tetraboras+Mentholum, okresowo niestety było w użyciu Ibuprofenum). Stosuję nazewnictwo międzynarodowe by nie być posądzonym o kryptoreklamę:))) 

A tak poza tym ciekawie byłoby poruszać się wśród leków w ten właśnie sposób. Nazwa międzynarodowa na receptę, a o preparat niech martwi się farmaceuta. Ileż zarzutów wobec lekarzy nie miałoby uzasadnienia...

 

Tak, czy siak pomimo leczenia nie jest lepiej. No może nie do końca, spojrzawszy na to obiektywnie to nie mam już gorączki (obecnie termometr ledwie dobija 34 stopni Celsjusza), gardło przestało nieco boleć, chrypka z rana i z wieczora jest (ale nie barytonowo-basowa), mięśnie, głowa i skóra już nie bolą. Właściwie powinienem się cieszyć - prawie zdrowy. "Prawie" niestety robi różnicę. Bowiem przejście do kuchni, zrobienie herbaty i powrót do sypialni powodują wystąpienie lekkiej zadyszki i oblanie się potem tak intensywnie, jakbym przebiegł maraton a nie przeszedł te parę metrów. Słabo, słabo, słabo...

Dawno mnie taka franca nie dorwała. Powiem jeszcze inaczej - nigdy mnie taka franca nie dorwała. Choroba zwykle nie stanowiła problemu. Gorączka, kaszel, chrypa, czy uczucie rozbicia - ileż to razy bywałem w pracy z takimi objawami. Ileż razy z takimi objawami dyżurowałem! Nie zliczę. 

Teraz jednak "świństwo" jakieś "grypowe" mnie dorwać musiało. Muszę zrobić sobie test na A/H1N1. Brat Wacław ma załatwić, więc jak się trochę lepiej poczuję to sobie zrobię. Tylko czy warto? Po przechorowaniu? Chyba, że dla wiadomości otoczenia. Jak ktoś będzie leżał i kwiczał (jak ja niedawno) to testu już nie trzeba będzie robić :)))

 

Na dobranoc coś bardziej ambitnego niż Szymon Wydra i Kenny G.

 

 

Miło, że martwią się o mnie znajomi. I szefostwo też!!! Telefony (nawet te budzące z drzemki) dają dodatkowy zastrzyk energii. I chce się już wracać do pracy. Ale jakby to powiedzieli sąsiedzi zza wschodniej granicy - У меня нет сил !!!

czytaj resztę »

Dodane w varia , muzyka | Komentarze 3 , zobacz komentarze

horyzontalnie

2009-12-06 00:02:48

Świat z pozycji leżącej nie wygląda tak fajnie jak na stojaka. Teraz wiem, dlaczego człowiek starał się wyprostować. Po kilkudziesięciu godzinach spędzonych w łóżku współczuję tym wszystkim, którzy są skazani na ciągłe leżenie. Bowiem wszystkie gnaty (a zwłaszcza kręgosłup i lędźwie) bolą mnie od "nietypowej" jak dla mnie pozycji. Lub bolą mnie, bo tak ma być. Przyzwyczajony do "szybkiego" snu (4-5 godzin/dobę), teraz - spędziwszy niemalże dwie doby w łóżku nie mogę już znaleźć wygodnego ułożenia. A wszystko to właściwie bez przymusu, choć jestem tak osłabiony, że dwie godziny aktywności przeplecione są czterema snu. Dorwała mnie niezła cholera! Jestem dość twardy facet i byle gorączka, kaszel, czy złe samopoczucie nie powodowały pracowniczej absencji, a tym bardziej nie zaganiały mnie do wyrka. Tym razem jednak mój stan fizyczny pogarszał się niemalże z minuty na minutę. Na dodatek ma latorośl także chora. Ale chyba jakieś inne "świństwo" bo dziś jest w rewelacyjnej formie, w przeciwieństwie do mnie. Zastanawiam się, czy jednak wiek nie odgrywa tu jakiejś roli?!

 

Zatem: ból wszystkich członków, skóry i włosów (można by go niemalże sprowadzić do ZBCC), ogólne rozbicie, ból gardła, gorączka do 39 stopni, krótki oddech, no i chrypka. Ta ostatnia z tendencją do falowania - rano i wieczorem mógłbym śmiało podkładać głos za Himilsbacha. I nietypowa jak dla mnie słabość. Niewielkie czynności powodują od razu chęć odpoczynku (czytaj snu). Dziś z rana poczułem się nieco lepiej i zmusiłem się do pojechania do pracy, by jakieś badanka zrobić, fotkę strzelić, pokazać gardło laryngologowi. Zajęło mi to wszystko w sumie może 1,5 godziny (całe szczęście na razie poza wysokim CRP, objawami zapalenia gardła i krtani nic złego się nie dzieje), ale wróciwszy do domu od razu ległem w wyrku przesypiając kolejne trzy godziny. Słabo, słabo, słabo. Ciekawe jak długo mnie będzie trzymało...

 

Ale wróciwszy do leżenia w łóżku i tak zwanego "wypoczynku". Ma to swoje i dobre strony. W fazie aktywnej można nadrobić zaległości filmowe i literackie. Przeczytałem kilka starych numerów "Newsweeka" i "Science Fiction", przejrzałem prasę kobiecą - kolorową (a jakże, żona czasem kupuje - "Gala", "Viva", "Twój Styl" - nie wiem, czy nie mają tego samego wydawcy, bo wszędzie to samo), obejrzałem także dwa dobre, choć wiekowe już filmy.

Pierwszy z nich to "Dwunastu gniewnych ludzi". Nakręcony w 1957 roku czarno-biały film z Henrym Fondą jako tym wkładającym kij w mrowisko. Mimo, że nakręcony w jednym pomieszczeniu, to majstersztyk w każdym calu. Genialna pod względem prostoty fabuła, a napięcie narastające zupełnie jak u Hitchcocka. A koniec? Hm. Ja nie jestem pewien. I chyba o to w tym filmie chodzi. Nie przesądzaj sprawy, jeżeli masz jakiekolwiek wątpliwości...  

Drugi to "Łowca jeleni" Michaela Cimino (1978) z genialną aktorską obsadą - Robertem de Niro, Christopherem Walkenem, Johnem Savage i Meryl Streep. Film tak naprawdę psychologiczny, nie wojenny. Tak jak "Czas apokalipsy" Coppoli. Oczywiście pokazana jest i sama wojna, jej okrucieństwo. Ale najbardziej przerażające jest przedstawienie zmian, jakie mogą się dokonać w ludzkiej psychice pod wpływem stresujących (w tym przypadku wojennych) przeżyć. Nawet u tych, wydawać by się mogło najmocniejszych psychicznie...

 

Na dobranoc temat z filmu w wykonaniu The Shadows:

 

czytaj resztę »

Dodane w muzyka , varia | Komentarze 5 , zobacz komentarze

scrabble

2009-11-29 01:07:19

Pomimo natłoku prac wszelakich i ustawicznego braku czasu na cokolwiek, zwłaszcza związanego z tak zwanym odpoczynkiem, udało mi się (wspólnie z równie zapracowaną małżonką) oderwać od zajęć przyziemnych i zasiąść przy stole w celu bynajmniej nie konsumpcyjnym. Otóż, po raz pierwszy od nie wiem jakiego czasu, usiedliśmy do partyjki Scrabble. Wiem, że "wolny czas" można spożytkować zupełnie inaczej niż siedzenie nad planszą z literami, ale czasem i taka rozrywka (w moim mniemaniu wybitnie pobudzająco-relaksacyjna), jest bardzo przydatna w oderwaniu się od trosk życia codziennego. Co prawda rozgrywka ciągnie się w iście szachowym tempie (przynajmniej w naszym wykonaniu), ale sprzyja to jedynie możliwości rzucenia okiem w kierunku telewizora, posłuchania muzyki, czy też wspólnej konwersacji - co wydaje mi się rzeczą równie ważną jak jedzenie, spanie, czy praca.

 

Zatem udało nam się rozegrać partyjkę Scrabble. Ma żonka, kiedyś dość łatwy do pokonania przeciwnik, obecnie okazuje się być coraz bardziej wymagającym zawodnikiem. Oczywiście łut szczęścia jest potrzebny w każdej grze, ale poza nim trzeba czasem nieźle pogłówkować, by z wylosowanych przez siebie liter sklecić jakikolwiek wyraz. Albo mnie idzie coraz gorzej (starość?), albo jej coraz lepiej (druga młodość?). W każdym razie rozgrywka od początku toczyła się niemalże pod dyktando mej połowicy.

Jako, że w trakcie losowania wyjąłem z woreczka literę, która pojawia się wcześniej w alfabecie, do mnie należał pierwszy ruch. Słówko ZDAJE - to wszystko co było mnie stać na sam początek. Żonka odpowiedziała na to niewinnie brzmiącym słowem NIEWINNE, uzyskując już na samym starcie niezłą przewagę punktową. ZDAJECIE sobie sprawę, że nie nastroiło mnie to optymistycznie co do końcowego efektu rozgrywki. Pomimo stawania na GŁOWIE przejawiającego się między innymi GAMĄ tricków i TONAMI różnych słów, przewaga topniała dość powoli. Całe szczęście nie musiałem SETONAMI zbierać potu, który pojawił się na CZOLE podczas wytężonego wysiłku umysłowego. ŹLE się dzieje - dostaję NIEŹLE w KOŚĆ. A godzina była już późna - gdyby było LATO, niejedna ĆMA przyleciałaby zapewne zobaczyć nasz pojedynek. Całe szczęście (dla mnie), pod koniec zabawy sprzyjający do tej pory mej żonce LOS, uśmiechnął się TAKŻE do mnie i wyłożywszy na planszy słowo NOC (zabawny zbieg okoliczności) wygrałem rozgrywkę 2 (słownie dwoma!) punktami.

Szkoda, że tak rzadko mamy czas na takie zabawy. Jesteśmy albo za bardzo zmęczeni, albo za bardzo zagonieni. A czas ucieka bezpowrotnie...

 

Na dobranoc zapuszczę filmik, który przypomniał mi się, gdy byłem ze swą latoroślą w Cinema City, gdzie zakupiliśmy popcorn i colę w zestawie (obecnie w promocji filmu "Odlot") z taką szklaną zabaweczką wypełnioną wodą. Przy potrząśnięciu, pływające wewnątrz drobiny kotłują się przypominając latające malutkie baloniki. A skoro zima za pasem, to nie balony a śnieg. I Bobby McFerrin :)))

 

  

czytaj resztę »

Dodane w varia , muzyka | Komentarze 4 , zobacz komentarze

what a wonderful world...

2009-11-26 00:01:16

Ostatnie moje posty trąciły trochę depresyjno-melancholijną nutą. Bo życie niestety pisze scenariusze, do których grafomania "autorów popularnych seriali" się nie umywa.

I nie chodzi mi tylko o niedawną śmierć mego kuzyna, bo jest on tylko jedną z ogromnej rzeszy ofiar wypadków drogowych. Tylko w Polsce ginie w nich ponad 5 tysięcy osób rocznie. W skali światowej jest to już 1200000 (tak, nie mylę się, słownie: jeden milion dwieście tysięcy) zgonów, a liczba osób które odniosły w trakcie wypadku obrażenia zbliża się do 50 milionów.

Ale nie chcę znów o śmierci. Bowiem przemyślenia ostatnich dni przeprowadziły mnie od MEMENTO MORI przez FORTUNA CAECA EST i VIVE MEMOR, QUAM SIS AEVI BREVIS do CARPE DIEM. A jak żyć chwilą, to tylko wtedy gdy uzna się że świat wokół nie jest zły. I choć w życiu piękne są tylko chwile jak stara się przekonać Rysiek Riedel, to zaraz dodaje, że "dlatego czasem warto żyć!", bo tak naprawdę "życie to ja i ty, ten ptak, to drzewo i kwiat"... 

 

 

I choć powyższa muza to tylko cover z saksofonem w tle, to przesłanie Louisa Armstronga jest proste jak tekst, którym jest napisane. I jak się tak przyjrzeć bliżej słowom, to jasno widać że: "życie to ja i ty, ten ptak, to drzewo i kwiat"...

 

"I see trees of green, red roses too 
I see them bloom for me and you 
And I think to myself, what a wonderful world 

I see skies of blue and clouds of white 
The bright blessed day, the dark sacred night 
And I think to myself, what a wonderful world 

The colours of the rainbow, so pretty in the sky 
Are also on the faces of people going by 
I see friends shakin’ hands, sayin’ "How do you do?" 
They’re really saying "I love you" 

I hear babies cryin’, I watch them grow 
They’ll learn much more than I’ll ever know 
And I think to myself, what a wonderful world 
Yes, I think to myself, what a wonderful world" 

czytaj resztę »

Dodane w varia , muzyka | Komentarze 4 , zobacz komentarze

carpe diem

2009-11-22 22:32:46

Wydarzenia takie jak chociażby wczorajsze zmusza człowieka do refleksji. Ogólnie pojętej refleksji, choć ta związana z sensem życia wysuwa się na plan pierwszy.

Spotkanie z rodziną także zmusza do refleksji. Często są to osoby dawno nie widziane (zwłaszcza z tzw dalszej rodziny), czasem są to osoby z którymi z jakichś tam powodów (często pokoleniowej zapyziałości) nie chcieliśmy się spotykać, a czasem wręcz ich unikaliśmy.

 

Śmierć nie jest dla mnie czymś obcym. Jest wpisana w zawód, który wykonuję. Nieuleczalnie chore osoby stanowią czasem 1/3 ogólnej liczby pacjentów oddziału, w którym pracuję - tak niestety wygląda większość oddziałów internistycznych w Polsce - więc zgon pacjenta, zwłaszcza z chorobą, która nie poddaje się leczeniu, nie jest czymś niespodziewanym. I my (jako lekarze) przechodzimy nad tym do porządku dziennego. Z boku może się to wydawać "znieczulicą", ale inaczej się nie da. Gdybyśmy każdą śmierć pacjenta przeżywali tak jak zgon osoby bliskiej, nasz umysł chyba w krótkim czasie doprowadziłby nas do obłędu. Jest to poniekąd pewien rodzaj testu, sprawdzający czy ktoś się nadaje do zawodu, czy nie. Zwłaszcza do pracy w oddziale szpitalnym.

Ale nie o tym chciałem. Śmierć nie jest mi obca. Śmierć w wydaniu szpitalnym. Stare, często nieuleczalnie chore osoby - ich zgon jest często "wybawieniem" od ziemskich cierpień. Przynosi ulgę i samym chorym, często też ich rodzinom. Jest to śmierć niechciana, ale w jakiś sposób "oczekiwana".

Śmierć w wydaniu "nieoczekiwanym" jest ciosem, który niejednego już powalił - niedawny przykład bramkarza reprezentacji Niemiec Roberta Enke, który straciwszy córkę, będąc pomimo terapii w ciągłej depresji po jej śmierci, popełnił samobójstwo w trzy lata po zgonie tejże ukochanej córki, bo nie mógł się z tą "nieoczekiwaną" stratą pogodzić.

 

Stąd moje przemyślenia co do życia ziemskiego: CARPE DIEM, CARPE DIEM, CARPE DIEM. 

 

Po trzykroć, po jego wielokrotność i jeszcze więcej. Trzeba wyrwać z życia co tylko się da, bo każda minuta tak naprawdę jest nam darowana. I - to najbardziej sprawiedliwa strona życia - MEMENTO MORI, więc postępuj tak wobec Innych, jakbyś chciał żeby Inni postępowali wobec Ciebie. A może się wtedy okazać, że szacunek wobec Twojej osoby przełoży się na liczbę osób na Twym pogrzebie.

 

 

CARPE DIEM bo MEMENTO MORI. Właściwie staram się tak postępować od dawna. Ale wydarzenia takie jak wczorajsze jeszcze bardziej mnie do tego skłaniają :)

czytaj resztę »

Dodane w varia , muzyka | Komentarze 2 , zobacz komentarze

one dog and a funeral

2009-11-22 00:14:06

Pogrzeb. Jako forma pożegnania ze zmarłą osobą i poniekąd wyraz szacunku dla "ziemskiej cielesności" tegoż zmarłego nakłada na nas obowiązek stawienia się na obrządku pochówku. Obowiązek stawienia się... Chyba tak to trzeba nazwać, bo nie jest to przyjemna (zwłaszcza dla rodziny zmarłego) chwila. A i dla nie-rodziny chyba także (nie licząc wrogów). Nie spotkałem do tej pory osoby oficjalnie przyznającej się do czerpania przyjemności w chodzeniu na pogrzeby (choć zapewne psychiatrzy takowe przypadki mają opisane). Sam nie znoszę tego obrządku. Z kilku powodów...

 

Po pierwsze - zdarzało mi się bywać na pogrzebach osób z rodziny, a więc z założenia bliskich. Już sam fakt utraty bliskiej osoby nie jest przyjemny, a co dopiero ujrzenie w "realu" składania doczesnych szczątków bliźniego w jakiejś dziurze wykopanej w ziemi.

 

Po drugie - "spacer" za trumną (bądź urną) w kierunku ostatecznego miejsca złożenia ciała w towarzystwie żałobników w niczym nie przypomina spaceru (nawet w tym samym towarzystwie) odbytego po parku w celach rekreacyjnych, choć niektóre cmentarze mogą poszczycić się przepięknym drzewostanem.

 

Po trzecie - często nad mogiłą lub jeszcze w kościele (bo w przeważającej większości bywałem na pogrzebach odprawianych w obrządku katolickim) wygłaszane są wspominki o "ziemskich dokonaniach" nieboszczyka. Niejednokrotnie człowiek dopiero nad grobem dowiaduje się ile dobra, to znaczy dobrych uczynków (lub też niekoniecznie) uczynił zmarły. To wydaje się być całkiem mierzalne - liczbą osób na pogrzebie. 

 

Po czwarte - raczej staram się być twardy i nie wzruszać zanadto. Ale! Dźwięk pierwszych grud ziemi odbijających się od drewna złożonej w grobie trumny jest tak niesamowicie "kończący", że nagła świadomość tegoż końca na ziemskim łez padole przytłacza swą emocjonalnością i niestety powoduje nagłą wilgoć w oczach. Podobnie jest, przynajmniej w przypadku mojej osoby, z nagle słyszanym dźwiękiem trąbki (lub innego instrumentu, co stało się bardzo modnym zwyczajem w trakcie pochówku). Jako osoba, której słoń na ucho nie nadepnął, czuły jestem na dźwięki muzyki, a że utworem zwykle zapodanym na pogrzebie jest "Cisza", powoduje to zwykle u mnie dreszcz i gęsią skórkę na całym ciele.

 

Po piąte - stypa, konsolacja, czy też "uczta pogrzebowa". Przyjęcie podczas którego wszyscy (poza starymi ciotkami) omijają szerokim łukiem temat zmarłego, by nie sprawić przykrości jego najbliższym w ramach podziękowania za możliwość bycia na tejże konsolacji. Bowiem taka stypa, to jest z kolei wyraz szacunku rodziny dla osób związanych ze zmarłym (rodzina przede wszystkim, ale i znajomi, czasem sąsiedzi, kochanki i inne persony). Zwykle na takim przyjęciu bywają najbliżsi (choć raz jeden konsolacja mogłaby konkurować z niejednym weselem - specjalnie nie liczyłem, ale jakieś 100 - 150 osób było), zwykle są dania ciepłe (znaczy się obiad), zwykle kawa, herbata i ciasto (znaczy się deser), ale czasem jest i alkohol, który w niejednym przypadku leje się strumieniami (oczywiście dla pamięci zmarłego). Czasem brakuje tylko muzyki do tańca...

 

A powodem tego całego zamieszania w dniu dzisiejszym (cholera - już wczorajszym) był zabłąkany pies, który wybiegł na jezdnię. Reszta potoczyła się błyskawicznie. Próba ominięcia zwierzaka. Wjazd na przeciwległy pas ruchu. Czołowe zderzenie. Śmierć... No i niestety ostatnia droga na cmentarz...

 

Ale, jakby zapewne tragicznie zmarły, notabene kapitan miejscowego zespołu piłki nożnej, powiedział: The Show Must Go On!

Życie toczy się dalej, tylko czasem ciężko bez tych, którzy odeszli do Krainy Wiecznych Łowów.

 

czytaj resztę »

Dodane w varia , muzyka | Komentarze 2 , zobacz komentarze

telefony...

2009-11-19 23:54:16

Telefon komórkowy to urządzenie już tak bardzo przypisane do nas samych, że nie wyobrażamy sobie bez niego życia. Zupełnie jak życia bez zegarka. Jak i bez codziennych "luksusów" - elektryczności, bieżącej wody i gazu. Czujemy się bez popularnej "komóry" jak bez ręki. Zwłaszcza, że urządzonka te poza spełnieniem banalnej funkcji komunikacyjnej stały się nośnikami "pamięci zewnętrznej". I nie chodzi mi o zwykłe "zapamiętanie" setek numerów telefonów w jego pamięci (choć ich odtwarzanie w przypadku awarii telefonu jest małym koszmarkiem - znam to z autopsji), lecz różne inne możliwości jakie dała nam obecna wiedza techniczna. Nie dość, że możemy surfować po internecie (co od biedy można by podciągnąć pod szeroko pojętą komunikację), to jeszcze ustalimy poprzez GPS obecne nasze położenie i (jeśli oczywiście tylko tego zapragniemy) najprostszą drogę do, dajmy na to, Bandundu (miasto w Demokratycznej Republice Konga). Ustalimy także aktualną pogodę w miejscu obecnego bytowania i tymże Bandundu (gdybyśmy tylko chcieli). Nie mówiąc już o tak banalnych funkcjach jak radio, kamera fotograficzna, gry, czy dyktafon, które są właściwie "standardem" dla każdego telefonu komórkowego. Oczywiście są i funkcje bardziej codziennej użyteczności -  budzik, kalendarz, lista spraw do załatwienia, notatki i przypomnienia - bez których trudno jest właściwie funkcjonować. Takie małe, podręczne i przenośne centrum dowodzenia.

 

Nie chcę rozwodzić się nad możliwościami obecnych telefonów komórkowych. Za niedługo będziemy mieli prawdopodobnie powszczepiane pod skórę "chipy", które podłączone do wszystkich nerwów umożliwią nam odbiór wiadomości przez mrugnięcie powieką a "rozmowę telefoniczną" przez nastroszenie uszu. Właściwie nie będą to zwykłe rozmowy telefoniczne, co połączenia wizualne z wyświetlaniem twarzy osoby rozmawiającej na siatkówce naszego oka. Do wyboru będziemy mieć tylko - lewe, czy prawe.

 

Jakoś jestem rozkojarzony. Miałem napisać o zwykłych rozmowach telefonicznych, a jeszcze się do tego nie zabrałem. Chyba to efekt zbyt dużej liczby godzin spędzonych w szpitalu i narażenia na grasujące w powietrzu infekcje. Grypa, inna (świńska) grypa, infekcje grypopodobne i infekcje zupełnie do grypy niepodobne. Tłum osób w Izbie Przyjęć z różnie wyrażona infekcją wirusową zaczyna być uciążliwy nie tylko dla dyżurujących lekarzy. Bowiem na dwóch "zainfekowanych" przypadała raptem jedna osoba z dolegliwością stanowiąca bardziej istotny problem zdrowotny. Ale temat jest - media mają na czym poużywać, wielu dziennikarzy jest zaangażowanych, przejętych i szukających (czytaj - tropiących) sensacji.

Cholera! Znowu jakaś dygresja! Może na sali jest lekarz?! Czy to nie aby jeden z objawów grypy A/H1N1?!

 

Teraz o telefonach. A właściwie samych rozmowach telefonicznych. Zwykle jest tak, że nikt nie dzwoni przez długi czas. Ale zdarzają się dni takie, że niemalże nie zdąży człowiek zakończyć jednej rozmowy, a już zaczyna następną. A dźwięk dzwonka telefonu staje się nieznośny. Tak miałem przedwczoraj. Dzień, który tylko z nazwy był dla nie wolnym (bo opieka nad chorym dzieckiem nie należy do przyjemności). Dzwonili nie tylko koledzy z pracy (Pani Beata - sekretarka naszego oddziału też), ale także Mumina (będąca w takiej samej sytuacji dziecięco-zdrowotnej jak ja), przypomniały sobie tego dnia o mnie aż dwa banki (jeden z nich znam), dwie redakcje czasopism medycznych, oczywiście sama Era (z kolejną "wspaniałą" według ich mniemania ofertą dodatkowego miliona minut połączeń, czy innym jakimś wynalazkiem), dzwonił dawno niesłyszany kumpel, moja Rodzicielka, żona kilkanaście lub kilkadziesiąt razy (!), a pod wieczór nawet szef. Nagadałem się (i nasłuchałem) jak nigdy w życiu. Po prostu dzień rozmów telefonicznych! A syn, rzadko uszczęśliwiany przez całodniową obecność ojca w domu, w ramach tego szczęścia uwiesił się u nogi i, uniemożliwiając swobodną rozmowę, ciągnął do zabawy, czytania, grania, przytulania i tysiąca innych rzeczy wartych do nadrobienia w tym dniu! 

 

Nie potrafię zbyt długo gadać przez telefon. Służy mi do przekazywania krótkich, konkretnych i zwięzłych informacji. Wolę jednak widzieć człowieka z którym rozmawiam. Niektórych się jednak nie zobaczy.

Wczoraj otrzymałem informację o śmierci kuzyna. Telefonicznie. Była zwięzła i krótka...  

czytaj resztę »

Dodane w varia | Komentarze 2 , zobacz komentarze

matrix: reaktywacja

2009-11-12 00:31:55

Jakoś tak się składa, że u mnie kolejność filmowej trylogii staje się odwrotna.

Tak jakoś się także składa, że dość rzadko bywam w rodzinnym mieście - jak policzę to w tym roku może ze cztery razy (choć ostatnie dwa w ciągu półtora miesiąca można by uznać za niezły wyczyn). Nie będę tłumaczył dlaczego, bo powodów dla których mógłbym tam bywać częściej jest tak dużo, że w końcu powinienem z któregoś skorzystać. A tak - wpadam jak wicher do Rodzicielki, narobię zamieszania, i już wracam do stolicy. Bo staram się Jej (znaczy się Rodzicielce) poświęcić jak najwięcej czasu, gdy już tylko dotrę do rodzinnego domu. Poza tym zwykle jest tyle spraw wymagających mej obecności do załatwienia, że czasu na nic więcej nie starcza. A szkoda, bo przez to wszystko niektórych znajomych nie widziałem dobre kilka lat. Dobrze, że choć słyszeć ich czasem w słuchawce telefonu się zdarzało. Ale rozmowa przez telefon, to nie to samo co zaparzenie gorącego napoju (głównie kawy fusiastej), siądnięcie wespół przy ławie i spożycie tegoż przygotowanego napoju (inne mile widziane także) w atmosferze rozmowy na jakże dawno nie poruszane wspólnie tematy...

 

Tym razem powód wizyty w rodzinnych pieleszach do miłych nie należał. Choroba u bliskich nie nastraja dobrze, mimo że jestem z tym problemem obyty (przecież mam z nią do czynienia na co dzień). Zbyt emocjonalnie podchodzimy do tego, gdy tyczy się to rodziny. Całe szczęście okazało się to być nic tak poważnego, jak się zdawało, choć w nocy podobno wizytę w domu złożyli koledzy z łódzkiego pogotowia.

Zbadałem, pogadałem, wypisałem, kupiłem i zaordynowałem. Chyba odbyło się to w innej kolejności. Grunt, że skutecznie i z dobrym efektem!

 

Spokojny mogłem ruszyć w drogę powrotną do stolicy (bo obowiązków parę w ten dzień wolny od pracy się zdarzyło). Postanowiłem jednak choć na krótką chwilę wstąpić do dawno niewidzianego znajomego. Ot tak. Impuls jakiś. Tak po prostu. Bez wcześniejszego powiadomienia, choć to podobno niegrzeczne? Do Kumpla, któremu kiedyś przecież takie powiadomienie nie było potrzebne :) I... nic się nie zmieniło. Oczywiście miałem szczęście zastać Go z całą jego rodzinką i psem (to nowy nabytek). Było bardzo, bardzo miło. Nie tylko On się ucieszył na mój widok, choć sądząc po hałasie wytwarzanym prze psisko to jemu (jej?) należałaby się palma pierwszeństwa w okazywaniu radości! Było jak dawniej. I kawę też wypiliśmy (niestety tylko kawę, bo przecież prowadziłem samochód). I porozmawialiśmy. I nie było drętwo. I... ustaliliśmy już termin spotkania nie tylko przy kawie! 

 

Mam nadzieję, że to tylko wierzchołek góry lodowej. Trzeba zmienić podejście do życia, przesterować preferencje. Za bardzo jesteśmy nastawieni na zdobywanie dóbr doczesnych i codzienny porządek (zwany szarzyzną) życia i nie doceniamy tego, co ucieka nam bezpowrotnie - wielu znajomości, koleżeństwa i przyjaźni. I oczywiście uciekających nam bezpowrotnie mile spędzonych w ich towarzystwie chwil.

Trzeba się zatem od czasu do czasu wypiąć z tej monotonnej codzienności i zreaktywować to co mamy jeszcze w pamięci. Bo niestety pamięć ludzka jest zawodna. A jak zacznie naprawdę szwankować, to człowiek przechodzi w matrix zupełnie bezbronny.

czytaj resztę »

Dodane w varia | Komentarze 9 , zobacz komentarze

matrix: rewolucje

2009-11-11 00:39:51

Patrzcie, patrzcie. Człowiek raptem kilka dni nie wpinał się do blogowiska, a tu wyrosły posty i zdarzyły się rzeczy godne porównania z rewolucją jaką przyniosło Niemcom (a i Europie z Polską także) obalenie muru berlińskiego! Nota bene było to 20 lat temu... A 91 lat temu, kraj w którym żyjemy wyrwał się spod okupacji zaborców. Jak historia mówi na niezbyt długo, bo targany wichrami wojny wpadł ponownie w łapy jednego z nich, tym razem już przesiąkniętego przez komunizm. A wydarzenia w Stoczni Gdańskiej, powstanie Solidarności było miedzy innymi zaczynkiem do złączenia na stałe "dwóch" Berlinów.

 

Ale przecie, że nie o tym. Wszyscy znają te dzieje (mam nadzieję). Zatem wpiąłem się na blog i co czytam... I intruza jakiegoś siłą usuwano (jak to Trolla - beze mnie, miłośnika s-f?!), i pierwszy samodzielny dyżur się odbył (już nie pamiętam kiedy to było...), i wystartował projekt podróży w okolice równika (o tym wiem co nieco), i jakiś Zenek ma ochotę się do tego przypiąć (lub przypiąć się do kogoś), i przypomniano zapomniane już chyba obecnie metody leczenia psychiatrycznego (i chyba dobrze, że zapomniane i zaniechane).

 

I... dokonano wspomnień o ludziach, których już nie ma. Mocno napisane. Krótko i treściwie. Ale tak czasem trzeba. Dla siebie i dla innych. Taki matrix myślę. Tylko czemu często boli jak w realu? 

czytaj resztę »

Dodane w varia | Komentarze 7 , zobacz komentarze

halloween...

2009-10-31 23:44:47

...znaczy się All Hallows Eve. Wigilia Wszystkich Świętych. Wesoło-straszne zabawy przebranych za "nieludzi" ludzi. Zabawa w stylu dyniowo-przebierańcowo-cukierkowym. Przywleczona oczywiście zza oceanu. Ze zgniłej, imperialistycznej Ameryki, jakby głosił jeszcze brzmiący w uszach slogan. I jakże drażniąca polskie tradycje! Jakże odmienna od polskiego mesjanizmu i cierpiętnictwa!

31 października - kiedyś zupełnie spokojny dzień w Polsce. Podobny do innych dni przed "świętami", choć nazwa święto w przypadku Dnia Zmarłych jest dla mnie trochę wątpliwa. Znaczy się dzień przedświąteczny - kolejki w sklepach (po wszystko, bo przecież święto) a zwłaszcza kolejki do przybytków bezpośrednio związanych z tradycją - kwiaciarnie, sklepiki ze zniczami, a przycmentarne kramiki zwłaszcza. Przygotowania do wielkiego SHOW!

A prawdziwy pokaz zaczyna się pierwszego listopada. Dziesiątki zniczy na jednej mogile (że tak pamiętamy), znicze z pozytywkami (że najnowszy krzyk mody i nas stać), sztuczne kwiaty (żeby dłużej stały), co bogatsi kwiaty naturalne (żeby inni widzieli, że nie oszczędzamy na pamięci), groby na glanc wyczyszczone w ten dzień (z połyskiem, żeby inni nie myśleli że nie dbamy), "najlepsze ciuchy" na grzbiecie (rewia mody na całego a zapach naftaliny dookoła) - wszystko po to, by nikt nie pomyślał że lekceważymy zmarłych. Znaczy się wszystko na pokaz. Jak większość w naszej tradycji. Zastaw się a postaw się jak mówi polskie przysłowie.   

 

W tym roku trochę zwolniony jestem z tego wszystkiego, bo najbliżsi moi są żywi (jak najdłużej mniemam), lecz jakieś ohydne wirusicho przyplątało się pod strzechę, stąd jako domowy znachor opiekuję się chorymi domownikami faszerując ich różnej maści medykamentami i podtykając im pod nos smakołyki i herbatki z malinami (i nie tylko!). W taki dzień jak dziś kojarzą mi się także bardzo stare receptury lecznicze, zawierające w swym składzie ogon szczura, nić pajęczą, jad węża, krew czarnego koguta, skrzydło nietoperza, ślinę wilkołaka i inne takie "specjalne" magiczne składniki. Pozostanę jednak przy wyuczonych sposobach. Mam nadzieję, że pomogą a i ja pokonam zjadliwość wirusa (choć czuje się coraz gorzej). 

 

Zatem zwolniony się czuję z obowiązku jazdy poza stolicę, dźwigając na swych barkach ciężar odpowiedzialności za zdrowie rodzinki. Zamierzam jutro (o ile aura będzie sprzyjająca) wybrać się z moim synkiem na pobliski cmentarz powązkowski. Obejść oczywiście najbardziej oblegane w tych dniach groby, lecz zapalić lampkę na mogile, na której się jeszcze nie znalazła. A miejsc takich będzie wiele...

Zatem może z pośród tych setek zniczy zapalanych w jednym miejscu postarać się odjąć chociaż jeden i zapalić tam, gdzie nikt nie zagląda? Wszyscy Święci i Wszyscy Zmarli zapewne będą zadowoleni. A zwłaszcza ten, który nagle ocknie się z letargu widząc nad swymi doczesnymi szczątkami lampkę pamięci...

czytaj resztę »

Dodane w varia | Komentarze 4 , zobacz komentarze

tęsknota

2009-10-26 23:15:56

Czytając ostatni post Muminy wróciłem pamięcią do "Bagdad Cafe" i przeniosłem się na pustynię Mojave. 

Eh... Czasem mam ochotę znaleźć się z dala od świata, w którym przyszło mi obecnie żyć. I choć tak daleko się nie wybieram, to coraz bardziej ciągnie mnie gdzieś na prowincję. Może Bieszczady? Tam jeszcze nie zawsze cywilizacja wzięła górę nad prawdziwym życiem...

Ale wracając do klimatu panującego na pustyni i amerykańskiego mitu o wolności, wielkich przestrzeni i ciągnących się setkami mil autostrad, zapuszczę kawałek o wielkiej miłości.  

 

czytaj resztę »

Dodane w muzyka , varia | Komentarze 1 , zobacz komentarze

back to the future

2009-10-25 00:50:46

Jako pasjonat literatury science-fiction zastanawiałem się wielokrotnie nad podróżami w czasie. Móc zakrzywić czas i cofnąć się w przeszłość, powrócić do dzieciństwa, przeżyć ponownie pierwsze uniesienia i miłości... I mieć okazję naprawić popełnione błędy! Któż nie chciałby skorzystać z takiej możliwości?

Tylko, czy byłoby to dla ludzkości dobre? Człowiek potrafi zepsuć wszystko, nawet to co wydawałoby się jest nie do popsucia. A możliwość przeniesienia w czasie niestety daje ogrom możliwości. I tych dobrych. I tych złych. Jednocześnie ingerencja w przeszłości niesie ze sobą konsekwencje w przyszłości! Jeśli coś się nie wydarzyło (ponieważ mając możliwość podróży w czasie do tego nie dopuściliśmy) lub zmienił się bieg wydarzeń (bo go w ten sam sposób "poprawiliśmy") cały kolejny ciąg zdarzeń prowadzący do teraźniejszości ulega deformacji. I to w tempie wykładniczym. Kolejne zmienione (nawet drobne) epizodziki z przeszłości mogą okazać się kluczowym elementem np. odkrycia rewelacyjnego wynalazku, zwalczenia wszystkich chorób, czy usunięcia światowej epidemii głodu. Ale z drugiej strony mogą być przyczyną czyjejś śmierci, braku czyichś narodzin, czy zagłady ludzkości! Kto nie bałby się ponieść konsekwencji takich czynów? Jak przewidzieć, jak odbije się na teraźniejszości jakakolwiek dokonana zmiana w przeszłości?

To pytanie pozostawiam bez odpowiedzi. Zbyt wiele mądrzejszych ode mnie ludzi pisało już na ten temat. Ja odpowiedź poznam jeszcze tej nocy! Wraz z wielomilionową rzeszą ludności zamieszkałej na terytorium Polski (oraz całej Unii Europejskiej i paru innych krajach także) doznam trochę nietypowych "przenosin w czasie do przyszłości". Dziś bowiem przechodzimy w nocy na czas zwany zimowym i... cofamy zegarki o całą godzinę! Zatem przenosząc się czasowo w przeszłość tak naprawdę podróżujemy w przyszłość. Lekki paradoks, ale całkiem wytłumaczalny.

Przenieśmy się zatem do przeszłościo-przyszłości razem ze wskazówkami zegara. I żyjmy chwilą, bo inaczej obudzimy się rano mając wrażenie, że czas nam przecieka między palcami. CARPE DIEM.

 

 

 

Nie zapomnijcie cofnąć wskazówki zegarka dzisiejszej nocy! Godzina dłużej spania :)

 

czytaj resztę »

Dodane w varia , muzyka | Komentarze 2 , zobacz komentarze

przedszkole

2009-09-16 23:21:15

Dzięki zaangażowaniu i uprzejmości Muminy, za co dziękuję jej w tej chwili, mogłem dziś po kolejnej wielkiej medycznej przygodzie wrócić do domu na tyle wcześnie (patrz 14.30), by móc osobiście odebrać mego syna z przedszkola. A dawno tego nie czyniłem. Powodów takiego stanu rzeczy wymieniać nie będę, bo praktycznie jest tylko jeden. I to od dawien dawna - niezły zapieprz w pracy. Ostatnio wydaje mi się że niedoceniany (a może niezauważany) przez zwierzchników. W każdym razie dziś mi się udało to co niemożliwe. Odebrałem syna z przedszkola nie angażując przy okazji w to osób trzecich. Jego ogromna radość wyrażana w podskokach, pląsach, skrętach ciała i wydawanych dźwiękach, no i przede wszystkim w pełnych szczęścia oczach puszcza w niepamięć wszystkie jego "wybryki" popełnione wcześniej. Tak to już w relacjach z potomstwem jest - jeden uśmiech, powiedziane słowo, gest przytulenia, czy całus złożony na policzku niwelują wszystkie "złe" uczynki z przeszłości. Mimo, że za chwil parę potrafi doprowadzić człowieka "do wrzenia"!

 

Ale a propos przedszkola. Wczorajsza końcówka dyżuru okazała sie być w dużej mierze "pediatryczna". Coraz większe ogarnia mnie przeświadczenie w kwesti narastającej słabości kolejnych pokoleń. Średnia lat ostatnich, zgłaszających się koło północy do Izby Przyjęć (oczywiście bez skierowania) osób, wyniosła niecałe 22 lata! Nawet nie chce mi się rozwodzić nad problemami, z którymi się zgłosili, bo nie warto. Ktoś powie, że łatwo mi podejmować decyzje w kwestii własnego zdrowia, bo jestem lekarzem. Owszem, jednakowoż ból gardła, temperatura 37,5°C, uczucie "kłucia" w boku, czy ogólne złe samopoczucie w danym dniu nie zmusiłyby mnie do stawienia się w Izbie Przyjęć jakiegokolwiek szpitala. Chyba wstyd byłoby mi angażować do tego typu problemów kogokolwiek w środku nocy. Ale ludzie niestety są bezwględni. Bezwzględni wobec innych. I nie mają wobec innych szacunku. Liczy się tylko własne ja, czubek własnego nosa i chyba źle pojmowane "własne dobro"... A opisywany proceder niestety narasta. Zwłaszcza wśród młodych - jak dla mnie niemalże z kręgu zainteresowań pediatry, bowiem mimo metrykalnej "dorosłości" obserwuję wśród zgłaszających się do szpitala osób zachowania na poziomie przedszkolnym. A może i jeszcze niższym.

 

Na dobranoc kawałek, którego fragment Mumina przytoczyła w którymś ze swoich komentarzy:

 

czytaj resztę »

Dodane w varia , praca , muzyka | Komentarze 24 , zobacz komentarze

poznańskie reminiscencje

2009-09-14 00:36:34

Dzisiejsza rodzinna wycieczka do Otrębus (Otrębusów?), do miejsca o szumnej nazwie Muzeum Motoryzacji i Techniki zakończyła sie ledwie półgodzinnym przejściem po zaaranżowanym pod miejsce wystawowe zadaszonym podwórkiem. Najciekawsze oczywiście samochody  - rolls royce silver spirit, daimler 420 - najładniejszy dla mnie samochód w wystawianej kolekcji, buick wildecat, kilka różnowiekowych fordów i mercedesów, dobrze utrzymane stare packard i chlysler, ponadto wartburg, trabant, maluch, fiat 125p, warszawa, syrenka, wołga, byłe samochody Szapołowskiej i Lindy (jaguary, a jakże!) oraz papamobile (skonstruowany na bazie stara). Ponadto parę motorów (z polską motorynką, komarem, sokołem i junakiem na czele), kilkadziesiąt starych rowerów (najfajniejsze bicykle - te z wielkim przednim i małym tylnym kołem) oraz różne inne rekwizyty począwszy od wózków dziecięcych, przez kufry, walizki, maszyny do szycia, radia, telewizory, po saturator (sic!) włącznie. Przyjemnie, ale na wspomniane 30 minut nie więcej. Mało miejsca, wszystko na kupie, trudno sie przecisnąć między eksponatami i jakoś tak mało wszystkiego. Zobaczyć raz i wystarczy.

Przejechawszy przez Pruszków, gdzie zatrzymaliśmy się na jakąś godzinkę w tamtejszym parku na spacer (stawik, zieleń, bardzo dużo śmieci, paru śpiących pijaczków), po drodze do domu niestety zaliczyliśmy z rodzinką wizytę w outlecie w Ursusie. Miało być krótko i po konkretne sprawunki, zrobiło się długo i niekoniecznie konkretnie. Dotarliśmy do chałupy cokolwiek koło dwudziestej (znaczy się, że buszowaliśmy w outlecie prawie do samego końca - bowiem w niedzielę zamykają o 20.00). Ale z butów, które sobie przy okazji zakupiłem (gino rossi i geox) jestem zadowolniony!

A że nie były to jedyne poczynione sprawunki, i dodam że nie jedyne buty zakupione w dniu dzisiejszym, przypomniała mi się popoznaniowa rozmowa z Muminą, która notabene chyba także ma jakiś problem obuwniczy. Zatem na koniec teledysk, który niesie ze sobą niejedno przesłanie...  

 

 

A... Jeszcze jedno... Cały dzień unosił sie wokól mnie delikatny zapach kawy, która także jakoś z Poznaniem mi się kojarzy. Kawy z dodatkiem pieprzu. Sam nie wiem, bowiem Amen Pure Coffee, którym się na tę okoliczność spryskałem opisywany jest jako niemalże czysty zapach kawy. Ale jak wiadomo powszechnie, to od pH skóry zależy głębia aromatu i generalnie sam zapach. Tylko cóż ja mogłem w tak ładnym pachnidle spieprzyć? 

czytaj resztę »

Dodane w varia , muzyka | Komentarze 11 , zobacz komentarze

dziwny jest ten świat

2009-09-08 23:04:01

Z różnych powodów nie oglądałem tegorocznego festiwalu sopockiego. Zwłaszcza dnia drugiego, gdyż oddawałem się wtedy jednej z częstszych mych rozrywek - znaczy się pełniłem kolejny w swoim życiu dyżur. Dyżur, który chyba nie pozwolił spojrzeć choc na chwilę w okienko izbowego telewizora. A szkoda, bo dzień poświęcony był pamięci Czesława Niemena. I choć za całą jego twórczością nie przepadam, to muszę przyznać że jest kilka utworów, bez których moja muzyczna wrażliwość byłaby inna. Któż nie zna "Płonącej stodoły", "Jednego serca", "Nim przyjdzie wiosna", "Czy mnie jeszcze pamiętasz", "Wspomnienia", "Pod papugami", czy ulubionego mego "Snu o Warszawie"...

 

Całe szczęście TVN, stacja posiadająca obecnie wyłączność na Sopot Festval, przypomniała w niedzielę rzeczony koncert. Wykonania niektórych z tych piosenek przez artystów takich jak Kayah, Stanisław Soyka, Kasia Kowalska, Ewa Bem, Maryla Rodowicz, Piotr Cugowski, czy Zbigniew Wodecki nadały uroku całemu przedsięwzięciu. Niektóre dobre, niektóre nie do końca... Ale popisem samym w sobie był utwór finałowy, gdzie wykonawcy stanęli na wysokości zadania dając popis swojego kunsztu. A tekst piosenki mówi sam za siebie. Nic się na tym świecie nie zmieniło...

 

czytaj resztę »

Dodane w varia , muzyka | Komentarze 2 , zobacz komentarze

konkurs

2009-09-01 00:29:44

Patrząc na ilość zgłoszeń konkursowych, także i ja zrezygnowałem ze zgłoszenia swoich wspomnień. Po prostu nie chcę robić konkurencji :)

A tak poważnie. Wydaje mi się, że temat strasznie trudny jest. Po drugie nie dopełniłem formalności. Nie dość, że nie zmieściłem sie w terminie nadsyłania zgłoszeń, to jeszcze stanowczo przekroczyłem limit słowny. Jakiś spóźnialski się zrobiłem i gaduła. Niechybne oznaki starości człowieka do tej pory punktualnego i małomównego...

I choć konkurs wydaje sie być nierozstrzygnięty, bo chyba nikt nie zgłosił tekstu do konkursu, to zamieszczę poniżej tekst, który finałowo okazał się nie być najbardziej dramatycznym w mojej karierze lekarskiej. Zatytuowałem go:

 

 „Cztery lata temu...”

 

Długo zastanawiałem się jakiż to najbardziej dramatyczny moment w mojej karierze lekarskiej opisać. Uzbierało się bowiem tego tyle, że trudno wybrać jedno konkretne zdarzenie. Mógłbym opisać pacjentkę z zatorowością płucną, która otrzymawszy streptokinazę dostała napadu kolki nerkowej i zaczęła krwawić z układu moczowego. Mógłbym opisać starszą kobietę ze zdekompensowaną cukrzycą (wyjściowy poziom glikemii 1100 mg/dl), której początkowa dobowa diureza wynosiła 8 litrów. Mógłbym opisać chorą po zabiegu usunięcia guza piersi lewej (okazał się być włókniakiem), która trafiła do oddziału z sepsą w przebiegu zakażenia loży po wyłuskanym guzie. Mógłbym opisać dziewiętnastolatka po zażyciu amfetaminy ze świeżym zawałem mięśnia sercowego. Mógłbym opisać młodą dziewczynę z gronkowcowym zapaleniem płuc, które pozostawiło na trwałe dziury w miąższu płucnym. Mógłbym opisać umierającego 25-latka ze zdekompensowaną (niestety poalkoholową) marskością wątroby. Mógłbym opisać kobietę z przełomem tyreotoksycznym, istotną tachykardią i czterdziestojednostopniową gorączką. Mógłbym opisać kilka pękających tętniaków, agresywnie przebiegające (jak zwykle) zespoły abstynencyjne, niespodziewane nagłe zgony sercowe, psychotycznych pacjentów z nożami w ręku, wiele tragicznych przypadków nowotworów. Mógłbym opisać szereg reanimacji zakończonych sukcesem i tych zakończonych zgonem. I wiele, wiele innych zdarzeń. I mógłbym opisać wszystkie swoje pierwsze doświadczenia medyczne – pierwsze podanie streptokinazy w zawale serca, pierwsze istotne zaburzenia rytmu, leczenie pierwszej kwasicy metabolicznej (pH 6,98), pierwszy stan astmatyczny, masywny udar krwotoczny, pierwsze cudowne uzdrowienie po podaniu roztworu stężonej glukozy w hipoglikemii, rozpoznanie pierwszego zatoru do tętnicy udowej, diagnoza pierwszej zatorowości płucnej. I morze innych. Oraz pierwszy stwierdzony samodzielnie zgon. Kilka razy chodziłem do zmarłego upewniając się, pomimo ewidentnych znamion śmierci, że nie żyje... Wszystkie momenty wydają się być obecnie mniej dramatyczne niż w chwili, gdy się działy. Stąd tak trudno zdecydować się na wybór tematu. Streszczę zatem pokrótce przebieg jednego dnia z mego życia, w trakcie którego dramatyzm przeplatał się z chwilami radości, a sprawy rodzinne przeplatały się z tymi zawodowymi, lub odwrotnie...

 

Działo się to na kilka dni przed pierwszą rocznicą urodzin mego syna. Przypomniałem sobie te chwile dość dokładnie z racji niewielkiej rodzinnej imprezki uświetniającej obecną (niestety już piątą – jak ten czas gna do przodu) rocznicę urodzin pierworodnego. Wiadomo - nieodzowne w takich chwilach wspominki jak huragan gwałtownie przywołują obrazy sprzed lat...

Dzień zdarzenia - 20 sierpnia 2005 roku. Sobota. Aż dziwne, bo dzień wolny od pracy, znaczy się bez dyżuru. Dzień, w którym przeprowadzaliśmy się do nowego mieszkania. I dzień, w którym znajoma żony stawała na ślubnym kobiercu. Z założenia wydawał się być trudny, bowiem i przeprowadzka, i urząd stanu cywilnego, i możliwe przyjęcie weselne - którego z racji obciążeń dnia chcieliśmy uniknąć...

 

Przeprowadzka. Nie znoszę się przeprowadzać! Doświadczyłem tej „przyjemności” kilka razy w życiu. Nie dość, że człowiek natyra się jak juczne zwierzę, to jeszcze bałagan niemiłosierny i zawsze coś się rozleci w trakcie. Tak było i tamtym razem. Ekipa przenosząca „graty” nieopatrznie wstawiając część segmentu zahaczyła o próg ciężarówki urywając cokół. Drobnostka, tym bardziej że jakoś poskładałem to do kupy, ale wkurzyłem się nieźle. I to na samym początku przenosin na nowe lokum! Na samym początku dnia! Całe szczęście później obyło się bez specjalnych strat. Co prawda coś się jeszcze stłukło, jakiś kwiatek doniczkowy nie dotarł w całości, ale „zasłona czasu” przymgliła już te drobne uszczerbki w naszym dobytku. Jedyny pozytyw z przeprowadzek, poza oczywistą nową jakością – a w tym przypadku także nową wielkością, to możliwość pozbycia się ”niezbędnych dupereli”. A wiele ich znalazło się na śmietniku tamtego dnia. I akurat tych strat nie żałuję. Potem ustawianie „staroci” po nowych kątach. Jednym słowem radość przeprowadzki :) Oczywiście zanim się obejrzeliśmy upłynęło tyle czasu, że do ślubu znajomej żony została raptem godzina...

 

Ślub. Godzina na kąpiel, ubranie się (łącznie z prasowaniem), zakup kwiatów i dojazd na miejsce zaślubin. Rzecz niewykonalna! Ale prawie udało się. Prawie, jak w reklamie, robi różnicę... Spod kwiaciarni wyjeżdżaliśmy o godzinie mającej rozpocząć się ceremonii w urzędzie stanu cywilnego. Już byliśmy „nie na czas”. Ale może zdążymy na życzenia? I zdążylibyśmy (łamiąc wszystkie przepisy ruchu drogowego - a jakże!) gdyby nie coroczne, wakacyjne remonty dróg stołecznych. A wtedy remontowany był między innymi most Śląsko-Dąbrowski – bezpośrednie połączenie z docelowym miejscem zaślubin znajomej. Pokluczywszy nieco musiałem wybrać trasę przez most Świętokrzyski. I wszystko byłoby OK, gdyby nie fakt że jadąc Wybrzeżem Szczecińskim nie skręciłem w ulicę Okrzei, tylko przejechawszy dalej miałem nadzieję na prawoskręt w Kłopotowskiego (przy której to ulicy znajdowało się rzeczone miejsce przypieczętowania kolejnego związku małżeńskiego). Niestety, słuchając porad czytającej mapę żony (sic!), nie mogłem tegoż manewru wykonać bowiem skręt w prawo okazał się być niemożliwy do wykonania. Znaczy się teoretycznie możliwy, ale władowałbym się w ulicę jednokierunkową, co niechybnie skończyłoby się jakąś tragedią. Przykre było także to, iż po prawo widzieliśmy „młodą parę” zbierającą drobniaki z gruntu oraz gotowych do składania życzeń gości z naręczami kwiatów. Nieszczęsne nakazy jazdy w lewo (remonty przecie wtedy były!) doprowadziły nas powtórnie na most Świętokrzyski i trasę musieliśmy powtórzyć. Tym razem skręciłem odpowiednio wcześnie, ale i tak dojechawszy na miejsce zastaliśmy zamknięty na cztery spusty urząd stanu cywilnego. Zatem zdążyliśmy prawie na czas. Ale, powszechnie to wiadomo, prawie robi różnicę...

 

Droga do domu weselnego. Wysztyftowani jak na niewiadomo jaką imprezę, wyglądaliśmy w tym, pustym już niestety, miejscu trochę dziwnie. Krótka analiza faktów. Kwiaty – mamy! Prezent – mamy! Transport – mamy! No to, mimo że chcieliśmy tego uniknąć, jedziemy w kierunku domu weselnego. Może tam złapiemy „młodych” jeszcze przed wejściem na salę. Ale to nie takie proste. Nie wiadomo dlaczego w sobotnie popołudnie Trakt Brzeski zakorkowany, mimo że nigdzie nie widać wakacyjnych remontów. Jedziemy w ślimaczym tempie – jak tak dalej pójdzie to dotrzemy dopiero na oczepiny! Po prawej mijamy jakiś rozbity samochód... Pewnie ten wypadek zablokował całą trasę. Ale nie – nadal rowerzyści bez wysiłku wyprzedzają samochody. Co się dzieje? Teraz tempo jazdy spadło już do prędkości pieszego. Pieszego obciążonego dwudziestokilogramowym plecakiem! Koło za kołem, zderzak w zderzak samochody toczą się do przodu. A czas nieubłaganie mija. I zasuwa trochę szybciej niż chciałoby się. A jednak wypadek! Na samym skrzyżowaniu z Szosą Lubelską trzy rozbite samochody. Trzeba się zatrzymać – to pierwsza myśl – i udzielić pomocy. Na szczęście policja i służby medyczne są już na miejscu. Rzut okiem, jakby powiedzieli funkcjonariusze władzy, na miejsce zdarzenia. Niezły karambol. Przód jednego z wozów nie istnieje. Drugi (zapewne ten uderzony przez poprzedniego) zawinięty na słupku bocznym jak rogal. Trzeci to chyba tylko przypadkowy rykoszet poprzednich, ale tez nieźle pognieciony. Ciekawe co z ludźmi? Ale nie mam czasu na spytki. Trzeba jechać dalej, bo „młodzi”, bo życzenia, bo prezent. Teraz droga już wolna. I mam nadzieję bez przeszkód...

 

Wesele. Wypadek musiał zatrzymać także całą ślubną kawalkadę pojazdów, bowiem przyjechaliśmy kilka chwil za nimi - świeżo zaślubiona para stoi jeszcze przed domem weselnym. Niemalże słychać łoskot spadającego głazu z serca mej połowicy! Najlepsze życzenia na nowej drodze, stadka dzieci, uśmiechy, całusy, kwiaty, krótkie tłumaczenie że przeprowadzka, że wypadek itd. I decyzja. Mimo, że zmęczeni i rozpakunek nas jeszcze czeka, to zostaniemy godzinkę. Przy okazji pogadamy, coś tam zjemy, pokręcimy się po parkiecie – przecież to wesele! Dookoła wszyscy z biegiem czasu coraz bardziej radośni (wszak ognistej wody nie brakowało), my niestety coraz bardziej zmęczeni (bo z godzinki zrobiła się nieco dłuższa chwila), zatem myśl o powrocie do mieszkania (nowego!) stała się coraz bardziej natarczywa.

Nagle jedna ze znajomych żony podchodzi do mnie. Jesteś lekarzem?! Na drodze wypadek! Samochód potrącił pieszego! Ekstra! Co za dzień! Brakuje tylko trzęsienia ziemi! Biegniemy. Żona po drodze bierze z samochodu apteczkę. Cholera! Obiecywałem sobie kilka razy zapakować do niej rękawiczki jednorazowe. Ale na obietnicach się skończyło... Na miejscu wypadku tłum ludzi. Wszyscy skupieni dookoła leżącego na szosie mężczyzny. Miejsca nie ma na nic, bo gapie chcą wszystko widzieć by mieć później co opowiadać rodzinie i niemalże depczą poszkodowanego! Jestem lekarzem! Odsunąć się! Robi się tylko nieco bardziej swobodnie. Gapie przecież chcą wiedzieć, co będzie dalej! Krótka ocena sytuacji. Przytomny, oddycha swobodnie, ale kontakt nie do końca i woń alkoholu z ust. Prawa noga nienaturalnie ułożona (złamanie i to otwarte, bo spodnie nasiąknięte krwią). Ciśnienie trzyma, bo dość dobrze napięte na tętnicy promieniowej tetno, tylko cholera coś szybki jest. Jakieś 120/min. Ale to pestka, bo spod głowy wydobywa się strużka krwi... Rękawiczki przydałyby się jak cholera! Widok, pomimo panujących już na dworze ciemności dość dobry, bo kierowca samochodu który potrącił człowieka odjechał nieco do tyłu i nie wyłączył reflektorów. Nagle ktoś podaje mi rękawiczki – to stojący (chyba teraz już w kilometrowym korku) strażak miał je w swojej apteczce (pamiętać na przyszłość o zapakowaniu takowych do swojej!). Badam głowę starając się za bardzo nie wyginać kręgosłupa szyjnego. Poza drobnymi otarciami naskórka wydaje się być cała, ale z prawego ucha leje się krew. Złamanie podstawy czaszki. Fajno! Ktoś wezwał pogotowie? Tak! Już jadą! Zatem czekam. A właściwie czekamy wszyscy. I mam już pomoc. Na tym samym weselu znalazł się bowiem neurochirurg (kuzyn panny młodej) ze swoją żoną, notabene pielęgniarką. Raźniej się zrobiło na duszy. Tłumek dookoła komentuje sytuację. Że potrącony to bezdomny („mieszka w lesie, w szałasie”), że nadużywa („trzeźwego go nie widziałam”), że to na pewno ten bezdomny („poznaję go po butach”)... Szum i sensacja! A my czekamy. Stan mężczyzny wydaje się być stabilny. Po jakimś czasie (minęło trwających wieczność 15 minut) słychać „gwizdki” karetki. Dobra nasza. Są. Ale dojazd do miejsca wypadku przez zakorkowaną przez setki samochodów szosę nie jest wcale łatwy. Dźwięk syren urywa się tak nagle jak nagle się pojawił. Gdzie oni są? Może nie do nas jechali? Może to nie była karetka pogotowia? Człowiek na szosie zaczyna mieć zaburzenia oddychania. Cholera! Byle się nie zatrzymał! Trzeba go będzie reanimować, co w garniturze i na ulicy nie do końca jest przyjemne! Ale jak mus, to mus. Życie ratować trzeba. Neurochirurg złapał za język delikwenta przytrzymując go na brodzie – trochę lepiej. Ale gdzie jest pogotowie? Zza nas ponownie słychać syrenę. Musieli pewnie objechać korek. Dojeżdżają. Lekarz pogotowia otwiera drzwi. Rurkę intubacyjną! – wołamy jednocześnie z kolegą po fachu. Zaskoczony nieco sytuacją pogotowiarz, szykując zestaw intubacyjny, tłumaczy że wezwanie brzmiało: „zasłabł na ulicy...”. Sprawnie, bez ociągania biorą się do roboty. Aż miło popatrzeć. Szybko opanowali sytuację, założyli rurkę do tchawicy, przedtem kołnierz na szyję, sztywne nosze i na gwizdach odjechali do szpitala... Emocje jeszcze trzymają przez chwilę. Neurochirurg proponuje mi drinka – niestety muszę odmówić. Dziś jestem kierowcą. A szkoda, bo napiłbym się z przyjemnością. Zwłaszcza po tej śródweselnej akcji na szosie...

 

Dzień pełen zdarzeń. Może nie tych najbardziej dramatycznych (zwłaszcza zawodowo), ale pełen emocji. I tych pozytywnych i niekoniecznie. I tak naprawdę jeden z cięższych (głównie pod względem fizycznym) w moim dotychczasowym życiu... 

czytaj resztę »

Dodane w varia , praca | Komentarze 3 , zobacz komentarze

let out czyli outlet

2009-08-22 23:59:32

Weekend z założenia nie do końca jest udany, bowiem czeka mnie jutro kolejna batalia w Izbie Przyjęć. Tym bardziej niesamowita, że szpital w którym pracuję zapewnia całodobową pomoc ortopedyczną dla stołecznego miasta Warszawy i okolic. Jako jedyny w mieście. Będzie zatem ciekawie jak cholera!

Nie wyjeżdżając zatem nigdzie, na jeden z ostatnich weekendów wakacyjnych, potanowiłem (czytaj żona postanowiła) zrobić jaki taki porządek w piwnicy. W sumie dobrze, bo do śmietnika wyleciało wiele z tzw. rzeczy niezbędnych, mogących przydać się w przyszłości, czyli zagracających podziemne pomieszczenie przynależne naszemu domostwu. Okazało sie także, że piwnica nie jest tak małym pomieszczeniem jak myślałem. Nagle jakby przejaśniała i można swobodnie wstawiać rowerek Miłka do środka nie zrzucając przy okazji paru pudeł wypełnionych badziewiem.

Tak spędziłem czas do wczesnego popołudnia. Potem, korzystając z pomocy Teściowej (zaopiekowała sie małym) wypuściliśmy się na wyprzedaż, znaczy sie pojechaliśmy do "outlet-u" (czytaj Factory w Ursusie, bo gdzie indziej daleko). Lubię tam jeździć tak bardzo jak do Ikei. Jeszcze nigdy nie wróciłem stamtąd z pustymi rękami. Zawsze coś jest kupione. I właściwie czemu się dziwić? Po to w końcu tam się jeździ - by złowić jakiś ciuch w cenie o połowę mniejszej niż w centrum, skorzystać z niewątpliwie istotnych przecen (czasami i 80%). I nierzadko jest to produkt zupełnie dobry, bez usterek i niedociągnięć (bowiem trafiają się tam końcówki serii już wycofanych z obrotu oficjalnego). Niestety przy okazji łapie się także parę rzeczy nie do końca w chwili obecnej potrzebnych, ale szkoda przepuścić "takiej" okazji i koniec końców wydaje się w takim sklepie kupę kasy (chciałoby się powiedzieć z przewagą kupy, ale to nieprawda).

Przeliczywszy wszystko wyszło na to, że małżonka w sumie zakupiła sobie 4 pary butów (po co jej tyle?), kilka łaszków od górnej partii ciała (znaczy się bluzeczki, koszulki itp) i jakieś tam inne. Ja też cokolwiek zakupiłem (w ilościach czterokrotnie mniejszych). I nie powiem, żebym żałował wydanych dziś pieniędzy...

Zastanawiam się tylko nad jednym. Kto tu kogo wpuszcza w maliny? Klienci uważają, że zyskują niewiadomo jakie upusty kupując na wyprzedażach (i to nie tylko w sklepach nazywanych "outletami", ale także na przecenach w sklepach firmowych), a firmy odzieżowe i tak są zadowolone, bo nie mają przepełnionych magazynów (a tak naprawdę ceny w "outletach" zjeżdżają poniżej ceny produkcji!). Któż tu jest frajerem? My wszyscy. Ale i tak lepiej kupować po cenie produkcji niż przepłacać dwu lub trzykrotnie wartość produktu...

Zatem do zobaczenia na kolejnej wizycie na wyprzedaży, znaczy sie kolejnym wpuszczeniu w maliny :)

Mam tylko nadzieję, że nie zachowujemy się na zakupach jak niektóre osoby...

 

czytaj resztę »

Dodane w varia | Komentarze 7 , zobacz komentarze

joe black

2009-08-19 23:30:27

Pełniąc ostatni swój dyżur w szpitalu nie tylko nie mogłem być w domu (co się rozumie samo przez się i niestety szkoda), ale nie mogłem obchodzić kolejnych uroczystości "Cudu nad Wisłą" (za co mimo wszystko dziękuję Piłsudskiemu), nie mogłem być także na "bluźnierczym" koncercie Madonny (nie żebym sie wybierał, bo nie przepadam za nią, choć doceniam jej twórczość), w końcu nie mogłem obejrzeć wyświetlanego bodajże w państwowej jedynce filmu "Joe Black" (oryginalny tytuł "Meet Joe Black"). I tego żałuję najbardziej. Jest to bowiem jeden z ciekawszych filmów jakie widziałem ostatnio (czytaj w ciągu kilku ostatnich lat). A że tyczy tematyki śmierci tym bardziej mnie zaintrygował.

Właściwie na co dzień mamy do czynienia ze śmiercią. Jest wpisana w zawód lekarza, zwłaszcza pracującego w szpitalu, zwłaszcza lekarza chorób wewnętrznych. Żartujemy czasami, że "kostucha wpadła do oddziału i zbiera żniwo machając kosą na prawo i lewo". Przywyczailiśmy się do jej obecności i czasem (zrozumcie mnie dobrze) jej dobroczynności...

"Meet Joe Black" przedstawia śmierć w sposób nieco odmienny od ogólnie przedstawianego - obleczoną w ciało Brada Pitta. Któż nie chciałby być przeprowadzonym "na drugą stronę" przez przystojnego faceta? Nie koniec na tym ciekawostek. Filmowa śmierć ma "ludzkie" odczucia. Nie żeby od razu, ale szybko sie uczy. Zastanawiam się, czy przybranie ludzkiej postaci tego nie sprawiło... Niby ochydna białkowa powłoka z dużą zawartością wody, ale jednak... Tak to przemienia kostuchę (myślę że sprawiają to także ludzie dookoła, zwłaszcza jedna kobietka), że ta gubi się nieco w tym co ma robić i w końcu ulega jednej prośbie bogatego faceta. Ale przecież nie o forsę tutaj chodzi... 

Nie streszczę filmu, bo Ci którzy go nie oglądali straciliby całą przyjemność oglądania (lub spania - bo film jest ckliwy i akcja toczy się "nie szybko"). Oczywiście świetna gra głównych aktorów - Brad Pitt, Claire Forlani i niesamowity, niepodrabialny Anthony Hopkins. Polecam. Zwłaszcza że temat ciekawy i potraktowany w dość oryginalny sposób...

 

 

Całe szczęście żona nagrała filmik. Miałem obejrzeć go dziś (stąd ten post), ale się nie udało. Może pojutrze siądę spokojnie przed telewizorem? Bo jutro czeka mnie niestety kolejny odcinek z serii "wielka medyczna przygoda". A reżyser i scenarzysta tego filmu (potocznie życiem zwanym) lubią przysparzać mi multum pracy :)

 

czytaj resztę »

Dodane w varia | Komentarze 3 , zobacz komentarze

ikea

2009-08-17 22:54:13

Ostatnio miałem okazję być w sklepie ikea. I to nawet dwa razy w bardzo niedługim czasie. Tak bardzo lubię ten sklep, że postanowiłem sobie kiedyś nie odwiedzać go zbyt często. Ile razy tam jestem, to w oko wpadnie coś na tyle ciekawego a i w cenie przystępnego, że nie mogąc się oprzeć ładuję kolejny sprawunek do torby lub koszyka (w zależności jak wiele rzeczy już zdążyłem po drodze nabrać).

A tu masz - dwa razy po rząd... W trakcie pierwszej wizyty oczywiście zapomniałem kupić tego, po co naprawdę tam się zjawiłem. Będąc w "szale koszykowego ładowania" ominąłem (właściwie powinieniem powiedzieć ominęliśmy) dział na którym najbardziej mi zależało. Przypomniałem sobie o tym dopiero tuż przed domem (i tak uważam, że szybko!). Trzeba było zatem zawitać tamże w dniu dzisiejszym. Tym razem z listą sprawunków, która o tyle była przydatna że nie zapomnieliśmy o celu przyjazdu do sklepu. Bo i tak w koszyku, poza rzeczami zapisanymi na kartce, znalazło się dodatkowo kilka interesujących przedmiotów...

 

Oczywiście, że daję się jako klient złapać na socjologiczno-psychologiczne sztuczki speców od sprzedaży. Sklep jest tak skonstruowany, że chcąc nie chcąc człowiek przechodzi praktycznie przez wszystkie działy. Jest co prawda parę skrutów, ale i tak jakoś tak idzie się "głównym szlakiem". A nuż jest coś nowego za rogiem? A nuż w oko wpadnie jakiś ciekawy pomysł na rozwiązanie funkcjonalnego problemu? A nuż wejdzie się na interesujący element dekoracyjny? A nuż przypomni się konieczność zmiany (czytaj zakupu) mebla, pościeli, świeczek, garnków, sztućców, czy innych "niezbędnych" drobiazgów? O ile umeblowanie jest dla mnie zbyt surowe (choć muszę przyznać, że zakupiona do pokoju lekarskiego ikeowska kanapa jest bardzo wygodna), to prostota pudełek i pudełeczek, kartoników, czy innych form przechowalniczych, ale zarazem ich funkcjonalność urzeka mnie. Mam oczywiście zastrzeżenia co do ich wykonania, ale nie można mieć przecież wszystkiego. Natomiast dział "jedzenie" jest dla mnie przejściem przez mękę. Właściwie niemalże po kolei mógłbym zapełniać kosz kolejnymi produktami z tego działu. I kubeczki, i miseczki, talerzyki i szklaneczki, i sztućce, podstawki i podkładkii, garnki i patelnie, pojemniki na różne produkty sypkie, nawet głupie otwieracze do konserw, czy inne przybory kuchenne... Całe szczęście buforujemy sie z żoną dość dobrze w tym względzie i do toreb trafia połowę tego, co byśmy kupili każde z osobna :)

Oczywiście, że daję się złapać na ichniejszą kuchnię. Nie chodzi mi tutaj o dział "kuchnia", lecz o dość duże pomieszczenie, w którym można cokolwiek zjeść. Ładujesz samemu co chcesz (samoobsługa), lecz widzisz co bierzesz. Tanio i całkiem smacznie. Chłodnik, rostbef, de volaiile z frytkami, klopsiki szwedzkie. A zwłaszcza łosoś z warzywami (wydaje się być ten bałtycki a nie hodowlany). Zapłacony napój i kawa do woli, znaczy się dolewek ile dusza zapragnie (w taki dzień jak dzisiaj to frajda). Ponadto ogólnie dostępna kuchenka mikrofalowa i kącik dla dzieci - można podgrzać coś dla pociechy i samemu zjeść w trakcie zabawy. Rozsądne i pomysłowe, bo wiele przecież rodzin przyjeżdża na zakupy z dziećmi (tymi najmniejszymi także).

Oczywiście, że łapię się czasem na hot-doga, kawę z pączkiem, czy loda za 1 (słownie jedną) złotówkę. Jak nie ja to mój mały.

Na sam koniec powiem jeszcze jedno. To trochę głupie, ale strasznie podobają mi się nazwy sprzedawanych w tej sieci produktów: BOLMEN, DRAGAN, KATTUDEN, MOLGER, BLADHULT, FIRA, KNIPSA, SAMLA, TRISSA, OMSORG, SVAJS... To tylko część. Jeszcze fajniejsze są te ze znakami diakrytycznymi: DRÖNA, FLÖRT, BOASJÖ, NÄRA, GLÄTTIG, SNÄLL, ARV BRÖLLOP, FÄRGRIK TROLSK, PÅTÅR... Wymieniać by tu długo, ale nie sposób. Brzmią egzotycznie i kojarzą mi się z lieraturą fantasy. Naprawdę bardzo ładne imiona dla troli :)

Oto kolejna lista - tym razem całkiem prostych nazw:)

 

czytaj resztę »

Dodane w varia , kulinaria | Komentarze 11 , zobacz komentarze

dzień dla ojca z dzieckiem

2009-08-15 00:32:04

Nie wszyscy mieli to szczęście mieć dziś dzień wolny. Władze ukochanej placówki w której obecnie haruję postanowiły że za jutrzejsze, ustawowo wolne od pracy a niestety wypadające w tym roku w sobotę, podwójne święto kościelno-państwowe (Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny i Wojska Polskiego) ustanowią dzień wolny dla pracowników.

Mnie każdy dzień wolny od pracy coraz bardziej cieszy. Co myślę osobiście na temat tzw. długich weekendów w szpitalach - przemilczę, bo nie mam wpływu na ich powstawanie. Często w zależności od potrzeb władz danej placówki.

Tak czy siak, jak wspomniałem nie wszyscy mieli szczęście już dziś na wolność w świętowaniu. Moja żona nie, więc dzień ten stał się dniem męskim w naszej rodzinie. Mogłem go bowiem w dużej mierze spędzić z mą latoroślą. Płci męskiej. Bardzo dobrze robią takie dni na kontakty ojcowsko-synowskie i synowsko-ojcowskie. 

Rano wspólne śniadanie (tak rzadkie niestety) z napominaniem do patrzenia w talerz, a nie robieniu wszystkiego innego, poza jedzeniem oczywiście. Potem wspólne zakupy na pobliskim ryneczku (targowisku, czy bazarku jak kto woli) - przecież jutro święto, więc sklepy nieczynne będą, a jeść trzeba. Zakupy podczas których oczy dookoła głowy mieć trzeba, bo mały coraz sprytniejszy, więc i ulica niebezpieczna, i niecierpliwość ze strony syna w kolejkach, i niespodziewane sprawunki w koszyku czy torbie. Potem powrót do domu. Nawet widoczne w oczach zrozumienie, że najpierwej trzeba sprawunki porozkładać do lodówki i po kątach temu przeznaczonych. Zrozumienie przez 5 minut. Później uporczywie wyrażana konieczność zabawy przeważyła nad sprawunkami. Ale do lodówki trafiło wszystko co konieczne! Zabawa ekstra. Układanie puzzli i klocków, czytanie książeczek, grzybobranie. Komputer także, a jakże! I w czasie nieco dłuższym niż zwykle... W końcu dzień ojca z dzieckiem :) Obiad niestety podobny do śniadania - kombinacje alpejskie nad jedzeniem. Szkoda, że nie nakarmiłem go przy komputerze - zapatrzony w ekran połknąłby wszystko! 

Potem niestety wizyta u stomatologa. Mama nie odpuściła (wyrywając się na godzinkę z pracy) i u pani doktor od zębów byliśmy całą rodzinką. Całe szczęście obeszło sie bez wiertła, jedynie ozon. I za ten bezbolesny zabieg dostał jeszcze w gabinecie od pani stomatolog zabawkę! Szczęście zupełne widoczne jak u psiaka (tylko bez machającego ogona). I duma z samego siebie jaki był dzielny :))) Pokręciliśmy się potem jeszcze po jednym sklepie, zaliczyliśmy McDonald’s (frytki koniecznie i McNuggets - bez zestawu HappyMeal, bo zabawki coś nie tego i nie przypasowały) i zabierając po drodze z pracy mą połowicę, koniec końców (przejeżdżając jeszcze przez Cepelię i zakład wytwarzający wkładki ortopedyczne do butów - niestety dla Miłka) wylądowaliśmy w Batidzie przy Placu Konstytucji na lodach (dla małego) i kawie (dla nas).

Fajny dzień. Na koniec zabawa samochodami. Mimo zabawki od stomatologa dostał też od nas samochodziki. Z ulubionego animowanego filmu "Auta". I choć większości tekstów chyba nie rozumie (uważam, że filmy te robione są z myślą o dorosłych), to fanem Zygzaka McQueena jest oddanym.

Na dobranoc zatem fragmenty filmu z podkładem muzycznym:

 

 

 

Patrzę, która to godzina i okazuje się, że mamy już dziś święto. Niestety tak jak wczorajszy (znaczy się czternastego) dzień wolny był dla niektórych, tak i dzisiejsze święto nie dla wszystkich bedzie dniem wolnym. Ja na ten przykład spędzę je w pracy. A z racji ogólnopolskiego zamieszania wokół dzisiejszego koncertu Madonny, choć nie jest moją ulubioną artystką (ale płyta Ray of Light jest dobra), to dla jej wkładu w rozwój muzyki rozrywkowej zamieszczę jeden z jej najbardziej, według niektórych, obrazoburczych teledysków.

 

czytaj resztę »

Dodane w varia , muzyka | Komentarze 2 , zobacz komentarze

komórka

2009-08-13 22:47:47

Przedwczoraj po przyjściu do pracy stwierdziłem rzecz okropną. Nie zabrałem z domu telefonu komórkowego! Ogarnął mnie lekki niepokój. Straszne! Dyżur, a ja jak bez ręki. Co zrobię bez komórki?! Jak ludzie mnie znajdą? Jak ja znajdę ludzi? A jak coś złego się wydarzy i nie będzie można ze mną nawiązać szybkiego kontaktu?! Krótka analiza. Czy miałem dziś załatwić coś pilnego? Coś co wymagałoby użycia telefonu? Coś co wymagałoby wykręcenia numeru, którego się nie pamięta?! 

W czasach sprzed telefonii komórkowej wszystkie ważne numery miało się w pamięci. Pozostałe numery pozostawały starannie zapisane w notesie lub kalendarzu, bądź na milionie karteczek (notabene skrzętnie do tego notesu przypinanych). Obecnie posiadając komórkę wszystkie bez wyjątku znajdują się w pamięci. W pamięci telefonu komórkowego...  

 

Jakże łatwo przyzwyczajamy się do luksusu. Wydaje mi się, że już coś takiego kiedyś pisałem. Ale powtórzę to raz jeszcze. Czy wyobrażacie sobie życie bez elektryczności, gazu i bieżącej wody? Życie bez lodówki, prysznica i komputera? Czy w końcu życie bez telefonów?

Ja już niestety nie.

Choć są chwile, gdy chciałbym pozbyć się telefonu popularnie zwanego komórką... 

 

czytaj resztę »

Dodane w varia , muzyka | Komentarze 10 , zobacz komentarze

ognicho, czyli tam i z powrotem

2009-08-09 23:26:00

Jak dawno nie byłem na ognisku... Wieki całe. Zapaliłem się zatem do pomysłu Kaeri jakbym po raz pierwszy miał widzieć "żywy" ogień. Po części tak było. W roli rodzica. A moja latorośl będąc tak naprawdę przy ognisku po raz pierwszy w życiu, lgnęła do niego jak ćma do światła. Dużo wysiłku kosztowało mnie, a i zapewne obecnych tamże, baczenie na wyczynania mego potomka. Nie za bardzo mu się dziwię, bowiem ogień naprawdę potrafi przyciagnąć swą uwagę. Zwłaszcza jak się ma patyk w ręku, którego końcówka po włożeniu do ognia nie wiadomo dlaczego zaczyna się palić :) A potem można nieźle nim powywijać na prawo i lewo, kreśląc przy okazji dymne kółka i inne esy-floresy. Całe szczęście nikt nie miał końca kija w oku lub innym miejscu, choć sam niemalże nadziałbym się swą piersią na rozżarzoną końcówkę wcelowanej we mnie, a trzymanej przez mego syna gałązki. Nic dookoła nie spłonęło także, więc ognisko udane :)  

Nie mogłem niestety być do samego rana, czego niewatpliwie żałuję. Nie mogłem także dołączyć do zaszczytnego grona podtrzymywaczy ognia, podsycanego równie ognistymi napojami, bowiem sprawowałem rolę kierowcy mej drużyny (znaczy się żony i syna).

 

A wyprawa na ognicho porównywalna z hobbitowską Tolkiena. Bagażnik zapakowany na każdą ewentualność - ciuchy na zimno, zabawki z piłką na czele, preparaty przeciwkomarowe (te istotnie sie przydały) i parę innych drobiazgów, o których pisać już nie będę... Oczywiście przygotowania do niej spowodowały opóźnienie w kwestii samego przybycia (co niemalże nie doprowadziło do słownego starcia z połowicą), ale że dotarliśmy do celu jeszcze na pozycji punktowanej (trzecie miejsce, tzn podium) mój humor uległ istotnej poprawie.

O samym ognichu pisać nie będę - w formie graficznej przedstawiła to w swym poście sama organizatorka tak miłego spotkania. Powiem tylko, że było ekstra. Ale następnym razem (mam nadzieję, że taki nastąpi) przyjeżdżam bez mej latorośli. Zbyt duży stres... Za dużo pomysłów (szalonych oczywiście) na raz... Rankiem spojrzałem w lustro. Chyba więcej siwych włosów. Nie wiem, czy to od ognicha - sam przecież także się nad nim pochylałem, czy od stresu związanego z pilnowaniem syna...  

 

Potem powrót do domu. Zbyt wcześnie niestety, ale posiadanie dzieci zobowiązuje. Tzw. odległość pomiędzy to godzina jazdy samochodem. Myślałem, że syn po przeżyciach dnia padnie jak dętka, ale po przyogniskowej muzycznej prezentacji rozśpiewał się w samochodzie jak trójka tenorów. A że repertuar ma jeszcze dość ograniczony, więc do dzieła musiałem zaprzęgnąć swój głos. I niestety pojechałem. Po starociach. Znaczy się utworach z lat mej młodości. Choć nie wszystkie teksty zapamiętane w całości, to poleciało: "Wieża radości, wieża samotności" i "Nie gniewaj się na mnie Polsko" Sztywnego Palu Azji, "Skóra" Aya RL, kawałki Starego Dobrego Małżeństwa - "Jak", "Z nim będziesz szczęśliwsza", "Opadły mgły, wstaje nowy dzień" - wszystkie z tekstami Edwarda Stachury, "Diamentowa kula" i "Szklana pogoda" Lombardu, "Jolka, Jolka" Budki Suflera"... Żona (choć ciszej niż ja) wtórowała mi dzielnie. A mój syn, choć z lekka zdziwiony nagłym zapałem taty do śpiewu, z zainteresowaniem słuchał fałszu w moim wykonaniu. I nie usnął. Może jednak mu się podobało? 

Zatem wyprawa nie tylko na ognisko, ale i w przeszłość daleką...

Oczywiście, że słuchałem dziś SDM. A z racji festiwalu w Sopocie także i Budki Suflera. Nie za bardzo wiedziałem co wybrać do posłuchania, więc będą dwa filmiki. Mam nadzieję, że zrozumiecie :)

 

Zatem jako pierwsza śpiewana poezja Stachury:

 

 

A teraz trochę bardziej ambitnie:

 

 

 

czytaj resztę »

Dodane w varia , muzyka | Komentarze 6 , zobacz komentarze

pełnia...

2009-08-07 23:11:40

Właściwie to nie wiem jak to nazwać. Kilka już razy siadałem do komputera z zamiarem napisania jakiegoś posta i skończyło się na niczym. Zastanawiałem się dlaczego? Z jednej strony to cóż  takiego tu opisywać, skoro kolejne dni podobne są do siebie jak dwie krople wody, z drugiej jednak strony każdy z tych dni zawierał w sobie chociażby jedno warte opisania zdarzenie. Kilka, niemalże gotowych do opublikowania, postów zawisło w próżni. Nic mi się nie podobało. A to temat jakiś taki do niczego, a to styl wypowiedzi nie do końca zachęcający, a to jeszcze coś innego...

 

Kilka przykładów:

1. Następnego dnia po rozpoczęciu Tour de Pologne wyszedłem z latotroślą na rower. Znaczy się synowi wyjąłem z piwnicy rower i wyszliśmy na świeże powietrze. Ja "per pedes", on pedałując zacięcie na jednośladzie, choć niestety z jeszcze doczepionymi bocznymi wspomaganiami (znaczy sie czterokołowiec). Popitalał na nim jak oszalały, ja za nim goniłem jak zdyszany pies ledwo co łapiąc powietrze. Kiepsko z kondycją... I wątek urwał mi się tak szybko jak gilotyna oddziela głowę od ciała! W sumie dość dobre porównanie, bo mózg jakoś nie chciał współpracować z palcami, gotowymi do śmigania po klawiaturze komputera... 

Dziś myślę, że może dam namówić się Przenitkowi do kupna jakiegoś bicykla! W końcu dobrze mi to zrobi na moją tężyznę fizyczną, bo coś ostatnio  nią krucho. Zacznę od 1 kilometra. Może nie padnę :)

2. Post miał być tym z rodzaju kulinaria. Obiecałem małemu wyprawę do McDonald’s. Nie, żebyśmy się tam stołowali, ale od czasu do czasu z uwagi właśnie na małego tamże bywamy. Wiadomo - zestaw Happy Meal z zabawką, słomką czekoladową do mleka i frytkami stanowi nie lada radość! Uważam, że frytki mają najlepsze na świecie. Ale nie o tym. Nie przepadamy za owocami morza (no chyba że ryby), więc zdziwiła mnie zachcianka mej połowicy odnośnie krewetek królewskich. Zakupiłem, a jakże! Nawet spróbowałem! I co? Rewelacja! Tłuste jak cholera (jak wszystko co smażone na głębokim oleju), ale pod tłustą panierką kryje się przepyszne zwierzątko morskie... I koniec. Pojechaliśmy i zjedliśmy. Czarna plama przed oczami. Zaćmienie umysłu? Jakoś puenty z tego wszystkiego nie mogłem wydobyć!

Dziś widzęę, że chyba polubię smaki morza. Wybieram się po krewetki. Tylko gdzie kupić najlepsze? Może w Makro? Widziałem tam całkiem nieźle zaopatrzony dział z produktami morza i oceanu. A może gdzieś indziej? Jedno wiem! Muszę omijać McDonald’s z daleka bo przytyję jeszcze bardziej :) 

3. Gość (pracownik szpitala od nie wiem czego) wchodzi do pokoju lekarskiego chcąc wymierzyć metraż gabinetu pod nową wykładzinę. Dziwię się, bowiem niedawno nowa podłoga została położona, więc kieruję go do szefa będącego aktualnie w poradni. Na co facet podaje mi powierzchnię podłogi gabinetu poradnianego - 13 metrów kwadratowych! Śmieszne? Na początku wydawało mi się że tak, ale jakoś nie za bardzo się z tego uśmiałem po przeczytaniu przelanej na monitor komputera przytoczonej powyżej anegdoty...

Patrząc na to dziś wydaje mi się, że to niezbędny dla funkcjonowania szpitala pracownik! Mieć wszystkie wymiary pomieszczeń szpitalnych we łbie to nie lada sztuka. Nie trzeba szukać papierzysk, wystarczy zapytać! Tylko właściwie po co komu takie informacje w głowie? Ciekawostka!  

 

Było jeszcze pare innych tematów... I co z tego? Nic! Wszystko wylądowało w koszu!

 

Straszny malkontent się ze mnie zrobił. Poza tym jakiś taki drażliwy jestem, niespokojny, spać nie mogę. Prawie jak zgłaszający się po pólnocy do Izby przyjęć pacjenci. To do mnie nie podobne, więc zaczynam zastanawiać się o co chodzi?

Depresja? Objawy pasują jak ulał, ale przecież w dzień mi przechodzi...

Zwykłe zmęczenie? Chyba nie, bo wielokroć bywałem bardziej zmęczony i słowa same przelewały się z umysłu na monitor komputera...

Zniechęcenie? Nie, bo mam ogromną ochotę wysmażyć kolejny wpis (co robię chociażby teraz)...

Niemoc twórcza? Nigdy się za twórcę nie uważałem, więc i niemoc nie może być. Zwłaszcza twórcza...

 

Mam. Już wiem. Księżyc! Pełnia! To jest wytłumaczenie! Cały okres poprzedzający jej nadejście był kiepski. A wczoraj, pomimo kolejnego dyżuru, było całkiem znośnie. Dziś jest już niemal rewelacyjnie. Zaraz, zaraz. Kiedy to była pełnia? Wczoraj?! 6 sierpnia?! Czyżbym zmieniał się w jakieś monstrum? Patrząc na nieogoloną facjatę, to rzeczywiście upodabniam się do jakiegoś włochatego zwierzęcia. Trzeba będzie się ogolić, choć nie znoszę tej czynności. I można się zaciąć...

Na dobranoc zapuszczam zatem Michaela Jacksona w "Thrillerze". Tym samym, choć nigdy nie był moim ulubionym artystą, składam mu hołd za to co zrobił dla muzyki rozrywkowej:

 

 

czytaj resztę »


tour de pologne

2009-08-03 00:27:35

Moja latorośl dostaje kota w domu. A ja z nim także. Potrzeba wyhasania na świeżym powietrzu jest zauważalna w każdym jego ruchu. Ściany jescze wytrzymują wszystkie jego szaleńcze pomysły, ale  ja powoli już nie. A że po zabiegu nie może jeszcze za bardzo przebywać na słońcu i zagrzanie może mu zrobić niezbyt dobrze, więc przy dzisiejszej aurze pozwoliliśmy sobie na wyjście poza mury dopiero późnym popołudniem. Padło na Łazienki Królewskie. Lubię ten park z racji mikroklimatu, który jest zapewne dziełem dużej ilości roślin tam bytujących, a i zapewne tej odrobiny wody tamże się znajdującej. Woda co prawda do najczystszych nie należy (chyba że spojrzymy na źródełko przy popiersiu Wyspiańskiego), ale drzewa cień dają solidny więc nie odczuwa się tak upału jak poza jego granicami.

Zapomniałem jednak, że w dniu dzisiejszym rozgrywany jest pierwszy etap największej imprezy kolarskiej w Polsce - Tour de Pologne. Etap, którego trasa dokładnie otaczała rejon, w który zamierzałem z rodziną dotrzeć. Plac Trzech Krzyży, Książęca, Czerniakowska, Wisłostrada, Witosa, Idzikowskiego, Sobieskiego, Belwederska, Aleje Ujazdowskie, Plac Trzech Krzyży. A pomiędzy nimi co? Oczywiście że cel mojej przejażdżki - Park Łazienkowski. Co za niefart! I dla chcących dojechać do parku, i dla chcących skorzystać z "usług" znajdujących się w tym rejonie szpitali - ulubionego Czerniakowskiego, a zwłaszcza CMKP im. Orłowskiego, pod którego murami cały peleton przejeżdżał bodajże 9 (słownie dziewięć) razy.  

Nie było jednak tragicznie. Całe szczęście moja eskapada wypadła na godziny popołudniowe, więc gdy dojechałem do skrzyżowania ulic Gagarina z Belwederską okzało się, że peleton chyba już jest na mecie. Z drugiej strony szkoda, że nie wyjechałem ociupinę wcześniej bo zapewne uczyniłbym wycieczkę do Łazienek jeszcze ciekawszą. Zwłaszcza dla małego. Widok wielobarwnej masy kolarskiej na pewno wzbudziłby zachwyt mej latorośli. Ponadto przejeżdżający peleton robi dość dużo szumu i wiatru, przez co niechybnie zrobiłoby się ociupinę chłodniej. Tak się jednak nie stało, co i może dobrze, bo dojazd miałem niezbyt utrudniony, a na wyżej wymienionym skrzyżowaniu postałem raptem chwilę - do momentu usunięcia przez służby porządkowe zagradzających przejazd barierek.

W Łazinkach było fajno jak zwykle. Poza dużą ilością tlenu zaaspirowanego podczas spaceru, mały oczywiście załapał sie na lody. A my w ciszy i spokoju wypiliśmy kawę mrożoną. Są bowiem w życiu takie momenty, gdy moja latorośl jest cicha i skupiona. Jak podczas spożywania lodów :)

 

Tytuł postu zobowiązuje, więc trochę o Tour de Pologne. Jak wspomniałem jest to obecnie największa impreza kolarska w Polsce. Największa i z polskich wyścigów najbardziej licząca się w świecie. Należy do grupy imprez tzw. ProTour Międzynarodowej Unii Kolarskiej (UCI), w których rywalizują najlepsi kolarze świata. W kalendarzu wyścigów ProTour polski wyścig znajduje się obok imprez tak znanych jak wyścig Paryż-Nicea, Tirreno-Adriatico, Paryż-Roubaix, czy trzech największych imprez kolarskich na świecie - Giro d’Italia, Tour de France i Vuelta a Espana. Jest to zasługą Czesława Langa (były świetny polski kolarz) - obecnego dyrektora Tour de Pologne. I choć sama impreza powoduje trochę utrudnień komunikacyjnych w miastach przez które przebiega trasa corocznego wyścigu, to jednak wypada się tylko cieszyć, że potrafimy (tzn. my Polacy) nie tylko popsuć, utruć, namieszać i zniszczyć, ale także stworzyć coś udanego, co doceniane jest nie tylko w Polsce ale i poza granicami naszego kraju. 

 

Post trochę pisany dla Przenitka, wielkiego fana cyklizmu. Nie tylko w wersji fotelowo-telewizyjnej (jak ja na ten przykład), ale rekreacyjno-wyczynowej zwłaszcza (dla mnie przejechanie paru kilosów jest wyczynem - on to robi od niechcenia). Wraca człowiek z urlopu, z tego co wiem częściowo spędzonego w siodełku rowerowym, więc niech miły będzie przynajmniej ten post. Bo powrót po urlopie do harówki na pewno takim być nie może.

 

czytaj resztę »

Dodane w varia , muzyka | Komentarze 15 , zobacz komentarze

child in time

2009-07-29 23:18:58

Właściwie to nie chce mi się nic pisać, ale pandemia grypy (a i idiotyzmu także, lub przede wszystkim) zatacza coraz szersze kręgi. Można komentować to na różne sposoby i cały post poświęcić na ujawnianie głupoty zaistniałej sytuacji i ludzi ją prowokujących. Tylko po co?

Najpewniej ukarani zostaną ci, którzy niczemu nie zawinili. Jak zawsze. Jakiś kozioł ofiarny musi się znależć. I nie będzie to osoba najbardziej w sprawę zamieszana...

Przychodzi mi jedynie na myśl tekst jednego z moich ulubionych utworów - "Child in time" - jeżeli masz pecha oberwiesz nie tylko kulą, ale i rykoszetem...

 

CHILD IN TIME 

 

The story of a loser - it could be you. 

Sweet child in time you’ll see the line 
The line that’s drawn between the good and the bad 
See the blind man shooting at the world 
Bullets flying taking toll 
If you’ve been bad, lord I bet you have 
And you’ve been hit by flying lead 
You’d better close your eyes and bow your head 
And wait for the ricochet 

 

czytaj resztę »

Dodane w varia , muzyka | Komentarze 5 , zobacz komentarze

polskie drogi...

2009-07-12 12:38:25

...to tytuł świetnego polskiego serialu o czasach wojny i okupacji. Nie o przeszłości chciałbym, ale o teraźniejszości. I nie w przenośni, a dosłownie. Nurt narzekania i biadolenia skieruję tym razem nie na ogólnie pojętą "służbę" zdrowia (zwłaszcza tę najbliższą - czytaj szpital), ale na sprawy bardziej przyziemne (dosłownie i w przenosni).

 

Dziś o polskich drogach i... ich remontach. Zostałem nieco zmotywowany do tego przez moją małżonkę, która dopiero co wróciła ze służbowego wyjazdu poza granice naszego kraju. Jazda samochodem musiała być w tym  kraju (jednym z europejskich) przyjemnością, bowiem podobno prędkość 140km/h była podstawową w poruszaniu sie tamże, a wóz mknął po szosie jak po gładkiej tafli. Bez wybojów. Bez zbędnych drgań. Bez niebezpieczeństwa wjechania w dziurę...

Nieco odmienny od wyżej opisanego jest stan dróg naszych. Jeździmy po nich wszyscy, czy to prowadząc samochód, czy w roli pasażera, więc nie muszę opisywać katorgi podróży polskimi drogami. Mnożyć możnaby przykłady najgorszych dróg. I nie myślę tutaj o trasach gdzieś na krańcach Polski, nie myślę o drogach podrzenych, ale tych głównych noszacych miano "krajowe". Jaki kraj, takie drogi chciałoby się powiedzieć. I coś w tym jest, bowiem dopiero co wyremontowane, w krótkim czasie nadają się do ponownego remontu. Jak wszystko w Polsce :)

Na dodatek okres wakacyjny jest ubóstwiany właśnie przez wszelkiego gatunku ekipy remontowe mające rzekomo na celu "poprawę stanu nawierzchni". Zarówno w miastach jak i poza nimi. Niby logiczne. Ludzie wyjeżdżają na wakacje, powinien ruch być mniejszy, więc remontujemy. Miesiąc, dwa, trzy... i dłużej też. Remontujemy w taki sposób, że duża część miasta jest wyłączona z ruchu (np. ciąg most Śląsko-Dąbrowski, Plac Bankowy, Aleja Solidarności zwłaszcza jej skrzyżowanie z Aleją Jana Pawła II). Przejazd przez centrum w godzinach szczytu zawsze był trudny, teraz jest tragiczny. Korkują sie wszystkie ulice dookoła. 5-minutowa kiedyś jazda staje się około półgodzinną wyprawą. Tak jest w stolicy (a remontownych jest jeszcze parę innych miejsc), tak jest zapewne i w innych miastach. Pozostali "niewyjechani urlopowo" nieszczęśnicy męczą się zatem jazdą na stojąco w zakorkowanym mieście, jeżdżąc bocznymi uliczkami, których stan nawierzchni pozostawia wiele do życzenia :)

Wydaje się, że drogi pozamiejskie powinny być zatem w okresie wakacyjnym wolne od remontów. Nic bardziej mylnego. Modernizacja skrzyżowań (patrz masowa produkcja rond), naprawa zniszczonej nawierzchni asfaltowej (lub pseudoasfaltowej), poszerzanie dróg (znaczy się dorobianie poboczy), czy nawet zapoboczowe prace melioracyjne w dużej mierze dezorganizują ruch w kierunkach miejsc masowego urlopowania (Bałtyk, Mazury, góry). Wyrwawszy się zatem z remontowanych "drożnie" miast trafiamy na kolejne remonty, które sprawiają że wakacyjna podróż staje się męczarnią. I choć ta w stronę urlopowiska nie wydaje się aż tak przykra (przed nami wszak okres wypoczynku), to droga powrotna nie nastraja optymistycznie - nie dość, że wracamy do pracy, to jeszcze wjeżdżamy do zakorkowanego przez remonty miasta!

Istne szaleństwo! Kwadratura koła!

 

Jak fajnie jest sobie ponarzekać na coś odmiennego niż stan "służby" zdrowia. Lżej się robi na duchu. I jak fajno, że problem stanu jakościowego polskich dróg nie dotyczy tylko mnie. Gdy sobię pomyślę, że w korkach nie "jadę" sam, to robi się lżej na duszy. Tylko dlaczego tak musi być?

Post walnąłem w tzw. międzyczasie pomiędzy jednym, drugim a trzecim nieszczęśnikiem przywiezionym do tutejszej placówki medycznej. Dla niewtajemniczonych: kolejna wielka medyczna przygoda!

Załączam kawałek, przy którym nieźle się pogina po drodze. Oczywiście jeżeli sa na to warunki :)

Phil Lynnot i Thin Lizzy. Stare, ale jare!

 

czytaj resztę »

Dodane w varia , muzyka | Komentarze 10 , zobacz komentarze

PRL

2009-06-27 23:53:31

Trudno polemizować z faktami zawartymi w ostatnim poście Przenitka.

Mogę jedynie dodać, że uroczyście otwarta przez panią prezydent Warszawy Pracownia Radiologiczna pracuje oczywiście na pół gwizdka. Poza tomografem komputerowym (64-rzędowym a jakże!) nie ma nic. Władze szpitalne twierdzą, że będzie. Ale kiedy? Nie wiadomo. Poza tym są podobno lekkie problemy z możliwością wjazdu łóżkami do niektórych pomieszczeń, oczywiście nie chodzi o pokój lekarza dyżurnego, czy rejestrację:)

Jest dokładnie tak samo jak w przypadku szumnie otwieranego Centrum Laryngologiczno-Okulistycznego. W Polskę poszła wieść o supernowoczesnym miejscu całodobowego ambulatorium tychże specjalności i co? Następnego dnia waliły tłumy pacjentów, ktorzy niestety odchodzili z kwitkiem, bowiem po uroczystym otwarciu (ta sama władza prezydencka to czyniła) Centrum zostało zamknięte na trzy spusty na kilka chyba miesięcy. Sprzęt był a jakże, ale nie było komu na nim pracować. A w tej chwili funkcjonuje to jako poradnia (i to niekoniecznie całodobowa).

Mógłbym tutaj mnożyć przykłady postępowania Lorda. Ważne jest, by był szum medialny (i to ten dobry), cała reszta się nie liczy. Premię, czy nagrodę zgarnie ten, który nie powinien. Jak zawsze.

Ale nie chciałem na smutno. Takie zachowania najlepiej zwalczyć śmiechem. Stąd zamieszczę kilka scenek z kultowego filmu polskiego w reżyserii Stanisława Barei. Choć zupełnie niezwiązane z tematem medycznym, to pokazują funkcjonowanie systemu, do którego niektórzy chcieliby chyba wrócić ...

Zwłaszcza, że obstawiają się (może dobierają sobie lepiej by brzmiało) ostatnio osobnikami, którzy zaprzedają się narzuconej im wizji (patrz niezłą kasę z tego mają).

 

 

 

 

Pomimo jednak ewidentnych absurdów i kom(un)izmu wszystko kręci się jakoś dalej. W jaki sposób?

To chyba zasługa dobrego poczucia humoru Polaków. I tego, co wielu z nas przyświeca pomimo napotykanych trudności - zgodnie z tekstem Młynarskiego po prostu uczciwie robimy co do nas należy!

 

czytaj resztę »

Dodane w varia , muzyka | Komentarze 8 , zobacz komentarze

dzień 4 czerwca...

2009-06-04 21:41:01

... najpewniej będzie wkrótce świętem narodowym. I to nie lada jakim. Od kilku dni słyszę trąbienie na prawo i lewo o pierwszych wolnych wyborach, o wolności, o dwudziestej rocznicy tego wydarzenia. Słyszałem już nawet nazwę tego święta - Dzień Wolności. Byłem już wtedy pełnoletni i mogłem brać udział w wyborach. Głosowałem oczywiście za "wolnym i lepszym krajem". I tyle. Co z tym lepszym krajem? Pozostawiam do rozważenia...

Opowiem zatem o dniu 3 czerwca. Dzień, który mógłbym nazwać Dniem Spóźnień. To, że spóźniłem się do pracy to pestka. Akurat nie było szefa, więc jakoś tam przeminęło i tyle. Pani adiunkt była w dobrym nastroju (nota bene sam się spóźniła), więc obyło się bez jakiś katastrofalnych sensacjii. Później było gorzej. Nie zdążyłem na czas do Izby Przyjęć, nie zdążyłem na czas do Pracowni Endoskopowej, nie zdążyłem na czas na konsultacje ortopedyczne (choć tak na prawdę ktoś inny mógł tam pójść), nie zdążyłem na tyle by pacjenci zapisani do mnie do Poradni Chorób Metabolicznych mogli być przyjęci (przepisałem ich na dzień dzisiejszy), w tak zwanym międzyczasie nakłułem dwa mostki (przy jednym złamałem trzy igły, tak twarde kości miał pacjent, a nikogo, kto mógłby nakłuć nie było) i w efekcie nie zdążyłem na czas na zakończenie roku przedszkolnego mojego Syna. Smutek ujrzany w oczach mojego Pierworodnego był tak wielki, że serce krajało mi się w plasterki. Do tej pory jest pokrajane. Uśmiechnął się co prawda na mój widok (pomimo złamania wszystkich przepisów ruchu drogowego byłem może ze dwie, trzy minuty po zakończeniu przedstawienia), ale w oczach widziałem zawód. Cholera. Znowu zawaliłem. I zdjęć, i filmu teź nie będzie, bo aparat fotograficzny i kamerę miałem u siebie w samochodzie... Pieprzona, niewdzięczna praca. Nie wiem, czy kiedykolwiek zdążę na czas...

Następnie spóźniłem się do fryzjera. Trochę ze swojej winy, bo za późno wyszedłem z domu, ale spóźniłem się i musiałem czekać, aż jakaś paniusia zdecyduje się na odpowiedni kolor farby. W końcu zostałem obcięty (dosłownie i w przenośni), bowiem skóra na bocznych częściach czaszki prześwituje mi spośród coraz rzadszej siwizny włosów. Musi być spieszył się, więc pojechał po całości... Ale na urlop przyda się, choć na mój czas urlopowy nie zapowiadają nie wiadomo jakich upałów, to mimo wszystko lepiej mieć krótkie włosy niż męczyć się z niesfornymi lokami przybierającymi kształt baranków, gdy wilgoć na dworze - a tak jest nad morzem przecie.

Na koniec powiem tak - spóźniłem się na napisanie mail’a. Usiadłem w fotelu przed TV i... usnąłem. Ponoć nawet żona budziła mnie (mam nadzieję, że z podobną myślą, co ja teraz), ale podobno zaliczyłem jedynie  toaletę w celu opróżnienia pęcherza moczowego i powróćiłem na kanapę do "salonu". Śmiem przypuszczać, że jest to prawdą, bo o 6.00 obudziłem się w "dużym pokoju" przykryty jedynie kocem (chyba ciągi wodne w "dużym pokoju" są lepsze niż w "sypialni", bo bardziej jednak rześki wstałem po nocy...). Musiałem też, pomimo brzęczącego budzika, obudzić żonę w sypialni. Cholera. Starość nadciąga wielkimi krokami. Za niedługo spóźnię się na budzik. Muszę rozglądnąć się za takim z donośnym dzwonkiem, bo pewno i na słuch się rzuci.

Dziś jeszcze jest 4 czerwca. Nie mam ochoty o nim pisać, bo szkoda. Był i tyle. Całe szczęście jest to ostani z dyżurów przed urlopem. Jeszcze tyko jutrzejszy dzień i... Morze. Choć polskie, zimne jeszcze, to jednak. Mam nadzieję, że nabiorę sił do pracy przed urlopami innych. Całe wakacje w robocie przede mną...

czytaj resztę »

Dodane w po egzaminie , varia | Komentarze 2 , zobacz komentarze

1 czerwca...

2009-06-01 23:36:40

... jest obchodzony w Polsce jako kolejny specjalny dzień - Dzień Dziecka. Kolejna okazja do "okazywania uczuć" - tym razem wobec milusińskich. W centrach handlowych i w sklepach zabawkarskich tłok jak cholera. Podobnie zresztą jest w kinach, kawiarniach i fastfoodach - przecież trzeba gdzieś malca zabrać w ten dzień i przymknąć oko na słodycze, czy niezdrowe "szybkie żarcie". W taki dzień można pozwolić riebiacie niemalże na wszystko - to ich święto. Skruszeni brakiem dotychczasowego zainteresowania potomstwem ojcowie i zapracowane po pachy matki starają sie wynagrodzić "stracony" czas kupując dziecku kolejną z serii wymarzonych zabawkę (rzuconą w kąt po jednym dniu zabawy), jakiegoś pupilka w postaci zwierzątka (którym sami później będą zmuszeni się opiekować), nowej wersji ulubionej gry komputerowej (pchając tym samym pociechy w wirtual), czy kolejnej porcji lodów, frytek i hamburgerów (pracując na przyszłe zwyczaje żywieniowe i BMI delikwenta). Wtórują im oczywiście wszyscy Dziadkowie, Babcie, Chrzestni, Wujkowie i Ciocie w dużej mierze uciszając w ten sposób wyrzuty sumienia, że cały rok widziało się obdarowanego malca rzadziej niż powinno.

Bez umiaru i opamiętania - przecież to Dzień Dziecka. Nasze nie może być gorsze od innych. Bo co powie, gdy zaczną się w przedszkolu, czy szkole opowieści o otrzymanych prezentach? Ma stać w kącie i pochlipywać, że nie dostało nic lub niewiele? Bądź zmyślać o niewiarygodnych prezentach otrzymanych od dorosłych? Nie - musi dostać takie prezenty, by miało się czym chwalić. To my - tzw. dorośli napędzamy tę karuzelę. Jak z każdą inną okazją do prezentów wobec dzieci. Pierwsze Komunie - to dopiero jest Meksyk. Stawanie na głowie, by malec dostał coś ekstra. Pół rodziny składa się na komputer osobisty. Rower, czy zegarek w tej chwili to "kiepa" - to coś co dzieci posiadają o wiele wcześniej. A osiemnaste urodziny? Słyszałem o kupnie samochodów przez dziadków... Bądźmy świadomi tego, że gonitwa szczurów dotyczy już naszych milusińskich. I to my, chyba przez egoizm, dolewamy oliwy do ognia.

Oczywiście, że nie byłem gorszy od innych i mój Syn otrzymał od nas prezent. Nie do końca był chyba z niego zadowolony, bo porzucony w kąt nie został odpakowany z firmowej folii. Trudno jednak konkurować z prezentami naszych rodziców dla wnusia. Oczy małemu świecą się do tej pory, choć prawie północ. Za dużo zabawek. I tyle. Z ich nadmiaru czasami nie wie, czym się bawić.

 

Jeszcze jedno. Pierwszego czerwca sześć lat temu zmieniłem pracę na obecną. Czas popitala do przodu w coraz większym pędzie. Wydaje się, jakby to było wczoraj. Ale patrząc dookoła to wiele dzieci przyszło na świat w tym okresie. Po nich dopiero widać szybkość upływającego czasu. Dopiero co w pieluchach - teraz ze starchem patrzymy na ich wyczyny. No i oczywiście zaczynają wykłócać się o swoje.

Eh, Dzień Dziecka!

 

czytaj resztę »

Dodane w po egzaminie , varia | Komentarze 6 , zobacz komentarze

łódź

2009-05-30 22:33:13

Niewiele czasu miałem na wizytę w rodzinnym mieście, ale zaistniała konieczność bycia tam choć przez chwilę. Dawno już Łodzi nie widziałem, dawno już nie widziałem Rodzicielki, choć przecie niedawno Jej urodziny i Dzień Matki były. Stąd konieczność pojechania tamże. W planach była wizyta całą rodzinką, ale oczywiście jak nie urok to sraczka, więc mały natenczas się rozchorował (musi być znowu jakieś wirusicho - coś ostatnio za często), więc zmuszony byłem odbyć przejażdżkę sam. 

Droga fatalna. Od Błonia do Sochaczewa trwa remont drogi. Przez kilkadziesiąt kilometrów nie można wyprzedzać, bo ruch ograniczony jest do jedenego pasa z poboczem. Dobrze, że przez środek namalowana jest żółta "podwójnie ciągła", bo korci by zrobić jakiś manewr wyprzedzający. Ja się trzymałem przepisów (o dziwo), ale inni nie. Choć wylana jest już część drogi i wybija samochód podczas wjazdu na ten kawałek, to nie brakuje chętnych wymijania w ten sposób. Policji oczywiście w tym rejonie nie ma bo i po co - przecież nikt za szybko nie pojedzie...

Zatem wizyta w rodzinnym grodzie, przez który przepływa 18 "rzek" (obecnie raczej "ś"cieków wodnych, z bardziej znanych Ner i Bzura). Granice miasta przesunęły się o parę kilometrów - tabliczka z napisem "Łódź" i teren zabudowany wita o wiele wcześniej niż rok temu, choć krajobraz w tym miejscu wygląda jak dawniej. Niby nic się nie zmieniło, a jednak Łódź zmienia swe oblicze. Można powiedzieć pięknieje. Kiedyś szare robotnicze miasto, dziś może nie super malownicze, ale posiadające o wiele więcej barw niż kiedyś. I buduje się. Nie tylko blokowiska, ale i budynki użyteczności publicznej, hotele, nowe hipermarkety - a jakże, mnóstwo stacji benzynowych i kościołów, nowe rozwiązania jezdne (w niektórych miejscach szersze ulice, bezkolizyjne skrzyżowania, ronda). I choć prawie nie do poznania, to sentyment pozostaje ogromny. Zbyt wiele czasu spędziłem w Łodzi, by móc łatwo ją z pamięci wyrzucić...

Opowiem jeszcze tylko o kulinariach. Niby nic specjalnego, ale jednak niezapomniany (i wspominany) smak potraw. Jadłem pomidorówkę, młode ziemniaczki ze schabowym i młodą kapustą. Obiad niby nie wykwintny, a niósł ze sobą tyle doznań, co żaden inny. Dom, rodzinny dom...

Parę fotek Łodzi (zeszłoroczne, ale niech tam):

 

P8030416.JPG

 

P8030426.JPG

 

P8030421.JPG

 

P8030400.JPG

czytaj resztę »

Dodane w po egzaminie , varia | Komentarze 9 , zobacz komentarze

dzień matki

2009-05-26 22:52:54

Dlaczego sztucznie tworzymy jakieś dni, zamiast obchodzić je codziennie?

Czy potrzebujemy przypomnienia w postaci daty, żeby kogoś uszanować i docenić?

A może jest to w jakiś sposób rozgrzeszenie własnych błędów i forma ogónospołecznych przeprosin?

 

Jak zwykle za mało zastanawiamy się nad własnym postępowaniem, zbyt często zapominamy że druga osoba też czuje, zbyt często zapominamy że druga osoba istnieje... Traktujemy to jak pewnik do momentu kiedy tej osoby zabraknie... Zwłaszcza Matki...

Zatem postarajmy się z dnia powszedniego stworzyć nieustający Dzień Matki, Dzień Ojca, Baci, Dziadka, Żony, Męża, Listonosza, Hutnika, Młynarza i kogokolwiek tylko zechcemy. Szanujmy się nawzajem, a lepiej nam się będzie działo.

 

Cholera! Ale refleksyjnie i filozoficznie. Zatem, żeby na koniec było miło dla WSZYSTKICH MAM zamieszczam fotkę jak na razie niokiełznanej twórczości mego syna. Z racji, że niedługo wybieramy się na urlop i jedziemy nad morze - tematyka marynistyczna :)

 

morze.jpg

 

Starał się bardzo (troszkę z moją pomocą). Ta wielka niebieska plama to wieloryb jakby ktoś nie wiedział (namawiałem na inną kolorystykę, ale się uparł jak osioł). Różnokolorowe muszle na pisaku sobie leżą - to proste do odgadnięcia. Latarnia morska chyba do rozpoznania, a to coś dorównujące jej wielkością to boja (musi być, że jest blisko). 

Zaczynam odliczać dni do urlopu :)

 

 

czytaj resztę »

Dodane w po egzaminie , varia | Komentarze 5 , zobacz komentarze

spotkanie

2009-05-23 23:32:41

Miałem dziś fajnie spędzić wieczór. Umówiony byłem bowiem ze znajomymi na małe piwko (lub coś więcej) przy jakimś tam bilardzie lub kręglach, lub ewentualnie przy oglądaniu ligi angielskiej (która nota bene mnie nie interesuje) lub ligi żużlowej. Każda forma rozrywki przy piwku wydaje się być dobra. Chodziło głównie o spotkanie, pobycie we wspólnym towarzystwie, pożartowanie, śmiech i takie tam inne...

I nie powiem co z tego wyszło. Jedno wielkie G.

Zjechali bowiem do mnie nie wiedzieć czemu teściowie. I to tak bez zapowiedzi. Może jak usłyszeli, że nie do końca jestem zdrowy, to postanowili przyjechać i pomóc... mojej małżonce, bo mnie chyba nie. Najbardziej zadowolony był Miłosz, bo i moja "połowica" zdziwiona była nieco całą sytuacją. Chyba się starzeją, albo coś innego. Tylko co?

Tak czy siak ze spotkania nici. Bowiem jak tu zostawić teściów samych, skoro przyjechali specjalnie do nas? W sumie z teściami było sympatycznie, ale umówione spotkanie odbyło się beze mnie. Szkoda. Bo nie tak łatwo się znów umówić na następne...

C’est la vie jak to mówią Francuzi.

czytaj resztę »

Dodane w po egzaminie , varia | Komentarze 4 , zobacz komentarze

euforia...

2009-05-20 22:00:17

...wcale mnie dosięgła. A szkoda. raz kiedyś mogłoby się zdarzyć!

Brak euforii, bo jutro kolejny dyżur, a dopadło mnie znowu jakieś paskudztwo. Zaczynam się zastanawiać, co jest ze mną lub moją rodziną. Jedno się wychoruje - zapada drugie, potem trzecie i od nowa karuzela się kręci. Wirus ani chybi jakiś. Skrzeczę jak stare schody, nos zatkany jak u chorego słonia, do tego "głowaból" i uczucie ciężaru w klatce piersiowej. Może zrobię tak jak pacjenci - pojawię sie kole 3-4 w nocy w pobliskim szpitalu... Może kogoś obudzę?

Nie. Będę grzeczny i nie pójdę w nocy z głupią wirusówką na Izbę Przyjęć. Szanuję kolegów po fachu. Zapakuję sobie całą masę witamin do pyska, zapiję jakąś rozpuszczalną Codeiną z Efferalganem, może się i na jakieś wapno skuszę. Może pomoże? Odpowiedź brzmi: "Jeśli panu morze nie pomoże, to może pomoże Pomorze".

Przeraża mnie mowa zgłaszających się do Izby Przyjęć: "Dziś wyskoczyła mi gorączka do 38-39 stopni. Nie, nie brałem żadnych leków na gorączkę. Nie, nie brałem żadnych leków przeciwbólowych". W dobie wszechobecnych reklam medykamentów na każdą dolegliwość, w dobie prostej wiedzy w postaci internetu, nasze społeczeństwo nie potrafi przyjąć 1 tabletki Acetaminofenu (patrz Apap, Codipar, Paracetamol, Efferalgan itd). Wtórny analfabetyzm? W Polsce, gdzie wszyscy doskonale znają się na medycynie?

Bylem jutro nie czuł się rozbity. Bylem nie czuł wszystkich kości i łba, a będzie dobrze. Przetrwam kolejny survival w Izbie Przyjęć. Może w nocy nikt się nie pojawi z wirusówką? 

czytaj resztę »

Dodane w po egzaminie , varia | Komentarze 10 , zobacz komentarze

deprecha

2009-05-19 22:34:03

Żartowaliśmy ostatnio w pokoju lekarskim na temat choroby afektywnej dwubiegunowej (a propos zachowań jednej z koleżanek), ale jak tak na siebie popatrzę, to blisko mi do jednego z biegunów tejże psychiatrycznej przypadłości (kierunek depresja). Staram się nie dramatyzować (jak niektórzy w naszym gronie) i wszędzie widzieć stronę dobrą, ale nie zawsze się to udaje. Lub inaczej - istnieją granice wytrzymałości (w tym przypadku psychicznej), a potem jest równia pochyła...

Bowiem bardzo cienka jest granica między "normalnością" a jej brakiem. Tak jak między zdrowiem a chorobą. Według do niedawna obowiązującej definicji WHO zdrowie to "stan pełnego, dobrego samopoczucia fizycznego, psychicznego i społecznego, a nie tylko brak choroby". Zatem ze świecą szukać tych zdrowych. Zmodyfikowanie w ostatnich latach definicji o "sprawność do prowadzenia produktywnego życia społecznego i ekonomicznego" niemalże uznaje starość za chorobę. A myślałem, że to fizjologia. A co z ciążą? Według WHO wydaje się też być chorobą! Zatem żyjemy w świecie chorych ludzi. Jak tu nie mieć depresji?

Klasyczna skala depresji Becka (opracowana w 1961 roku) obejmuje 21 pytań. Punktacja każdego od 0 do 3. Biorąc pod uwagę tę najbardziej podstawowe i przyznając tylko po 1 punkcie za odpowiedź (obniżenie nastroju, poczucie niewydolności, utrata satysfakcji, drażliwość, brak decyzji, trudności w pracy, zaburzenia snu, zmęczenie, niski poziom energi, dolegliwości somatyczne, zniekształcony obraz własnego ciała, brak akceptacji siebie, utrata łaknienia) da nam wynik prekraczający 10 punktów, czyli rozpoznanie łagodnej depresji. W jednym z programów wyświetliło się okienko z napisem "porozmawiaj z przyjacielem, bądź udaj się po radę do psychologa"... 

Chory, zdepresjonowany świat!

Na dodatek wirus świńskiej grypy, HIV, WZW, VZV, EBV, CMV, HSV, HPV, Coxsackie, rota-, adeno-, polio-, rino-, Ebola, denga, B19V, HTLV-BLV!!!!!!!!!!

Na dobranoc kolejna kołysanka:

 

 

 

czytaj resztę »


wolne

2009-05-17 21:38:35

Choć nie tak dawno wiekszość weekendów spędzałem w domu, to tak naprawdę jest to pierwszy koniec tygodnia wolny od czegokolwiek. W poprzednie poza "rodzinnymi zaległościami" nadrabiałem odkładane "na po egzaminie" problemy (nawet te najbardziej błahe). Ten weekend okazał się być w 100% wolnym. Czy w 100% wykorzystanym, to już inna opowieść. 

Tak, czy siak - jeszcze w piątek spontaniczne umówiłem się na spotkanie z dawno niewidzianymi znajomymi. Zakładaliśmy, że grill w sobotnie popołudnie to fajna okazja do pogadania o tym roku wspólnego niespotykania. Tak było, ale niestety nie na tak zwanym łonie, bowiem matka natura miała cokolwiek inne plany od naszych. Co prawda mogliśmy "pogrillować w garażu" ale odstąpiliśmy od tego rodzaju uciech. Wiadomo - łzy w oczach (bo dym wali wtedy niemiłosiernie), ubrania dwukrotnie przesiaknięte aromatami grillowania, no i z ruchem na "świeżym powietrzu" (bo dookoła grilla trzeba przecież pochodzić) też nie ma to nic współnego. Zatem zmuszeni byliśmy zasiąść przy stole (za czym nie do końca przepadam), ale popołudnie z wieczorem były miłe tak jak zakładałem. A że i mój Syn miał towarzystwo, więc choć nie w ogrodzie - to wyszalał sie na maksa. W drodze powrotnej "padł" na pierwszym zakręcie drogi. Głęboko uśpionego wnosiłem do mieszkania. Chyba nawet mu się nie przyśniło że może się obudzić :)

Dziś dzień zupełnej beztroski. Bez pośpiechu, bez szarpania, właściwie bez nerwów. Było tak błogo leniwie, że zanim się ruszyliśmy gdziekolwiek zrobiło się głębokie popołudnie. Co prawda duża zasługa w tym także mej pociechy, bo jakoś (mimo obecności obojga rodziców w domu) był dziś dzieckiem prawie idealnym (prawie robi różnicę). Z racji tego wybrał sobie za cel wyjazdu Plac Wilsona. A dokładniej plac zabaw przy nim się znajdujący. Było miło. Wylatał się i spocił jak Eskimos na Saharze, ale przecież tak musi być. Oczy mu się zamykały przy myciu zębów...

Czekam następnego weekendu. W planach też bez dyżuru :)

czytaj resztę »

Dodane w po egzaminie , varia | Komentarze 3 , zobacz komentarze

wiosna

2009-05-07 21:35:50

Wiem, wiem. Dawno się już zaczęła. Pisali o tym już inni...

Jednakże mając dziś okazję do spacerku z klonem (wykaraskał się już bowiem z choroby) wolnym krokiem (byle się nie spocił i nie złapał czegoś nowego) z całą rodzinką ("połowica" choć niezdrowa też nam towarzyszyła) obszedłem najbliższą okolicę. I stwierdziłem, że chyba zaczęły się matury, bowiem kwitną kasztany. Zaskoczony tym faktem rozglądnąłem się nieco do okoła. No i zobaczyłem wiosnę w pełnym rozkwicie. Bez, którego wokół jest sporo, kwitnie na całego roztaczając wokół przepiękną woń. Lubię ten aromat, zwłaszcza tego najciemniejszego - zaobserwowałem (może raczej zwąchałem) że jest najbardziej intensywna. W przyblokowych "ogródkach" pełno kwiatów - tulipany (w jednym extra kolor - fioletowo-białe), bratki, niezapominajki, drobne konwalie. Cieszą nie tylko oczy. Me nozdrza starały się wyłapać jak najwięcej zapachów, które zmieszawszy się ze sobą dały mi po mózgownicy lekkim zawrotem głowy...

Pod wieczór wyszedłem na balkon i ... usłyszałem trele jakiegoś ptaszka. Nie znam się na ornitologii, ale brzmiały pięknie. Miałem wrażenie, że to kos bo w pewnym momencie brzmiały jak silnik samochodu :)

Chyba przez to ślęczenie nad książkami przytłumiły mi się zmysły. Dziś czuję, że wiosna w pełni. Właściwie za niedługo ma rozpocząć się lato! Ciekawe kiedy je zauważę...

czytaj resztę »

Dodane w po egzaminie , varia | Komentarze 23 , zobacz komentarze

przykre grzebalstwo

2009-05-06 22:20:08

Nie chodzi mi o przykre dla obserwujących grzebalstwo w nosie (patrz ostatni post kaeri), ani sprawę dla nas medyków codzienną - grzebanie palcem w zupełnie gdzie indziej położonym otworze...

Chodzi o grzebalstwo blogowe. Znikają bowiem pod moimi postami komentarze wielu osób (tak na oko około 200). Nie za bardzo mi się to podoba. Usunięto komentarze Muminy, Żyrafy, MSI, HalinyJolanty i inne - rzecz nie do odtworzenia. Ktoś (zapewne znów administrator) grzebie sobie tu, tam i jeszcze gdzieś pozostawiając za sobą nieprzyjemny smrodek. Niby blog nie jest prywatny i wejść na niego każdy może, ale czytanie obecnie zamieszczonych (tzn. pozostawionych) pod niektórymi postami komentarzy robi się cokolwiek bez sensu. Cenzura jakaś czy co?

Nachodzi mnie znowu myśl, by przenieść bloga gdzieś indziej. Może ktoś z administrujących czyta posty i odpowie na mój w jakiś sposób? Chociażby umieszczając informację o problemach technicznych, czy innym powodzie ingerencji. Smutne :(

czytaj resztę »

Dodane w po egzaminie , varia | Komentarze 22 , zobacz komentarze

wyjazd

2009-05-04 21:53:33

Majowy tzw. "długi weekend" miałem wolny. Od pracy w szpitalu. Nie do końca jednak okazał się być wolnym od obowiązków. Byłem bowiem na Kociewiu, gdzie trzeba było być i tyle. Mimo, że wyjazd z racji towarzyskich jawił się w barwach kolorowych, to jednak wymuszona okolicznościami konieczność "niebycia" w domu już nie do końca. Zwłaszcza, że zostawiałem rodzinę nie całkiem zdrową. Mały doleczał właśnie jakąś pieruńską infekcję wirusową, a i moja "połowica" wyglądała nie najlepiej. Całe szczęście teściowie zadeklarowli się i przyjechali by pomóc w okiełznaniu coraz lepiej czującego się potomka. "Druga połowa jabłka" co prawda zgodziła się bym pojechał, ale wzrok który posłała mi na pożegnanie mógłby zmieść z powierzchni niejednego śmiertelnika. Z perspektywy czasu patrząc zastanawiam się jak to mordercze spojrzenie zniosłem. Może przez te parę lat w jakiś sposób się uodporniłem? Ciekawe!

W każdym razie pojechałem. A właściwie pojechaliśmy. Doborowe towarzystwo. Mumina, Siostra, brat Wacław z połowicą, panna M., niejaki "puka@ćwokno" i ja. Wszyscy w jednym wozie. W tamtą stronę zasiadłem za sterami transportowca. Mogłem sobie poprowadzić coś większego niż maluch, a że lubię od czasu do czasu wybrać sie wozem w dłuższą trasę, to przyjemność była większa. Właściwie nie spieszylismy się za bardzo, choć nie wiem co to znaczy jechać wolno, a że w tzw. międzyczasie okazało się, że nie jesteśmy az tak bardzo oczekiwani, to zrobiło sie jeszcze fajniej i po krótkim pobycie na autostradzie (tak coś takiego w Polsce istnieje!) wylądowaliśmy nad polskim morzem. Dokładnie w mieście z niemiecka Danzig zwanym. Chcieliśmy coś zjeść, bowiem żołądki z wolna dawały o sobie znać. Knajpka nazywała się "Miasto Aniołów". Nazwa adekwatna do tego co zastaliśmy. Poza tym, że dania były całkiem smaczne, to niestety iście anielską cierpliwością trzeba było się wykazać co do czasu oczekiwania na podanie zamówionych specjałów. Właściwie i do obsługi także. No i ten incydent z brudnymi kieliszkami. I koniec. "Miasto Aniołów" skreślam z listy knajp godnych polecenia.

Zapakowawszy się po posiłku w wóz transportowy musieliśmy niestety trochę przyspieszyć, bowiem otrzymaliśmy informację, że osoba duchowna czeka na nas by zapoznać nas z miejscem zakwaterowania. A zakwaterowanie w... Seminarium Duchownym. Zapowiadała się zatem noc spędzona w celach. Za co? Za zbyt szybką jazdę? Za niezawinione spóźnienie? Za grzechy?!!!!!

Ale nie było tak żle. Całe szczęście okazało się, że Seminarium dysponuje pokojami gościnnymi, które w niczym nie przypominają znanych z literatury pomieszczeń "braciszków". Czysto, schludnie, pościel na kant, osobne ręczniki, radio, łazieneczki (trochę małe, zwłaszcza kabiny prysznicowe, ale o 100% lepsze niż u nas w szpitalu). Słowem pełna kultura. Co prawda brak pewnych udogodnień zmuszał do kombinacji, ale nie było strasznie. Nie wiedzieć tylko czemu w pięć minut po naszym zakwaterowaniu wszystkie dostępne w budynku wyjścia okazały się być zamknięte. Zdawało się, że zostaliśmy sami, ale przecież pokoje nasze znajdowały się na parterze, a nad nami były jeszcze chyba ze dwa, czy trzy piętra, więc na pewno jakiś "braciszek", czy "siostrzyczka" tu pomieszkiwali. Po krótkim spotkaniu na "kawę" z czipsami rozeszliśmy się do swoich pomieszczeń, bowiem dzień następny obfitował w "atrakcje". A pobudka musiała być dość wczesna - o 7.45 było przewidziane dla nas śniadanie.

Właściwie dużo mógłbym o dniu następnym opowiedzieć, ale wyszedłby z tego poemat jakiś albo co. Skupię się na rzeczach, które zrobiły na mnie wrażenie.

Sala, a właściwie sale jadalne. Brat Wacław trafnie określił je jako te z filmu "Krzyżacy" Forda. I tak było. Niesamowite wrażenie. Dobrze, że byliśmy od seminarzystów oddzieleni, bowiem panie będące z nami mogły niejednego z nich zawrócić z obranej drogi posługi duszpasterskiej...

Katedra. Obiekt robiący wrażenie jeszcze większe niż sale jadalne. I choć ołtarz, organy, gotyckie sklepienia, malowidła niewątpliwie były piękne, to szpalery siedzisk wzdłuż ścian naw bocznych jak i przed ołtarzem (nie do końca wiem jak się to nazywa) oraz przejście pomiędzy seminarium a katedrą przypominały swym charakterem nastrój z filmu "Imię róży". Brakowało tylko typowych dla tamtego okresu braci zakonnych (obecni duchowni są bardziej cywilizowani i trochę lepiej uczesani).

Kazanie biskupa. Choć podupadły na zdrowiu, to mówione z głowy, bez kartki (aczkolwiek nie jestem pewien bo świece przesłaniały mi widok), kazanie które zapowiadało zdarzenie, mające nastąpić bezpośrednio po mszy. Niesamowity jest też sam ceremoniał takiej mszy odprawianej przez oficjela kościelnego. Wszyscy w niej uczestniczący duchowni chodzą jak w układance. Każdy wie co ma robić, co w którym miejscu, w jakiej kolejności. A było ich tam wielu.

Widziałem też u pewnej osoby dwie pary fajnych okularów. Jedne przeciwsłoneczne. Chyba drogie, bo ta druga para na pewno.  

Wzruszenie w trakcie występu niepełnosprawnych umysłowo dzieci.

Zadowolenie z krótkiego "koncertu" uzdolnionej muzycznie młodzieży (chyba specjalnie tak dla kontrastu jedno po drugim).

No i droga powrotna... Wybraliśmy trasę odmienną od tej którą przybyliśmy, bowiem napotkane wcześniej a spowodowane robotami drogowymi mijanki (było ich kilkanaście) napawały nas obawą przed korkami z trakcie powrotów z "dni wolnych" rzeszy wypoczywających. Miejscowy kierowca objaśnił nam jak jechać. Radośni, bo wyjechaliśmy wcześniej niz się zapowiadało ruszyliśmy z werwą w drogę do domu. I to by było na tyle dobrego. Kilkadziesiąt minut staliśmy w korku z powodu karambolu 7 (słownie siedmiu) samochodów. Całe szczęście bez ofiar śmiertelnych. Jak się później okazało to sarna była przyczyną całego zamieszania. Wyskoczyła sobie przed któryś z wozów i tyle. Później jakoś się tam jechało do momentu, gdy zaczęliśmy pokonywać 10 km w ciagu godziny. Na odcinku 20 czy 30 kilometrów. Przyspieszenie, hamulec, przyspieszenie, hamulec, przyspieszenie, hamulec. Jajo można znieść. Całe szczęście towarzystwo wesołe było, śmiechu co niemiara, zwłaszcza z przedstawianych dowcipów. I nie tylko :) W sumie 7 (słownie siedem - jakaś zbieżność liczb?) godzin powrotu w trasie liczącej coś kole 350 km. REWELACJA! O stanie dróg pisać nie będę bo i po co, choć na autostradzie było OK.

W domu byłem około 23.00. Chwilę pogadałem z "połowicą" i poszedłem spać. Nie wiem co mi się śniło, bo zadzwonił budzik. Czas wolny się skończył :) 

czytaj resztę »

Dodane w po egzaminie , varia | Komentarze 4 , zobacz komentarze

34 stopnie

2009-04-26 21:47:09

Bynajmniej nie chodzi o długość ani szerokość geograficzną, choć niemalże na 34 stopniu długości geograficznej południowej leży Buenos Aires (chciałbym kiedyś tam się znależć!). Bynajmniej nie chodzi o dzisiejszą temperaturę powietrza - w słońcu było o wiele więcej, a w cieniu ciutkę mniej. 34 stopnie - taką dokładnie temperaturę mojego ciała pokazywał przez cały dzień termometr (zaznaczam, że nie jest popsuty). To przecież jeden ze składników SIRS (zespół ogólnoustrojowej reakcji zapalnej)!!!! Całe szczęście, że odnotowałem tylko jeden z nich. Lecz pomimo tej niewielkiej radości więcej powodów do niej się dziś nie znalazło. Najmniejszy niemal wysiłek fizyczny prowadził do pojawienia się na mym czole zimnego potu, przyspieszonego oddechu i tachykardii (właściwie mógłbym to podciągnąć pod SIRS). Nie wiem jakie dziadostwo się do mnie dobrało, ale dobrze nie jest. Może to świńska grypa? Ale przecież ani nie byłem w Stanach Zjednoczonych i Meksyku, nie miałem też kontaktu z nikim kto byłby tamże. Cóż to więc? Cholera jedna wie. Zmutowane jakieś wirusicho, bo siecze równo po wszystkim - nie muszę chyba dodawać, że łeb, mięśnie i stawy też bolą! Mały poza upiornym kaszlem (dychał przez cały dzień jak gruźlik) przez cały dzień jakoś się trzymał, ale przed snem zrobił sie słaby i markotny co okazało się nie tylko oznaką zmęczenia - termometr (ten od 34 stopni) zrobił swoje - gorączka 38,5. Extra! Noc zapowiada się upojnie...

A jutrzejszy dzień... Cóż! Muminy mała też jest chora (tu z kolei 39 stopni), więc nie będzie Jej jutro (do zbadania chyba z 12 pacjentów). Szef Izby Przyjęć ma zastąpić Ją na dyżurze (ja zbyt słaby bo bym pomógł), więc jutro z rańca wyruszy na odpoczynek do domu (zatem do obsadzenia Izba). Porównywany przez "górkę" do Roberta De Niro jeden z kolegów, który notabene ma jutro pełnić dyżur w Izbie, uległ jakowejś kontuzji podczas zmagań sportowych - już dzwonił do mnie, czy nie zastąpiłbym go jutro? Jeszcze nie wiem, bo jeżeli moja kondycja będzie taka jak dziś to nie dam rady. A gastroskopie, a konsultacje. Extra! Jutrzejszy dzień zapowiada się upojnie... 

czytaj resztę »

Dodane w po egzaminie , varia | Komentarze 11 , zobacz komentarze

i got life

2009-04-25 21:41:20

Czasem żałuję, że posiadam potomstwo. Tak jak dziś z samego rana. Dzień o dziwo wolny od pracy, więc z założenia można trochę dłużej pospać. Można, gdy nie posiada się dzieci. Bowiem mój urwis obudził się dziś o szóstej rano! I nie dał się dalej uśpić! Rześki i radosny potrzebował towarzysza do zabawy. I ani myślał odpuścić. Trzeba się było zatem zwlec z łóżka i rozpocząć dzień o nieprzyzwoitej jak na wolne porze. 

Przeważnie nie żałuję, że mam potomstwo. Okazało się, że nie do końca jest tak różowo jak myślałem. Chęć zabawy to jedno, a ból mięśni, kości i gardła z towarzyszacym katarem i gorączką do 38 stopni to drugie. Mimo tych dolegliwości dość szybko przekonałem się, że forma fizyczna mojego syna jest zadziwiająca. Większość z objawów bólowych ustąpiła w ciągu dnia, pozostał katar z bólem gardła, co nie przeszkadzało mu przeciągnąć ojca przez większość gier i zabawek. Ojca, którego po ostatnim dyzurze chyba też bierze jakieś dziadostwo. Tak, czy siak dzień okazał się rewelacyjny, było wesoło, rodzinnie i pogodno, mimo że z wyjścia na spacer i grę w piłkę nici. To jest zadziwiające - jak zapowiada się ładna pogoda, to któreś z nas choruje. Mam nadzieję, że jutro będziemy w lepszej kondycji.

Mimo objawów rozpoczynającej sie infekcji oraz braku wyspania (a może właśnie dlatego) od rana wlazł mi do łba kawałek, który stanowi swoistą pochwałę życia:

 

 

czytaj resztę »


snooker

2009-04-22 22:30:12

Dziś z innej beczki. Pozostawiam pracę i naukę z dala, choć jak sobię tak myślę, to koniec obecnego postu może nieokczekiwanie zatoczyć wielki łuk i nawiązać do całego naszego najbliższego otoczenia.

Oglądałem sobie dziś przez chwilę kanał Eurosport, na którym transmitowane są aktualnie Mistrzostwa Świata w snookerze. To bardzo ciekawa odmiana bilarda. Stół jest o wiele większy od amerykańskiej formy zabawy, a bile mniejsze. I jest ich więcej, mają różne kolory i punktację. Trzeba w odpowiedniej kolejności powbijać wszystkie do łuz (otworów w stole bilardowym) co nie wydaje sie być łatwą sprawą. Wiem, bo na zwykłym (najbardziej popularnym w różnych klubach) stole nie jest to łatwe, lub ja nie do końca wiem jak to robić. Zatem zabawa jest trudna, no może nie tak pasjonująca jak skoki narciarskie, czy formuła 1 (zwłaszcza, że żaden znany zawodnik nie jest Polakiem), ale ogląda się elegancko ubranych panów (wymóg tego sportu) całkiem przyjemnie. Zwłaszcza, że to co robią z kijami i bilami jest niesamowite.

W tym wydaniu powiedzenie "lecieć w kulki" nabiera zupełnie innego wymiaru...  

czytaj resztę »

Dodane w po egzaminie , varia | Komentarze 9 , zobacz komentarze

blogowanie

2009-04-18 21:59:17

Muszę się przyznać, że czas nauki był straszny. Stąd wynikała łatwość robienia wszystkiego innego, także blogowania. Im ciężej było, tym łatwiej zasiadałem za klawiaturą komputera. I słowa jakoś tak same się układały w zdania, a zdania w posty. No i praktycznie całą dobę miałem do dyspozycji. Teraz, wolny od ciężaru nauki, nadrabiam zaległości z życia codziennego. I, choć może to dziwić, przez to brakuje mi czasu na blogowanie. Jest tyle rzeczy do zrobienia, które odkładane były na "po egzaminie", że brakuje dnia na ich załatwienie. No i w końcu mogę swobodnie zasiąść do poczytania interesujących mnie książek i (lub) czasopism jakże różnych od medycznych, obejrzenia ciekawego filmu, czy spędzenia czasu na zabawie i rozmowie z bliskimi. Gdzie zatem znaleźć wolną chwilę na blog, skoro tyle ciekawych spraw dzieje się dookoła? A i czasem fizyczne zmęczenie daje znać o sobie. I choć mam to wszystko już za sobą to psychiczne też. Ciekawe kiedy mi odpuści?

czytaj resztę »

Dodane w po egzaminie , varia | Komentarze 7 , zobacz komentarze

gil

2009-04-10 23:52:55

W pracy jak na razie ekstra. Poszalałem dziś na Izbie Przyjęć. I muszę przyznać, że zdobyta wiedza nawet okazała sie być użyteczna. Nie żebym stawiał z marszu niewiadomo jakie rozpoznania, ale... Tu drobnostka, którą pewno przepuściłbym kiedyś, tam drobnostka którą się wyhaczyło... Ciekawe na jak długo starczy tej wiedzy i zapału. Mówią, że bardzo szybko wietrzeje z głowy...

Jak można się było domyślić mój organizm odzwyczaił się od zjadliwych szczepów oddziałowych. Ledwie dwa dni w pracy, a już gil zaczyna mnie atakować. Gil, kichanie i drapanie w gardle. I jakieś takie ogólne rozbicie i chyba gorączka...

I fajno! Jak zwykle w Święta będę chorował. Już nie przypominam sobie jak wygladają bez choróbska. W minione Boże Narodzenie głosik miałem jakbym conajmniej cztery dni balował śpiewając pełnym głosem patriotyczne pieśni żołnierskie. W zeszłą Wielkanoc też nie było lepiej. Może mam to gdzieś zapisane w genach? A przecież cała rodzinka zjeżdża sie do nas. Extra! Ale co robić - u nas właściwie jest jedyne miejsce, gdzie możemy się wszyscy spotkać.

Zatem z gilem do pasa, nosem czerwonym i gardłem bolesnym idę szykować jadła wszelakie, jaja ze smakiem, zająców pasztety i inne takie tam bzdety.

I powtórzę za znajomą życzenia dla Wszystkich blogowiczów:

Lukrowania, malowania, oblewania, mazurzenia i chrzanienia!

 

czytaj resztę »