dzień 4 czerwca...
2009-06-04 21:41:01
... najpewniej będzie wkrótce świętem narodowym. I to nie lada jakim. Od kilku dni słyszę trąbienie na prawo i lewo o pierwszych wolnych wyborach, o wolności, o dwudziestej rocznicy tego wydarzenia. Słyszałem już nawet nazwę tego święta - Dzień Wolności. Byłem już wtedy pełnoletni i mogłem brać udział w wyborach. Głosowałem oczywiście za "wolnym i lepszym krajem". I tyle. Co z tym lepszym krajem? Pozostawiam do rozważenia...
Opowiem zatem o dniu 3 czerwca. Dzień, który mógłbym nazwać Dniem Spóźnień. To, że spóźniłem się do pracy to pestka. Akurat nie było szefa, więc jakoś tam przeminęło i tyle. Pani adiunkt była w dobrym nastroju (nota bene sam się spóźniła), więc obyło się bez jakiś katastrofalnych sensacjii. Później było gorzej. Nie zdążyłem na czas do Izby Przyjęć, nie zdążyłem na czas do Pracowni Endoskopowej, nie zdążyłem na czas na konsultacje ortopedyczne (choć tak na prawdę ktoś inny mógł tam pójść), nie zdążyłem na tyle by pacjenci zapisani do mnie do Poradni Chorób Metabolicznych mogli być przyjęci (przepisałem ich na dzień dzisiejszy), w tak zwanym międzyczasie nakłułem dwa mostki (przy jednym złamałem trzy igły, tak twarde kości miał pacjent, a nikogo, kto mógłby nakłuć nie było) i w efekcie nie zdążyłem na czas na zakończenie roku przedszkolnego mojego Syna. Smutek ujrzany w oczach mojego Pierworodnego był tak wielki, że serce krajało mi się w plasterki. Do tej pory jest pokrajane. Uśmiechnął się co prawda na mój widok (pomimo złamania wszystkich przepisów ruchu drogowego byłem może ze dwie, trzy minuty po zakończeniu przedstawienia), ale w oczach widziałem zawód. Cholera. Znowu zawaliłem. I zdjęć, i filmu teź nie będzie, bo aparat fotograficzny i kamerę miałem u siebie w samochodzie... Pieprzona, niewdzięczna praca. Nie wiem, czy kiedykolwiek zdążę na czas...
Następnie spóźniłem się do fryzjera. Trochę ze swojej winy, bo za późno wyszedłem z domu, ale spóźniłem się i musiałem czekać, aż jakaś paniusia zdecyduje się na odpowiedni kolor farby. W końcu zostałem obcięty (dosłownie i w przenośni), bowiem skóra na bocznych częściach czaszki prześwituje mi spośród coraz rzadszej siwizny włosów. Musi być spieszył się, więc pojechał po całości... Ale na urlop przyda się, choć na mój czas urlopowy nie zapowiadają nie wiadomo jakich upałów, to mimo wszystko lepiej mieć krótkie włosy niż męczyć się z niesfornymi lokami przybierającymi kształt baranków, gdy wilgoć na dworze - a tak jest nad morzem przecie.
Na koniec powiem tak - spóźniłem się na napisanie mail’a. Usiadłem w fotelu przed TV i... usnąłem. Ponoć nawet żona budziła mnie (mam nadzieję, że z podobną myślą, co ja teraz), ale podobno zaliczyłem jedynie toaletę w celu opróżnienia pęcherza moczowego i powróćiłem na kanapę do "salonu". Śmiem przypuszczać, że jest to prawdą, bo o 6.00 obudziłem się w "dużym pokoju" przykryty jedynie kocem (chyba ciągi wodne w "dużym pokoju" są lepsze niż w "sypialni", bo bardziej jednak rześki wstałem po nocy...). Musiałem też, pomimo brzęczącego budzika, obudzić żonę w sypialni. Cholera. Starość nadciąga wielkimi krokami. Za niedługo spóźnię się na budzik. Muszę rozglądnąć się za takim z donośnym dzwonkiem, bo pewno i na słuch się rzuci.
Dziś jeszcze jest 4 czerwca. Nie mam ochoty o nim pisać, bo szkoda. Był i tyle. Całe szczęście jest to ostani z dyżurów przed urlopem. Jeszcze tyko jutrzejszy dzień i... Morze. Choć polskie, zimne jeszcze, to jednak. Mam nadzieję, że nabiorę sił do pracy przed urlopami innych. Całe wakacje w robocie przede mną...
czytaj resztę »2 czerwca...
2009-06-02 22:02:13
... to dzień jak każdy inny (choć każdy dzień jest przecież różny). Pobudka, śniadanko, toaleta... Jazda do pracy w powiększających się z dnia na dzień korkach. Samochodów przybywa, czy co? Niedługo zmuszony będę do wyjścia z domu przed 7.00, by ledwie zdążyć na 8.00. Trzeba wymyślić jakąś maszynę do teleportacji, choć filmowa "Mucha" nie nastraja dobrze do pomysłu...
I praca. Zapieprz jak w każdy inny dzień. Jestem w tak zwanym rozkroku. Już nie podwójnym, a potrójnym, poczwórnym lub ileśtamkrotnym. Mianowicie:
1. Ponieważ brat Wacław urlopuje chwilowo (wykorzystując kolejne 5 dni z zaległego urlopu), oddelegowany jestem (właściwie na własną prośbę) do Izby Przyjęć - frontowego przyczółka naszej placówki. Ostatnio mam często do czynienia z Policją. Nie, nie chodzi o moją osobę (cóż za szczęście, choć nigdy nie wiadomo) - przywożone są, zatrzymane przez funkcjonariuszy, osoby które w chwili przedstawienia ciążących zarzutów nagle dostają gwałtownej choroby (głównie boli w klatce piersiowej). Jazda jak ta lala. Ale i odpowiedzialność duża. Zwykle bowiem funkcjonariusze proszą o wystawienie zaświadczenia o mozliwości przebywania takowego osobnika na tzw "dołku", czyli w Pomieszczeniu dla Osób Zatrzymanych.
2. Pozostało mi kilku pacjentów, których nabrałem z kolejki, gdy brat Wacław przebywał w Izbie Przyjęć i byłem tylko zwykłym lekarzem oddziałowym. Trza mimo wszystko ich dopilnować, zbadać, zaplanować diagnostykę, wydać zlecenia. No i przede wszystkim wypełnić biurokratyczne wymogi nałożone na lekarza w związku z dokumentacją medyczną przy wypisie chorego ze szpitala.
3. Gastroskopie odbywają się jak co dzień, więc pomiedzy badaniem jednego chorego w Izbie Przyjęć, a badaniem chorych na oddziale (czytaj w Klinice), zakładam rurę kolejnemu nieszczęśnikowi skierowanemu na endoskopię górnego odcinka przewodu pokarmowego.
4. Zaliczyłem też dziś konsultację u kolegów od młotków, pił, śrub i innych dłut. Biegunka! Całe szczęście doczytali, że na Clostridium difficile daje się wankomycynę i od kilku dni chorej włączyli ją do zleceń, stąd przestała "biegunić". Byle jutro miała dobre parametry laboratoryjne, to ją puszczą do domu. Jak nie - przechodzi na stan naszego oddziału (patrz Kliniki).
5. Często niestety muszę ostatnio bywać u szefa. I tyle. Nie wiem jak się z tym wyrabiam, bo gadanę ma zdrową, więc czas leci...
6. Jutro dodatkowo mam poradnię. Cholera, powinieniem sie sklonować (kolejny extra pomysł, choć filmy nie do końca dobrze to przedstawiają).
Wyjście z pracy o porze normalnej (tzn. po 16.00). Musiałem się dziś wrócić (coraz gorzej z pamięcią - zacznę dbać o nogi, bo w sklerozie głównie one bolą), więc zwyczajem rosyjskim przysiadłem na chwilę (taki tam przesąd). I powrót do domu w kolejnych, jeszcze większych korkach.
W domu nie mam ochoty na nic. Dzień jak każdy inny, choć jakże różny od innych...
czytaj resztę »1 czerwca...
2009-06-01 23:36:40
... jest obchodzony w Polsce jako kolejny specjalny dzień - Dzień Dziecka. Kolejna okazja do "okazywania uczuć" - tym razem wobec milusińskich. W centrach handlowych i w sklepach zabawkarskich tłok jak cholera. Podobnie zresztą jest w kinach, kawiarniach i fastfoodach - przecież trzeba gdzieś malca zabrać w ten dzień i przymknąć oko na słodycze, czy niezdrowe "szybkie żarcie". W taki dzień można pozwolić riebiacie niemalże na wszystko - to ich święto. Skruszeni brakiem dotychczasowego zainteresowania potomstwem ojcowie i zapracowane po pachy matki starają sie wynagrodzić "stracony" czas kupując dziecku kolejną z serii wymarzonych zabawkę (rzuconą w kąt po jednym dniu zabawy), jakiegoś pupilka w postaci zwierzątka (którym sami później będą zmuszeni się opiekować), nowej wersji ulubionej gry komputerowej (pchając tym samym pociechy w wirtual), czy kolejnej porcji lodów, frytek i hamburgerów (pracując na przyszłe zwyczaje żywieniowe i BMI delikwenta). Wtórują im oczywiście wszyscy Dziadkowie, Babcie, Chrzestni, Wujkowie i Ciocie w dużej mierze uciszając w ten sposób wyrzuty sumienia, że cały rok widziało się obdarowanego malca rzadziej niż powinno.
Bez umiaru i opamiętania - przecież to Dzień Dziecka. Nasze nie może być gorsze od innych. Bo co powie, gdy zaczną się w przedszkolu, czy szkole opowieści o otrzymanych prezentach? Ma stać w kącie i pochlipywać, że nie dostało nic lub niewiele? Bądź zmyślać o niewiarygodnych prezentach otrzymanych od dorosłych? Nie - musi dostać takie prezenty, by miało się czym chwalić. To my - tzw. dorośli napędzamy tę karuzelę. Jak z każdą inną okazją do prezentów wobec dzieci. Pierwsze Komunie - to dopiero jest Meksyk. Stawanie na głowie, by malec dostał coś ekstra. Pół rodziny składa się na komputer osobisty. Rower, czy zegarek w tej chwili to "kiepa" - to coś co dzieci posiadają o wiele wcześniej. A osiemnaste urodziny? Słyszałem o kupnie samochodów przez dziadków... Bądźmy świadomi tego, że gonitwa szczurów dotyczy już naszych milusińskich. I to my, chyba przez egoizm, dolewamy oliwy do ognia.
Oczywiście, że nie byłem gorszy od innych i mój Syn otrzymał od nas prezent. Nie do końca był chyba z niego zadowolony, bo porzucony w kąt nie został odpakowany z firmowej folii. Trudno jednak konkurować z prezentami naszych rodziców dla wnusia. Oczy małemu świecą się do tej pory, choć prawie północ. Za dużo zabawek. I tyle. Z ich nadmiaru czasami nie wie, czym się bawić.
Jeszcze jedno. Pierwszego czerwca sześć lat temu zmieniłem pracę na obecną. Czas popitala do przodu w coraz większym pędzie. Wydaje się, jakby to było wczoraj. Ale patrząc dookoła to wiele dzieci przyszło na świat w tym okresie. Po nich dopiero widać szybkość upływającego czasu. Dopiero co w pieluchach - teraz ze starchem patrzymy na ich wyczyny. No i oczywiście zaczynają wykłócać się o swoje.
Eh, Dzień Dziecka!
czytaj resztę »
łódź
2009-05-30 22:33:13
Niewiele czasu miałem na wizytę w rodzinnym mieście, ale zaistniała konieczność bycia tam choć przez chwilę. Dawno już Łodzi nie widziałem, dawno już nie widziałem Rodzicielki, choć przecie niedawno Jej urodziny i Dzień Matki były. Stąd konieczność pojechania tamże. W planach była wizyta całą rodzinką, ale oczywiście jak nie urok to sraczka, więc mały natenczas się rozchorował (musi być znowu jakieś wirusicho - coś ostatnio za często), więc zmuszony byłem odbyć przejażdżkę sam.
Droga fatalna. Od Błonia do Sochaczewa trwa remont drogi. Przez kilkadziesiąt kilometrów nie można wyprzedzać, bo ruch ograniczony jest do jedenego pasa z poboczem. Dobrze, że przez środek namalowana jest żółta "podwójnie ciągła", bo korci by zrobić jakiś manewr wyprzedzający. Ja się trzymałem przepisów (o dziwo), ale inni nie. Choć wylana jest już część drogi i wybija samochód podczas wjazdu na ten kawałek, to nie brakuje chętnych wymijania w ten sposób. Policji oczywiście w tym rejonie nie ma bo i po co - przecież nikt za szybko nie pojedzie...
Zatem wizyta w rodzinnym grodzie, przez który przepływa 18 "rzek" (obecnie raczej "ś"cieków wodnych, z bardziej znanych Ner i Bzura). Granice miasta przesunęły się o parę kilometrów - tabliczka z napisem "Łódź" i teren zabudowany wita o wiele wcześniej niż rok temu, choć krajobraz w tym miejscu wygląda jak dawniej. Niby nic się nie zmieniło, a jednak Łódź zmienia swe oblicze. Można powiedzieć pięknieje. Kiedyś szare robotnicze miasto, dziś może nie super malownicze, ale posiadające o wiele więcej barw niż kiedyś. I buduje się. Nie tylko blokowiska, ale i budynki użyteczności publicznej, hotele, nowe hipermarkety - a jakże, mnóstwo stacji benzynowych i kościołów, nowe rozwiązania jezdne (w niektórych miejscach szersze ulice, bezkolizyjne skrzyżowania, ronda). I choć prawie nie do poznania, to sentyment pozostaje ogromny. Zbyt wiele czasu spędziłem w Łodzi, by móc łatwo ją z pamięci wyrzucić...
Opowiem jeszcze tylko o kulinariach. Niby nic specjalnego, ale jednak niezapomniany (i wspominany) smak potraw. Jadłem pomidorówkę, młode ziemniaczki ze schabowym i młodą kapustą. Obiad niby nie wykwintny, a niósł ze sobą tyle doznań, co żaden inny. Dom, rodzinny dom...
Parę fotek Łodzi (zeszłoroczne, ale niech tam):




dzień matki
2009-05-26 22:52:54
Dlaczego sztucznie tworzymy jakieś dni, zamiast obchodzić je codziennie?
Czy potrzebujemy przypomnienia w postaci daty, żeby kogoś uszanować i docenić?
A może jest to w jakiś sposób rozgrzeszenie własnych błędów i forma ogónospołecznych przeprosin?
Jak zwykle za mało zastanawiamy się nad własnym postępowaniem, zbyt często zapominamy że druga osoba też czuje, zbyt często zapominamy że druga osoba istnieje... Traktujemy to jak pewnik do momentu kiedy tej osoby zabraknie... Zwłaszcza Matki...
Zatem postarajmy się z dnia powszedniego stworzyć nieustający Dzień Matki, Dzień Ojca, Baci, Dziadka, Żony, Męża, Listonosza, Hutnika, Młynarza i kogokolwiek tylko zechcemy. Szanujmy się nawzajem, a lepiej nam się będzie działo.
Cholera! Ale refleksyjnie i filozoficznie. Zatem, żeby na koniec było miło dla WSZYSTKICH MAM zamieszczam fotkę jak na razie niokiełznanej twórczości mego syna. Z racji, że niedługo wybieramy się na urlop i jedziemy nad morze - tematyka marynistyczna :)

Starał się bardzo (troszkę z moją pomocą). Ta wielka niebieska plama to wieloryb jakby ktoś nie wiedział (namawiałem na inną kolorystykę, ale się uparł jak osioł). Różnokolorowe muszle na pisaku sobie leżą - to proste do odgadnięcia. Latarnia morska chyba do rozpoznania, a to coś dorównujące jej wielkością to boja (musi być, że jest blisko).
Zaczynam odliczać dni do urlopu :)
czytaj resztę »
łazienki
2009-05-24 22:44:00
Jechałem dziś w kierunku szpitala z radością, bowiem... minąłem go dość szerokim łukiem zatrzymując się przy Łazienkach Królewskich. Chrzestna Miłka wyciągnęła nas na spacer, a może to my wyciągnęliśmy Ją? Nieważne. Wylądowaliśmy w Łazienkach. Choć zdawało się, że zaraz z nieba lunie wodna niespodzianka, to obyło się bez parasoli.
Tłum w parku jak na Marszałkowskiej w Warszawie lub Piotrkowskiej w Łodzi. Nawet większy. Ale mimo wszystko miło. Spacerowicze jacyś tacy uśmiechnięci, kroczący dostojnie. Dzieciaki biegające na trawie pomiędzy drzewami lub wzdłuż alejek między ludźmi. Fajno. I spokojnie.
Jak zwykle milowa kolejka do gofrów. Mały niestety nie odpuścił (wybrał ten z bitą śmietaną i polewą czekoladową), ale poszło dość szybko i wkrótce zasiedliśmy w kafejce Trou Madame. Szarlotki na ciepło z lodami, sernik wiedeński, espresso, kawa latte, kawa z Baielys, sok pomarańczowy, herbata. Ceny chyba wzięli z księżyca, ale smacznie było. I wesoło - Miłek jak zwykle umorusał się gofrowymi pysznościami mając bitą śmietanę i czekoladę nie tylko na ustach (dobrze, że nie wpadło mu do głowy wytarcie się o rodziców!).
No i oczywiście ptaki. A właściwie ptasia arystokracja:



Widziałem też myszkę buszującą w trawie i pomiędzy krzaczkami, ale była za szybka, bym mógł ją uwiecznić na fotce. Wiewiórki gdzieś się pochowały. Bardzo sympatyczne popołudnie spędzone niemalże w szpitalu...
Zdjęcia specjalnie dla dyżurującej dziś Muminy z zespołem.
czytaj resztę »spotkanie
2009-05-23 23:32:41
Miałem dziś fajnie spędzić wieczór. Umówiony byłem bowiem ze znajomymi na małe piwko (lub coś więcej) przy jakimś tam bilardzie lub kręglach, lub ewentualnie przy oglądaniu ligi angielskiej (która nota bene mnie nie interesuje) lub ligi żużlowej. Każda forma rozrywki przy piwku wydaje się być dobra. Chodziło głównie o spotkanie, pobycie we wspólnym towarzystwie, pożartowanie, śmiech i takie tam inne...
I nie powiem co z tego wyszło. Jedno wielkie G.
Zjechali bowiem do mnie nie wiedzieć czemu teściowie. I to tak bez zapowiedzi. Może jak usłyszeli, że nie do końca jestem zdrowy, to postanowili przyjechać i pomóc... mojej małżonce, bo mnie chyba nie. Najbardziej zadowolony był Miłosz, bo i moja "połowica" zdziwiona była nieco całą sytuacją. Chyba się starzeją, albo coś innego. Tylko co?
Tak czy siak ze spotkania nici. Bowiem jak tu zostawić teściów samych, skoro przyjechali specjalnie do nas? W sumie z teściami było sympatycznie, ale umówione spotkanie odbyło się beze mnie. Szkoda. Bo nie tak łatwo się znów umówić na następne...
C’est la vie jak to mówią Francuzi.
czytaj resztę »euforia...
2009-05-20 22:00:17
...wcale mnie dosięgła. A szkoda. raz kiedyś mogłoby się zdarzyć!
Brak euforii, bo jutro kolejny dyżur, a dopadło mnie znowu jakieś paskudztwo. Zaczynam się zastanawiać, co jest ze mną lub moją rodziną. Jedno się wychoruje - zapada drugie, potem trzecie i od nowa karuzela się kręci. Wirus ani chybi jakiś. Skrzeczę jak stare schody, nos zatkany jak u chorego słonia, do tego "głowaból" i uczucie ciężaru w klatce piersiowej. Może zrobię tak jak pacjenci - pojawię sie kole 3-4 w nocy w pobliskim szpitalu... Może kogoś obudzę?
Nie. Będę grzeczny i nie pójdę w nocy z głupią wirusówką na Izbę Przyjęć. Szanuję kolegów po fachu. Zapakuję sobie całą masę witamin do pyska, zapiję jakąś rozpuszczalną Codeiną z Efferalganem, może się i na jakieś wapno skuszę. Może pomoże? Odpowiedź brzmi: "Jeśli panu morze nie pomoże, to może pomoże Pomorze".
Przeraża mnie mowa zgłaszających się do Izby Przyjęć: "Dziś wyskoczyła mi gorączka do 38-39 stopni. Nie, nie brałem żadnych leków na gorączkę. Nie, nie brałem żadnych leków przeciwbólowych". W dobie wszechobecnych reklam medykamentów na każdą dolegliwość, w dobie prostej wiedzy w postaci internetu, nasze społeczeństwo nie potrafi przyjąć 1 tabletki Acetaminofenu (patrz Apap, Codipar, Paracetamol, Efferalgan itd). Wtórny analfabetyzm? W Polsce, gdzie wszyscy doskonale znają się na medycynie?
Bylem jutro nie czuł się rozbity. Bylem nie czuł wszystkich kości i łba, a będzie dobrze. Przetrwam kolejny survival w Izbie Przyjęć. Może w nocy nikt się nie pojawi z wirusówką?
czytaj resztę »deprecha
2009-05-19 22:34:03
Żartowaliśmy ostatnio w pokoju lekarskim na temat choroby afektywnej dwubiegunowej (a propos zachowań jednej z koleżanek), ale jak tak na siebie popatrzę, to blisko mi do jednego z biegunów tejże psychiatrycznej przypadłości (kierunek depresja). Staram się nie dramatyzować (jak niektórzy w naszym gronie) i wszędzie widzieć stronę dobrą, ale nie zawsze się to udaje. Lub inaczej - istnieją granice wytrzymałości (w tym przypadku psychicznej), a potem jest równia pochyła...
Bowiem bardzo cienka jest granica między "normalnością" a jej brakiem. Tak jak między zdrowiem a chorobą. Według do niedawna obowiązującej definicji WHO zdrowie to "stan pełnego, dobrego samopoczucia fizycznego, psychicznego i społecznego, a nie tylko brak choroby". Zatem ze świecą szukać tych zdrowych. Zmodyfikowanie w ostatnich latach definicji o "sprawność do prowadzenia produktywnego życia społecznego i ekonomicznego" niemalże uznaje starość za chorobę. A myślałem, że to fizjologia. A co z ciążą? Według WHO wydaje się też być chorobą! Zatem żyjemy w świecie chorych ludzi. Jak tu nie mieć depresji?
Klasyczna skala depresji Becka (opracowana w 1961 roku) obejmuje 21 pytań. Punktacja każdego od 0 do 3. Biorąc pod uwagę tę najbardziej podstawowe i przyznając tylko po 1 punkcie za odpowiedź (obniżenie nastroju, poczucie niewydolności, utrata satysfakcji, drażliwość, brak decyzji, trudności w pracy, zaburzenia snu, zmęczenie, niski poziom energi, dolegliwości somatyczne, zniekształcony obraz własnego ciała, brak akceptacji siebie, utrata łaknienia) da nam wynik prekraczający 10 punktów, czyli rozpoznanie łagodnej depresji. W jednym z programów wyświetliło się okienko z napisem "porozmawiaj z przyjacielem, bądź udaj się po radę do psychologa"...
Chory, zdepresjonowany świat!
Na dodatek wirus świńskiej grypy, HIV, WZW, VZV, EBV, CMV, HSV, HPV, Coxsackie, rota-, adeno-, polio-, rino-, Ebola, denga, B19V, HTLV-BLV!!!!!!!!!!
Na dobranoc kolejna kołysanka:
czytaj resztę »
wolne
2009-05-17 21:38:35
Choć nie tak dawno wiekszość weekendów spędzałem w domu, to tak naprawdę jest to pierwszy koniec tygodnia wolny od czegokolwiek. W poprzednie poza "rodzinnymi zaległościami" nadrabiałem odkładane "na po egzaminie" problemy (nawet te najbardziej błahe). Ten weekend okazał się być w 100% wolnym. Czy w 100% wykorzystanym, to już inna opowieść.
Tak, czy siak - jeszcze w piątek spontaniczne umówiłem się na spotkanie z dawno niewidzianymi znajomymi. Zakładaliśmy, że grill w sobotnie popołudnie to fajna okazja do pogadania o tym roku wspólnego niespotykania. Tak było, ale niestety nie na tak zwanym łonie, bowiem matka natura miała cokolwiek inne plany od naszych. Co prawda mogliśmy "pogrillować w garażu" ale odstąpiliśmy od tego rodzaju uciech. Wiadomo - łzy w oczach (bo dym wali wtedy niemiłosiernie), ubrania dwukrotnie przesiaknięte aromatami grillowania, no i z ruchem na "świeżym powietrzu" (bo dookoła grilla trzeba przecież pochodzić) też nie ma to nic współnego. Zatem zmuszeni byliśmy zasiąść przy stole (za czym nie do końca przepadam), ale popołudnie z wieczorem były miłe tak jak zakładałem. A że i mój Syn miał towarzystwo, więc choć nie w ogrodzie - to wyszalał sie na maksa. W drodze powrotnej "padł" na pierwszym zakręcie drogi. Głęboko uśpionego wnosiłem do mieszkania. Chyba nawet mu się nie przyśniło że może się obudzić :)
Dziś dzień zupełnej beztroski. Bez pośpiechu, bez szarpania, właściwie bez nerwów. Było tak błogo leniwie, że zanim się ruszyliśmy gdziekolwiek zrobiło się głębokie popołudnie. Co prawda duża zasługa w tym także mej pociechy, bo jakoś (mimo obecności obojga rodziców w domu) był dziś dzieckiem prawie idealnym (prawie robi różnicę). Z racji tego wybrał sobie za cel wyjazdu Plac Wilsona. A dokładniej plac zabaw przy nim się znajdujący. Było miło. Wylatał się i spocił jak Eskimos na Saharze, ale przecież tak musi być. Oczy mu się zamykały przy myciu zębów...
Czekam następnego weekendu. W planach też bez dyżuru :)
czytaj resztę »zastępstwo 2
2009-05-14 21:55:53
Jestem tak zmęczony po 30 godzinach spędzonych w Izbie Przyjęć, że zaraz legnę w wyrku.
Prawie zapomniałem o 65 urodzinach mojej Rodzicielki!
Zatem szybko kończę ten krótki post.
Na dobranoc muza:
czytaj resztę »
kuchnia
2009-05-09 22:34:02
Jako dziecko lubiłem przesiadywać w kuchni. I bawić się w kucharza. Zakładałem na czubek głowy plastikową torebkę, która wypełniona powietrzem sterczała sztywno niczym czapka najlepszego kucharskiego mistrza. Jak tylko umiłem to pomagałem. Czasem z sukcesem, a czasem - eh, wyrozumiałość rodziców względem dzieci nie zna granic! No i zawsze można było dostać jakiś smakołyk w trakcie przyrządzania przez Rodzicielkę potraw. A gotować potrafi jak nikt inny na świecie. Smak potraw z dzieciństwa ma ogromny wpływ na doznania rozkoszy podniebienia w wieku starszym. I nie oszukujmy się - pewne dania nigdzie tak nie smakują jak w domu rodzinnym. Pomidorówka - niby prosta zupa, ale najlepszą na świecie pichci moja Mama. A flaki, grzybowa, kopytka, zimne nóżki, kurze żołądki w ostrym sosie? Mniam - palce lizać. A czy ktoś jadł knedle ze śliwkami z dodatkiem młodej kapusty? Danie typowo łódzkie! Nie przepadam za knedlami, ale w połączeniu z młodą kapustą daje bardzo ciekawe połączenie smaków. A ozory w szarym sosie (z orzechami, rodzynkami, migdałami)? Nie lubię raczej dań na słodko, ale to (rewelacyjne w wykonaniu ciotki Wandy) jest powalające - mieszanka kultury łódzkiej i żydowskiej! A zwykłe placki ziemniaczane ze śmietaną? A kotlet schabowy (koniecznie z kostką) podany prosto z patelni? A golonka w piwie? A żeberka? Ciekawa prawidłowość - im bardziej niezdrowo, tym bardziej smacznie.
No ale nie o tym chciałem. Miało być proste nawiązanie do tematu a zrobiła się uczta kulinarna. Trochę mniejsze jej wydanie zaserwowałem dziś domownikom. A właściwie "połowicy", bo Miłek na moje specjały wypiął się jak zwykle (jada tylko ulubione swoje dania). Zaczęło się od jajecznicy. Kiedyś serwowałem ją co niedziela (ot taki zwyczaj), ale zamieniwszy ją na zdrowszy twarożek, dawno nie gościła na śniadaniu. Zatem jajeczniczka - usmażona na masełku tylko z cebulką, podana z pomidorami ze szczypiorkiem. Do tego chrupiąca bułka z masłem. Już zapomniałem jak to niesamowicie smakuje :) A potem miał być obiad. Najpierw zaserwowałem przystawkę - szparagi z wody. Danie proste (gotuje się je związane razem w osolonej wodzie z dodatkiem masła) ale bogate w smak - nastraja do dalszej uczty. A potem bitki wołowe. Przyrządzone zgodnie z przepisem Rodzicielki. Podane z kluskami na parze (lepsze są kopytka, bo sos jest zawiesisty, więc ładnie do kopytek lgnie, ale przez ten sam fakt zawiesistości bardzo dobrze przylega również, a wręcz wsiąka w dłużej w nim potrzymane pampuchy - tak się u nas zowie kluski na parze). Choć to niezgodne z zasadami "savoir vivre" to na koniec wylizałem talerz! Do sucha! I nie żałuję! Wieczorem były proste tartinki z wędzonym łososiem skropione sokiem z cytryny. Gdzieś pomiędzy kawka z sernikiem jogurtowym (w wypiekach jestem noga, więc kupny - ale dobry) oraz jedne z moich ulubionych owoców - winogrona.
Całe szczęście pogoda dziś sprzyjała, więc nie spędziłem całego dnia za stołem. Dużo dzisiaj byłem na powietrzu (podobno spacery wzmagają apetyt), stąd może i te kulinarne zachcianki. Jednakowoż sporo czasu spędziłem też w kuchni. Jako dziecko lubiłem tam przesiadywać...
czytaj resztę »
wiosna
2009-05-07 21:35:50
Wiem, wiem. Dawno się już zaczęła. Pisali o tym już inni...
Jednakże mając dziś okazję do spacerku z klonem (wykaraskał się już bowiem z choroby) wolnym krokiem (byle się nie spocił i nie złapał czegoś nowego) z całą rodzinką ("połowica" choć niezdrowa też nam towarzyszyła) obszedłem najbliższą okolicę. I stwierdziłem, że chyba zaczęły się matury, bowiem kwitną kasztany. Zaskoczony tym faktem rozglądnąłem się nieco do okoła. No i zobaczyłem wiosnę w pełnym rozkwicie. Bez, którego wokół jest sporo, kwitnie na całego roztaczając wokół przepiękną woń. Lubię ten aromat, zwłaszcza tego najciemniejszego - zaobserwowałem (może raczej zwąchałem) że jest najbardziej intensywna. W przyblokowych "ogródkach" pełno kwiatów - tulipany (w jednym extra kolor - fioletowo-białe), bratki, niezapominajki, drobne konwalie. Cieszą nie tylko oczy. Me nozdrza starały się wyłapać jak najwięcej zapachów, które zmieszawszy się ze sobą dały mi po mózgownicy lekkim zawrotem głowy...
Pod wieczór wyszedłem na balkon i ... usłyszałem trele jakiegoś ptaszka. Nie znam się na ornitologii, ale brzmiały pięknie. Miałem wrażenie, że to kos bo w pewnym momencie brzmiały jak silnik samochodu :)
Chyba przez to ślęczenie nad książkami przytłumiły mi się zmysły. Dziś czuję, że wiosna w pełni. Właściwie za niedługo ma rozpocząć się lato! Ciekawe kiedy je zauważę...
czytaj resztę »przykre grzebalstwo
2009-05-06 22:20:08
Nie chodzi mi o przykre dla obserwujących grzebalstwo w nosie (patrz ostatni post kaeri), ani sprawę dla nas medyków codzienną - grzebanie palcem w zupełnie gdzie indziej położonym otworze...
Chodzi o grzebalstwo blogowe. Znikają bowiem pod moimi postami komentarze wielu osób (tak na oko około 200). Nie za bardzo mi się to podoba. Usunięto komentarze Muminy, Żyrafy, MSI, HalinyJolanty i inne - rzecz nie do odtworzenia. Ktoś (zapewne znów administrator) grzebie sobie tu, tam i jeszcze gdzieś pozostawiając za sobą nieprzyjemny smrodek. Niby blog nie jest prywatny i wejść na niego każdy może, ale czytanie obecnie zamieszczonych (tzn. pozostawionych) pod niektórymi postami komentarzy robi się cokolwiek bez sensu. Cenzura jakaś czy co?
Nachodzi mnie znowu myśl, by przenieść bloga gdzieś indziej. Może ktoś z administrujących czyta posty i odpowie na mój w jakiś sposób? Chociażby umieszczając informację o problemach technicznych, czy innym powodzie ingerencji. Smutne :(
czytaj resztę »biegunka
2009-05-05 23:15:30
Zaczynam lubić biegunkę :) Oczywiście nie chodzi o tę tragiczną przypadłość u mnie, rodziny czy znajomych. Epidemia biegunek, która opanowała oddział przyczyniła się do znacznego ograniczenia napływu chorych do szpitala. Dyrektor w całej swojej władzy (po raz pierwszy od nie wiem kiedy) wstrzymał przyjęcia do odwołania. Może boi się sam o siebie? W końcu przykra byłaby konieczność założenia do pracy pampersa :)
W ten sposób można dyżurować. Spokój, cisza, drzwi zamknięte przed odwiedzającymi - praca od razu rusza z kopyta. A i pozostali w oddziale pacjenci jakby spokojniejsi (poza tymi, którzy wykonują sprint do toalet).
No, ale koniec z naigrywania się z cierpień pacjentów. W każdej chwili może się okazać, że to dyżurujący personel będzie poszkodowany. W końcu to my chodzimy dookoła chorych. I pomimo higieny, którą staramy się zachować o złapanie biegunki nie trudno. A biegunka w trakcie dyżuru to rzecz conajmniej przykra. Raz mi się to zdarzyło. Pełniłem wtedy dyżur w Izbie Przyjęć tutejszego przybytku. Pomiędzy badaniem jednego a drugiego pacjenta musiałem zaliczać toaletę. Przemierzyłem chyba wtedy ze dwa razy tyle kilometrów ile podczas zwykłej służby frontowej w szpitalu :) Nie pamiętam już jak dnia następnego dotarłem do domu.
Zatem walczmy z biegunką. I ścigajmy patogen ją wyzwalający, bowiem to niekoniecznie musi być podejrzana o wszystko bakteria Clostridium difficile...
Chociaż właściwie częsty pobyt w toalecie można wykorzystać na wiele sposbów:

Tym miłym akcentem kończę i zasuwam zapobiegawczo zaserwować sobie jakiś probiotyk :)
czytaj resztę »
wyjazd
2009-05-04 21:53:33
Majowy tzw. "długi weekend" miałem wolny. Od pracy w szpitalu. Nie do końca jednak okazał się być wolnym od obowiązków. Byłem bowiem na Kociewiu, gdzie trzeba było być i tyle. Mimo, że wyjazd z racji towarzyskich jawił się w barwach kolorowych, to jednak wymuszona okolicznościami konieczność "niebycia" w domu już nie do końca. Zwłaszcza, że zostawiałem rodzinę nie całkiem zdrową. Mały doleczał właśnie jakąś pieruńską infekcję wirusową, a i moja "połowica" wyglądała nie najlepiej. Całe szczęście teściowie zadeklarowli się i przyjechali by pomóc w okiełznaniu coraz lepiej czującego się potomka. "Druga połowa jabłka" co prawda zgodziła się bym pojechał, ale wzrok który posłała mi na pożegnanie mógłby zmieść z powierzchni niejednego śmiertelnika. Z perspektywy czasu patrząc zastanawiam się jak to mordercze spojrzenie zniosłem. Może przez te parę lat w jakiś sposób się uodporniłem? Ciekawe!
W każdym razie pojechałem. A właściwie pojechaliśmy. Doborowe towarzystwo. Mumina, Siostra, brat Wacław z połowicą, panna M., niejaki "puka@ćwokno" i ja. Wszyscy w jednym wozie. W tamtą stronę zasiadłem za sterami transportowca. Mogłem sobie poprowadzić coś większego niż maluch, a że lubię od czasu do czasu wybrać sie wozem w dłuższą trasę, to przyjemność była większa. Właściwie nie spieszylismy się za bardzo, choć nie wiem co to znaczy jechać wolno, a że w tzw. międzyczasie okazało się, że nie jesteśmy az tak bardzo oczekiwani, to zrobiło sie jeszcze fajniej i po krótkim pobycie na autostradzie (tak coś takiego w Polsce istnieje!) wylądowaliśmy nad polskim morzem. Dokładnie w mieście z niemiecka Danzig zwanym. Chcieliśmy coś zjeść, bowiem żołądki z wolna dawały o sobie znać. Knajpka nazywała się "Miasto Aniołów". Nazwa adekwatna do tego co zastaliśmy. Poza tym, że dania były całkiem smaczne, to niestety iście anielską cierpliwością trzeba było się wykazać co do czasu oczekiwania na podanie zamówionych specjałów. Właściwie i do obsługi także. No i ten incydent z brudnymi kieliszkami. I koniec. "Miasto Aniołów" skreślam z listy knajp godnych polecenia.
Zapakowawszy się po posiłku w wóz transportowy musieliśmy niestety trochę przyspieszyć, bowiem otrzymaliśmy informację, że osoba duchowna czeka na nas by zapoznać nas z miejscem zakwaterowania. A zakwaterowanie w... Seminarium Duchownym. Zapowiadała się zatem noc spędzona w celach. Za co? Za zbyt szybką jazdę? Za niezawinione spóźnienie? Za grzechy?!!!!!
Ale nie było tak żle. Całe szczęście okazało się, że Seminarium dysponuje pokojami gościnnymi, które w niczym nie przypominają znanych z literatury pomieszczeń "braciszków". Czysto, schludnie, pościel na kant, osobne ręczniki, radio, łazieneczki (trochę małe, zwłaszcza kabiny prysznicowe, ale o 100% lepsze niż u nas w szpitalu). Słowem pełna kultura. Co prawda brak pewnych udogodnień zmuszał do kombinacji, ale nie było strasznie. Nie wiedzieć tylko czemu w pięć minut po naszym zakwaterowaniu wszystkie dostępne w budynku wyjścia okazały się być zamknięte. Zdawało się, że zostaliśmy sami, ale przecież pokoje nasze znajdowały się na parterze, a nad nami były jeszcze chyba ze dwa, czy trzy piętra, więc na pewno jakiś "braciszek", czy "siostrzyczka" tu pomieszkiwali. Po krótkim spotkaniu na "kawę" z czipsami rozeszliśmy się do swoich pomieszczeń, bowiem dzień następny obfitował w "atrakcje". A pobudka musiała być dość wczesna - o 7.45 było przewidziane dla nas śniadanie.
Właściwie dużo mógłbym o dniu następnym opowiedzieć, ale wyszedłby z tego poemat jakiś albo co. Skupię się na rzeczach, które zrobiły na mnie wrażenie.
Sala, a właściwie sale jadalne. Brat Wacław trafnie określił je jako te z filmu "Krzyżacy" Forda. I tak było. Niesamowite wrażenie. Dobrze, że byliśmy od seminarzystów oddzieleni, bowiem panie będące z nami mogły niejednego z nich zawrócić z obranej drogi posługi duszpasterskiej...
Katedra. Obiekt robiący wrażenie jeszcze większe niż sale jadalne. I choć ołtarz, organy, gotyckie sklepienia, malowidła niewątpliwie były piękne, to szpalery siedzisk wzdłuż ścian naw bocznych jak i przed ołtarzem (nie do końca wiem jak się to nazywa) oraz przejście pomiędzy seminarium a katedrą przypominały swym charakterem nastrój z filmu "Imię róży". Brakowało tylko typowych dla tamtego okresu braci zakonnych (obecni duchowni są bardziej cywilizowani i trochę lepiej uczesani).
Kazanie biskupa. Choć podupadły na zdrowiu, to mówione z głowy, bez kartki (aczkolwiek nie jestem pewien bo świece przesłaniały mi widok), kazanie które zapowiadało zdarzenie, mające nastąpić bezpośrednio po mszy. Niesamowity jest też sam ceremoniał takiej mszy odprawianej przez oficjela kościelnego. Wszyscy w niej uczestniczący duchowni chodzą jak w układance. Każdy wie co ma robić, co w którym miejscu, w jakiej kolejności. A było ich tam wielu.
Widziałem też u pewnej osoby dwie pary fajnych okularów. Jedne przeciwsłoneczne. Chyba drogie, bo ta druga para na pewno.
Wzruszenie w trakcie występu niepełnosprawnych umysłowo dzieci.
Zadowolenie z krótkiego "koncertu" uzdolnionej muzycznie młodzieży (chyba specjalnie tak dla kontrastu jedno po drugim).
No i droga powrotna... Wybraliśmy trasę odmienną od tej którą przybyliśmy, bowiem napotkane wcześniej a spowodowane robotami drogowymi mijanki (było ich kilkanaście) napawały nas obawą przed korkami z trakcie powrotów z "dni wolnych" rzeszy wypoczywających. Miejscowy kierowca objaśnił nam jak jechać. Radośni, bo wyjechaliśmy wcześniej niz się zapowiadało ruszyliśmy z werwą w drogę do domu. I to by było na tyle dobrego. Kilkadziesiąt minut staliśmy w korku z powodu karambolu 7 (słownie siedmiu) samochodów. Całe szczęście bez ofiar śmiertelnych. Jak się później okazało to sarna była przyczyną całego zamieszania. Wyskoczyła sobie przed któryś z wozów i tyle. Później jakoś się tam jechało do momentu, gdy zaczęliśmy pokonywać 10 km w ciagu godziny. Na odcinku 20 czy 30 kilometrów. Przyspieszenie, hamulec, przyspieszenie, hamulec, przyspieszenie, hamulec. Jajo można znieść. Całe szczęście towarzystwo wesołe było, śmiechu co niemiara, zwłaszcza z przedstawianych dowcipów. I nie tylko :) W sumie 7 (słownie siedem - jakaś zbieżność liczb?) godzin powrotu w trasie liczącej coś kole 350 km. REWELACJA! O stanie dróg pisać nie będę bo i po co, choć na autostradzie było OK.
W domu byłem około 23.00. Chwilę pogadałem z "połowicą" i poszedłem spać. Nie wiem co mi się śniło, bo zadzwonił budzik. Czas wolny się skończył :)
czytaj resztę »34 stopnie
2009-04-26 21:47:09
Bynajmniej nie chodzi o długość ani szerokość geograficzną, choć niemalże na 34 stopniu długości geograficznej południowej leży Buenos Aires (chciałbym kiedyś tam się znależć!). Bynajmniej nie chodzi o dzisiejszą temperaturę powietrza - w słońcu było o wiele więcej, a w cieniu ciutkę mniej. 34 stopnie - taką dokładnie temperaturę mojego ciała pokazywał przez cały dzień termometr (zaznaczam, że nie jest popsuty). To przecież jeden ze składników SIRS (zespół ogólnoustrojowej reakcji zapalnej)!!!! Całe szczęście, że odnotowałem tylko jeden z nich. Lecz pomimo tej niewielkiej radości więcej powodów do niej się dziś nie znalazło. Najmniejszy niemal wysiłek fizyczny prowadził do pojawienia się na mym czole zimnego potu, przyspieszonego oddechu i tachykardii (właściwie mógłbym to podciągnąć pod SIRS). Nie wiem jakie dziadostwo się do mnie dobrało, ale dobrze nie jest. Może to świńska grypa? Ale przecież ani nie byłem w Stanach Zjednoczonych i Meksyku, nie miałem też kontaktu z nikim kto byłby tamże. Cóż to więc? Cholera jedna wie. Zmutowane jakieś wirusicho, bo siecze równo po wszystkim - nie muszę chyba dodawać, że łeb, mięśnie i stawy też bolą! Mały poza upiornym kaszlem (dychał przez cały dzień jak gruźlik) przez cały dzień jakoś się trzymał, ale przed snem zrobił sie słaby i markotny co okazało się nie tylko oznaką zmęczenia - termometr (ten od 34 stopni) zrobił swoje - gorączka 38,5. Extra! Noc zapowiada się upojnie...
A jutrzejszy dzień... Cóż! Muminy mała też jest chora (tu z kolei 39 stopni), więc nie będzie Jej jutro (do zbadania chyba z 12 pacjentów). Szef Izby Przyjęć ma zastąpić Ją na dyżurze (ja zbyt słaby bo bym pomógł), więc jutro z rańca wyruszy na odpoczynek do domu (zatem do obsadzenia Izba). Porównywany przez "górkę" do Roberta De Niro jeden z kolegów, który notabene ma jutro pełnić dyżur w Izbie, uległ jakowejś kontuzji podczas zmagań sportowych - już dzwonił do mnie, czy nie zastąpiłbym go jutro? Jeszcze nie wiem, bo jeżeli moja kondycja będzie taka jak dziś to nie dam rady. A gastroskopie, a konsultacje. Extra! Jutrzejszy dzień zapowiada się upojnie...
czytaj resztę »i got life
2009-04-25 21:41:20
Czasem żałuję, że posiadam potomstwo. Tak jak dziś z samego rana. Dzień o dziwo wolny od pracy, więc z założenia można trochę dłużej pospać. Można, gdy nie posiada się dzieci. Bowiem mój urwis obudził się dziś o szóstej rano! I nie dał się dalej uśpić! Rześki i radosny potrzebował towarzysza do zabawy. I ani myślał odpuścić. Trzeba się było zatem zwlec z łóżka i rozpocząć dzień o nieprzyzwoitej jak na wolne porze.
Przeważnie nie żałuję, że mam potomstwo. Okazało się, że nie do końca jest tak różowo jak myślałem. Chęć zabawy to jedno, a ból mięśni, kości i gardła z towarzyszacym katarem i gorączką do 38 stopni to drugie. Mimo tych dolegliwości dość szybko przekonałem się, że forma fizyczna mojego syna jest zadziwiająca. Większość z objawów bólowych ustąpiła w ciągu dnia, pozostał katar z bólem gardła, co nie przeszkadzało mu przeciągnąć ojca przez większość gier i zabawek. Ojca, którego po ostatnim dyzurze chyba też bierze jakieś dziadostwo. Tak, czy siak dzień okazał się rewelacyjny, było wesoło, rodzinnie i pogodno, mimo że z wyjścia na spacer i grę w piłkę nici. To jest zadziwiające - jak zapowiada się ładna pogoda, to któreś z nas choruje. Mam nadzieję, że jutro będziemy w lepszej kondycji.
Mimo objawów rozpoczynającej sie infekcji oraz braku wyspania (a może właśnie dlatego) od rana wlazł mi do łba kawałek, który stanowi swoistą pochwałę życia:
czytaj resztę »
snooker
2009-04-22 22:30:12
Dziś z innej beczki. Pozostawiam pracę i naukę z dala, choć jak sobię tak myślę, to koniec obecnego postu może nieokczekiwanie zatoczyć wielki łuk i nawiązać do całego naszego najbliższego otoczenia.
Oglądałem sobie dziś przez chwilę kanał Eurosport, na którym transmitowane są aktualnie Mistrzostwa Świata w snookerze. To bardzo ciekawa odmiana bilarda. Stół jest o wiele większy od amerykańskiej formy zabawy, a bile mniejsze. I jest ich więcej, mają różne kolory i punktację. Trzeba w odpowiedniej kolejności powbijać wszystkie do łuz (otworów w stole bilardowym) co nie wydaje sie być łatwą sprawą. Wiem, bo na zwykłym (najbardziej popularnym w różnych klubach) stole nie jest to łatwe, lub ja nie do końca wiem jak to robić. Zatem zabawa jest trudna, no może nie tak pasjonująca jak skoki narciarskie, czy formuła 1 (zwłaszcza, że żaden znany zawodnik nie jest Polakiem), ale ogląda się elegancko ubranych panów (wymóg tego sportu) całkiem przyjemnie. Zwłaszcza, że to co robią z kijami i bilami jest niesamowite.
W tym wydaniu powiedzenie "lecieć w kulki" nabiera zupełnie innego wymiaru...
czytaj resztę »dzień pracy
2009-04-19 14:33:22
Co prawda dziś niedziela i powinno sie odpoczywać, czyli nabierać sił do nowego tygodnia pracy, ale taki sobie zawód wybrałem, że nie wszystkie "świąteczne" dni okazują się być wolne. Można się do tego przyzwyczaić, ale życie trzeba mieć zaplanowane na co najmniej miesiąc z góry, co nie zawsze się udaje. Całe szczęście dyżur wypadł w doborowym towarzystwie. I korzystając z odrobiny spokojności bazgrolę coś teraz, bo zgodnie z pierwszą (i zarazem główną) zasadą dyżurowicza - odpoczywaj kiedy możesz, bo nie wiadomo co za chwilę się zdarzy.
Zatem pozdrawiam wszystkich, którzy dziś nie pracują a w szczególności Cieszyrada, Czesława, Dionizjusza, Dionizego, Ekspedyta, Ekspedytę, Elfega, Emę, Emmę, Irydiona, Jerzego, Konrada, Krescencjusza, Krescensa, Krescentego, Leona, Leonę, Leontynę, Pafnucego, Sokratesa, Tymona, Wigilię, Wierzyna, Wincentego i Włodzimira (wg Wikipedii dziś obchodzą imieniny).
Poprzednią zagadkę prawidłowo odgadł Przenitek - to sarkoidoza.
Na dziś nowa, też prosta zagadka. Co to?

blogowanie
2009-04-18 21:59:17
Muszę się przyznać, że czas nauki był straszny. Stąd wynikała łatwość robienia wszystkiego innego, także blogowania. Im ciężej było, tym łatwiej zasiadałem za klawiaturą komputera. I słowa jakoś tak same się układały w zdania, a zdania w posty. No i praktycznie całą dobę miałem do dyspozycji. Teraz, wolny od ciężaru nauki, nadrabiam zaległości z życia codziennego. I, choć może to dziwić, przez to brakuje mi czasu na blogowanie. Jest tyle rzeczy do zrobienia, które odkładane były na "po egzaminie", że brakuje dnia na ich załatwienie. No i w końcu mogę swobodnie zasiąść do poczytania interesujących mnie książek i (lub) czasopism jakże różnych od medycznych, obejrzenia ciekawego filmu, czy spędzenia czasu na zabawie i rozmowie z bliskimi. Gdzie zatem znaleźć wolną chwilę na blog, skoro tyle ciekawych spraw dzieje się dookoła? A i czasem fizyczne zmęczenie daje znać o sobie. I choć mam to wszystko już za sobą to psychiczne też. Ciekawe kiedy mi odpuści?
czytaj resztę »chrypa
2009-04-14 21:35:49
Święta przebiegły pomimo gila bez istotnego załamania mojej kondycji fizycznej (nie licząc oczywiście nieprzyzwoitego przejedzenia). Co do formy psychicznej (teściowie z moją rodzicielką na kupie) - przemilczę :)
Natomiast dziś niepokojąco ochrypły i piskliwy staje się pod wieczór mój głos. Niestety towarzyszy mu ból gardła, co niezbyt dobrze wróży na dzień następny. A problem tkwi w tym, że jutro przede mną kolejna z niezwykłych przygód medycznych, czyli dyżur. I to w Izbie Przyjęć. Głos jest bardzo ważnym instrumentem w naszym fachu, tak jak i ręce, wzrok, słuch, czy urządzenia wspomagające - stetoskop, latarka, szpatułka. Na migi ciężko wytłumaczyć komuś, że nic mu nie jest, bądź jest poważnie chory. A jak tu zebrać wywiad? Niby można wszystko zapisać, ale badanie jednego pacjenta trwałoby wieki... A napierający na drzwi gabinetu tłum petentów niewątpliwie rozszarpałby na kawałki "niemego" doktora. A ten nie mógłby wydać z siebie nawet okrzyku przerażenia!
Zatem zaordynowałem sobie leki - wszak "medicae cura te ipsum". Zobaczymy rano co z tego wyniknie. I czy rozszalały tłum będzie mógł sobie poużywać, czy nie...
Ale przed dyżurkiem łatwa radiologiczna zagadka. Co to za choroba?

poświątecznie
2009-04-13 21:19:20
W tym roku mój wkład w organizację świąt ograniczył się do jedzenia - na mojej głowie były sprawunki a i po części szykowanie różnych wiktuałów. Jak co roku obiecywałem sobie ograniczenie zakupów, no bo właściwie na stole wystarczą tradycyjna biała kiełbasa, szynka i jajka. I jak co roku wszystkiego było za dużo. Rodzice wyjechali, a my (mimo, że zapakowaliśmy im połowę żarcia) zostaliśmy z pękającą w szwach lodówką. Jak co roku czeka nas dojadywanie przez najbliższy tydzień świątecznych potraw.
A patrzeć na jedzenie nie mogę - obżarstwo świąteczne jest straszne, ale tak się składa w polskiej tradycji, że potrafimy od śniadania płynnie poprzez obiad przejść do kolacji. Obfite w stosunku do wymienionych posiłków jest słowem drobnym. One są przerażająco obfite. Sałatka warzywna miesza się z jajami w majonezie z groszkiem, pasztetem z zająca, białą kiełbasą parzoną, ćwikłą z chrzanem, ogórkiem konserwowym, pomidorem ze szczypiorkiem, szynką gotowaną, jajkami faszerowanymi, świeżym ogórkiem, galaretką z nóżek, grzybkami marynowanymi, schabem pieczonym, rzodkiewką, sałatką z pieczarkami, polędwicą oraz tłustym (ale pysznym) boczkiem, co po krótkiej przerwie zaprawione jest makowcem, sernikiem, babką wielkanocną, jakimiś cukierkami i czekoladą, a po chwili odpoczynku rosołem z makaronem, dwoma gatunkami mięs, jakimś drobiem z towarzyszącymi przystawkami i dodatkami, gdzieś tam lody w międzyczasie, na co z kolei nakłada się poranna porcja wiktuałów wzmocniona żurem, śledziami i inszymi zakąskami...
W tym roku mój wkład w organizację świąt ograniczył sie do jedzenia...
czytaj resztę »gil
2009-04-10 23:52:55
W pracy jak na razie ekstra. Poszalałem dziś na Izbie Przyjęć. I muszę przyznać, że zdobyta wiedza nawet okazała sie być użyteczna. Nie żebym stawiał z marszu niewiadomo jakie rozpoznania, ale... Tu drobnostka, którą pewno przepuściłbym kiedyś, tam drobnostka którą się wyhaczyło... Ciekawe na jak długo starczy tej wiedzy i zapału. Mówią, że bardzo szybko wietrzeje z głowy...
Jak można się było domyślić mój organizm odzwyczaił się od zjadliwych szczepów oddziałowych. Ledwie dwa dni w pracy, a już gil zaczyna mnie atakować. Gil, kichanie i drapanie w gardle. I jakieś takie ogólne rozbicie i chyba gorączka...
I fajno! Jak zwykle w Święta będę chorował. Już nie przypominam sobie jak wygladają bez choróbska. W minione Boże Narodzenie głosik miałem jakbym conajmniej cztery dni balował śpiewając pełnym głosem patriotyczne pieśni żołnierskie. W zeszłą Wielkanoc też nie było lepiej. Może mam to gdzieś zapisane w genach? A przecież cała rodzinka zjeżdża sie do nas. Extra! Ale co robić - u nas właściwie jest jedyne miejsce, gdzie możemy się wszyscy spotkać.
Zatem z gilem do pasa, nosem czerwonym i gardłem bolesnym idę szykować jadła wszelakie, jaja ze smakiem, zająców pasztety i inne takie tam bzdety.
I powtórzę za znajomą życzenia dla Wszystkich blogowiczów:
Lukrowania, malowania, oblewania, mazurzenia i chrzanienia!
czytaj resztę »
praca
2009-04-09 21:00:58
Jak miło znowu pójść do pracy.
Jak miło jest robić coś innego niż ślęczeć nad książkami.
Tak przynajmniej wygląda to na chwilę obecną. Co prawda koledzy postarali się (za co serdecznie im dziękuję), bym od razu nie musiał żałować że jestem znów w kieracie, ale myślę że i zwykła harówka byłaby dziś miłą odmianą dla ostatnich trzech miesięcy. Na razie mam "power" i oby tak zostało jak najdłużej. Mimo wszystkich upierdliwości naszego zawodu lubię swoją pracę i brakowało mi kontaktu z pacjentem. Brakowało mi także gastroskopii. Bałem się, że nie będę wiedział co zrobić z "rurą", ale poszło gładko. To jest chyba tak jak z jazdą na rowerze i pływaniem - raz posiądnięta umiejętność pozostaje na całe życie. A kolega S. niemalże skakał z radości na mój widok - przez cały czas mojej nieobecności w szpitalu sam zasuwał. Chyba do końca roku będę musiał wykonać wszystkie gastroskopie... Ale (choć niektórych może to dziwić) lubię to i za bardzo się nie przejmuję.
Jak miło dziś spokojnie napisać post i nie myśleć, że czas spędzony na blogu wywoła wyrzuty sumienia, że się nie uczyłem.
Jak miło...
Miło mi również móc złożyć w ten sposób życzonka Przenitkowi, który okrągło dziś jubileuszuje!
Specjalnie dla Niego:
czytaj resztę »
the day after
2009-04-08 20:58:14
Miło obudzić się i nie myśleć o nauce. To chyba jest najbardziej przyjemne w całej tej sytuacji.
I chce się zaśpiewać razem z Queen dla wszystkich, którzy trzymali za mnie kciuki:
czytaj resztę »
