Archiwum: Kwiecień 2010


wieczór kawalerski

2010-04-26 22:30:25

Pewne imprezy toczą się własnym rytmem. I praktycznie nie ma szans, by w jakikolwiek sposób zburzyć ich "naturalny" charakter. Tak jest i z rzeczonym wieczorem kawalerskim. Pocieszę wszystkich - to nie była moja impreza, choć ogromnie się cieszę że się na niej znalazłem. Bardzo duże obawy przed nią miała ma połowica, która pamiętając jakąś niegdyś emitowaną przez TV reklamę, sądziła że mogę następnego dnia z rana obudzić się w samych slipkach przywiązany do pomnika pobliskiej fontanny. Choć tak dobrze nie było (he, he, he), to imprezka całkiem, całkiem - sezon na grilla uważam za hucznie otwarty!

 

Był to wieczór kawalerski faceta, który tak jak wszyscy faceci przed ożenkiem myśli że to już ta chwila, że to ta jedyna wybrana, że życie jest piękne (zwłaszcza we dwoje), że wspólnie łatwiej przez to życie, że tak sielsko jak teraz (znaczy się przed ślubem) będzie cały czas, że nic się nie zmieni, że mógłbym mnożyć dalej takie banały przez parę następnych wersów, ale po co. Tak myśli każdy, nawet ten co wie, że tak być nie może. Nasz nieszczęsny rozum niestety wywabia nawet "czarne plamy" wybrańców naszych serc. Niestety - jak to mówią doświadczeni - miłość to bardzo ciężka choroba (od razu kładzie do łóżka!).

 

Ale przejdźmy do samego spotkania. Nie obfitowało ono w popularne ostatnimi czasy rozrywki w postaci jazdy na gokartach czy quadach, do nikogo (zwłaszcza do siebie) nie strzelaliśmy bawiąc się w paintball, tym bardziej prawdziwej broni nikt nie ośmielił się nam dać do rąk, nie polecieliśmy balonem, samolotem też nie, nie wyrzuciliśmy nikogo ze spadochronem na plecach (bo przecież nawet się nie wzbiliśmy w powietrze), nikt z nas nie skakał też na bungee, a zwłaszcza nie mieliśmy styczności z przedstawicielkami płci przeciwnej (jedna osóbka co prawda przewinęła się przez towarzystwo, ale okazała się być jedynie kierowcą dla notabene typowych przedstawicieli płci męskiej). Zatem wszystkich tych ciekawych skądinąd pomysłów nie zrealizowaliśmy bowiem nikt z nas nie był, na pewnym etapie imprezy, w stanie ich zrealizować. Całą winę zrzucono oczywiście na świeże powietrze i zmęczenie ciężkim tygodniem pracy. Nie można przecież obwiniać za tę chwilową niedyspozycję samych płynów z gatunku mocnych, które wchłonęliśmy w siebie w ilości zatrważającej (skwapliwie zostało to obliczone dnia następnego). Pomimo braku tandeciarsko-efekciarskich rozrywek wieczór kawalerski udał się wyśmienicie! Przepona od śmiechu boli mnie do dziś.

 

Lecz jak to zwykle bywa, powrót do rzeczywistości już nie. Następnego dnia nie wiedzieć czemu słońce strasznie "dawało po oczach", głosy dobiegające zewsząd były jakby głośniejsze, młyn w głowie niektórym nie dawał szans na chwilę wytchnienia, nie pomagały też "ludowe" - rzekomo sprawdzone pomysły na walkę z przykrym kociokwikiem. Głowaból straszny, ale... Było warto!

 

I choć imprezka odbywała się nie aż tak daleko (na czas jazdy pociągiem jakieś 3000 km od cywilizacji), to mimo wszystko droga powrotna wyglądała nieco przyjemniej niż ta nieszczęśnika na poniższym klipie. Okazaliśmy się chyba też bardziej przyjacielscy, niż kolesie pana młodego...

 

 

czytaj resztę »

Dodane w varia | Komentarze 15 , zobacz komentarze

patriotyzm

2010-04-20 22:36:07

Wiele w ostatnich dniach padło słów o bohaterstwie (które jako Polacy doceniamy i pielesimy), martyrologii (w której się wręcz lubujemy) i męczeństwie (przy okazji katastrofy w Smoleńsku i pobliskiego Katynia). Wiele też mówiło się o patriotyzmie w odniesieniu do śmierci osób na pokładzie nieszczęsnego Tupolewa. Że niby wszyscy to wielcy patrioci, bo zginęli. Otóż nie - zginęli, bo był nieszczęśliwy wypadek. Nie chcę przez to powiedzieć, że patriotami nie byli (śmiem nawet twierdzić że spora liczba ofiar zasługuje na to miano), ale rozumienie patriotyzmu przez śmierć w przypadkowej katastrofie nijak się nie ma do tego czym patriotyzm tak naprawdę jest. 

 

Patriotyzm bowiem to postawa szacunku, umiłowania i oddania własnej ojczyźnie oraz chęć ponoszenia za nią ofiar. To także wypełnianie obowiązków konstytucyjnych i obywatelskich. To przedkładanie celów ważnych dla ojczyzny nad osobiste, często związane z gotowością do poświęcenia własnego zdrowia i życia.

Ciekaw jestem kto z tragicznie zmarłych pasażerów w 100% był gotów poświęcić swe życie dla dobra kraju? Czy rzeczywiście przedkładali dobro narodu ponad własne dążenia i cele. I czy tak naprawdę ktokolwiek w obecnych czasach może zyskać miano gorliwego patrioty? Pytania raczej bez odpowiedzi...

 

Całe szczęście patriotyzm to także umiłowanie i pielęgnowanie narodowej tradycji, kultury i języka. Dlatego zapodam utwór Marka Grechuty, który pięknie o tym mówi...

 

 

czytaj resztę »

Dodane w varia , muzyka | Komentarze 2 , zobacz komentarze

don’t give up

2010-04-19 21:48:40

Dawno niesłuchany, jak bardzo pasujący do tragicznych wydarzeń utwór.

Prawie przeze mnie zapomniany, przypadkowo zagrany przez jakieś radio internetowe w trakcie wczorajszego dyżuru...

Słowa mówią wszystko:

 

In this proud land we grew up strong.
We were wornted all along.
I was taught to fight, taught to win.
I never thought I could fail.
Now I find laughter so it seems,
I am a man whose dreams have all desearned.
I’ve changed my face,
I’ve changed my name.
But no one wants you when you lose.

Don’t give up
’Cause you have friends.
Don’t give up,
You’re not beaten yet.
Don’t give up,
I know you can make it good.

’though I saw it all around,
Never thought that I could be affected.
Thought that we’d be last ago
It is so strange the way things turn
Drove the night towards my home.
The place that I was born on the lakeside.
As daylight broke I saw the earth
The trees are bowing down the ground.

Don’t give up,
You still have us.
Don’t give up,
We don’t need much of anything.
Don’t give up
’Cause somewhere there is a place where we belong.

Raise your head
You’re worried too much
It’s gonna be alright
When times get rough
You can fall back on us.
Don’t give up.
Please don’t give up.

Got to walk on a few
I can take it anymore.
Gonna stand on that bridge
Keep my eyes down below.
Whatever may come, whatever may go,
That river’s flowing.
That river’s flowing.
Moved to another town
Tried hard to settle down-
For every job so many men
So many men, all one needs.

Don’t give up
’Cause you have friends.
Don’t give up.
You’re not the only one.
Don’t give up.
No reason to be ashamed
Don’t give up
We still have us
Don’t give up now
We’re proud of who you are
Don’t give up
You know it’s never been easy
Don’t give up
’cause I believe there is a place
There is a place
Where we belong

 

Wersja trochę inaczej zapamiętana, zwłaszcza jeśli chodzi o wizualizację...

 

czytaj resztę »

Dodane w muzyka | Komentarze 5 , zobacz komentarze

możliwe teorie zdarzeń

2010-04-17 00:12:18

Dlaczego lecieli akurat tego dnia, dlaczego znów Katyń, dlaczego lądowali przy złej widoczności, dlaczego właśnie w Smoleńsku, dlaczego samolot leciał tak nisko, dlaczego wszyscy "ważni" na pokładzie jednej maszyny, dlaczego pilot nie posłuchał ostrzeżeń o złej pogodzie, dlaczego Rosjanie pozwolili mimo to lądować, dlaczego kontroler lotu mówił tylko po rosyjsku, dlaczego nie było sprzętu naprowadzającego, dlaczego słychać jakieś wystrzały na amatorskim filmie, dlaczego tragicznie zmarły prezydent ma być chowany na Wawelu, dlaczego ostatni prezydent na uchodźstwie już nie, dlaczego wszyscy klękają przed trumną, dlaczego media mówią o bohaterstwie zmarłych, dlaczego media rozdymają do granic możliwości męczeństwo, dlaczego tyle delegacji państwowych zapowiedziało przyjazd na uroczystości pogrzebowe, dlaczego właśnie teraz doszło do erupcji wulkanu na Islandii, dlaczego układy synoptyczne spowodowały związane z tym zakłócenia w ruchu powietrznym, dlaczego przedstawiciele Watykanu jako pierwsi oficjalnie zrezygnowali z przyjazdu do Polski...

Tysiące pytań... Czasem bez odpowiedzi...

 

Ale nie dla wszystkich.

Dla niektórych jest oczywiste, że zgodnie z doktryną mesjanizmu wszystko co aktualnie ma miejsce jest naturalnie związane z cierpieniem jakie przyjmuje Polska na swą umęczoną zakrętami historii pierś za wszystkie narody tego świata. W końcu lubimy mówić o naszym kraju - Mesjasz narodów. W takim nurcie jesteśmy wychowani i wykształceni... 

Dla ludzi opętanych zaś spiskową teorią dziejów, za każdym z wyżej wymienionych pytań znajdzie się osoba lub grupa ludzi (tych sprawujących władzę oczywiście), lub nawet obce siły, mające na celu osłabienie a nawet zniszczenie państwa polskiego. Ktoś (nie do końca wiadomo kto, choć najczęściej wskazywani są sąsiedzi zza wschodniej granicy) na pewno maczał palce w tym co się stało 10 kwietnia. A i z wybuchem wulkanu nie wiadomo...

Dla niektórych osób jest to jedynie nieszczęśliwy wypadek oraz niestety równie nieszczęśliwy zbieg okoliczności towarzyszących katastrofie i wydarzeniom po niej następującym. Odnoszę jednak wrażenie, że osoby te są w mniejszości. Przerażającej mniejszości...

 

 

czytaj resztę »

Dodane w varia | Komentarze 5 , zobacz komentarze

carpe diem po raz wtóry

2010-04-12 23:16:59

Wydarzenia takie jak katastrofa samolotu prezydenckiego w Smoleńsku zmusza człowieka do refleksji. Do refleksji takiej jak przed kilkoma miesiącami. I choć obecna tragedia niewątpliwie dotyka wszystkich Polaków, tamta raptem kilkudziesięciu (może kilkuset?) osób, to tak naprawdę dla najbliższych ofiar cierpienie jest identyczne.

 

Refleksja jest ciągle ta sama, myślę nawet że spotęgowana przez nazwiska tragicznie zmarłych osób - CARPE DIEM, CARPE DIEM, CARPE DIEM. Nie znamy dnia ani godziny. Nie wiemy czy stanie się to w domu, czy na ulicy, w łóżku czy na chodniku, w powietrzu czy w wodzie. Nie znamy daty swojej śmierci. I dobrze. Dlatego chwytajmy dzień, żyjmy chwilą, czerpmy z życia pełnymi łychami, bo druga taka okazja może nam się nie przydarzyć. I róbmy to tak, by ludzie o nas pamiętali, bo jedynie w ten sposób przetrwamy.  

 

I czy to w wykonaniu Czesława Wydrzyckiego, czy w wykonaniu Janusza Radka sens utworu pozostaje niezmienny i ponadczasowy. Mam taką nadzieję...

 

 

Ale pytam także kto umieścił wszystkich w jednym samolocie?! 

Polska bez głowy, wojsko bez ręki...

Jak zwykle Polak okaże się mądry dopiero po szkodzie...

 

czytaj resztę »

Dodane w varia , muzyka | Komentarze 2 , zobacz komentarze

apteka

2010-04-09 00:29:31

Czasem i lekarz (bądź jego rodzina) potrzebuje jakiegoś medykamentu. Stąd moja dzisiejsza wizyta w aptece. Choć mógłbym ją nazwać zaprzyjaźnioną, bo wszystkie "magisterki" znają moją profesję, to nie staram się ujawniać swej przynależności do służby zdrowia i grzecznie stoję w kolejce. To zadziwiające - kiedykolwiek zaglądam do tej apteki - jest kolejka. Dłuższa lub krótsza, ale jest. Albo dobra (znaczy się tania) apteka, albo w dobrym miejscu. Nieważne - dziś też była kolejka. Niezbyt długa, raptem jakieś sześć osób przede mną przy czynnych dwóch okienkach, więc miałem nadzieję na szybkie załatwienie sprawy...

 

Niedoczekanie!

Starsza pani przy jednym z czynnych stanowisk wykupywała chyba dużą część zapasów aptecznych, bowiem trwało to jakieś 20-30 minut, co istotnie wydłużyło mój pobyt w "sklepie z lekarstwami". Wydawać by się mogło, że jest to strasznie schorowana osoba i trochę zaczęło mi się robić jej żal, do momentu gdy nie zorientowałem się w asortymencie kupowanych produktów medycznych. Jakieś zioła, minerały, preparaty wielowitaminowe, różne soki (?), napary i wywary - jednym słowem parafarmaceutyki. Przy każdym z nich zadawane pytanie o skład, użyteczność w jakimś tam schorzeniu i cenę, choć ta ostatnia nie do końca chyba była istotna, bo staruszka zapłaciła łącznie prawie 300 złotych za te wszystkie środki wspomagające.

Kolejna osoba przy okienku nie za bardzo mogła się zdecydować na rodzaj plastra na odciski. Przyszła z jednym z takowych do apteki, bo wyjęła go z torebki żądając dokładnie takiego samego. Przy okazji, gdy dowiedziała się, że plaster ten przylepia się wewnątrz buta a nie na odcisk, zupełnie zbaraniała twierdząc, że stosowało go na ciało! Dalsza wymiana opinii co do plastrów i jakiś zasypek dodatkowo wydłużyła chwilę zapłaty za zakupiony produkt.

Następny nieszczęśnik miał problem z wymową. Nie chcę tu naśmiewać się z niego, lecz przy dość istotnym "zacinaniu się" i niestety niezbyt wyraźnej wymowie, powiedzenie problemu z którym przyszedł do apteki zajęło dłuższą chwilę. Na domiar złego (a problem dotyczył stóp) okazało się, że większość medykamentów proponowanych przez farmaceutkę (a było ich sporo) już stosował, niestety bez efektu terapeutycznego.

Kolejka za mną robiła się coraz dłuższa, ta przede mną niestety nie malała w tempie mnie satysfakcjonującym. W którymś momencie niezbyt grzeczny, acz wiekowy jegomość (z tych co to wiedzą wszystko i na każdy temat) wypowiedział słowa, które niestety z lekka wyprowadziły mnie z równowagi. Rzucił bowiem do wszystkich, w trakcie zakupów plastrowych pani z odciskami, tekst: "To przecież lekarz powinien powiedzieć i doradzić co ma kupić (znaczy się rzeczona pani). Ale lekarze teraz nic nie mówią. Nawet pacjenta nie badają. Chcą tylko podwyżek pieniędzy!" Niestety, choć zwykle nie ujawniam swej profesji - tym razem nie wytrzymałem. Odwróciwszy się do jegomościa stwierdziłem, że nie życzę sobie rzucania na mnie kalumni, bo przez przypadek jestem lekarzem, a jego wypowiedź niestety obraziła wszystkich medyków, od których nie mam zamiaru się odgradzać. Starszy jegomość zamilkł już do końca mojego pobytu w aptece - niestety nie usłyszałem z jego ust słowa "przepraszam".

 

W jedne trzy kwadranse dotarłem do okienka i w ciągu 5 minut zakupiłem potrzebne mi leki. Podziwiam cierpliwość farmaceutek! Ja spędziłem w aptece niecałą godzinę a już zaczynała mnie ogarniać szewska pasja. One stoją "za stołem" po kilka godzin i poddawane są zmasowanemu atakowi klienteli, która poza milionem pytań całą swą złość za nieprawidłowo wypisaną przez lekarza receptę, za brak leku w magazynie, czy zbyt wysoką jego cenę, wyładowuje właśnie na nich. I pracują w świątek, piątek czy niedzielę.

Bywają jednak zawody gorsze od lekarza :)))    

czytaj resztę »

Dodane w varia | Komentarze 4 , zobacz komentarze

nieświąteczny lany poniedziałek

2010-04-07 21:54:23

Pozwolę sobie na reminiscencje przeszłych już niestety Świąt Wielkanocnych. Choć jak zwykle przygotowań było co niemiara - znaczy się i sprzątanie, i zakupy, i szykowanie jedzenia - to jak zwykle przeleciały tak szybko, że obecnie jedynie resztki wiktuałów w lodówce przypominają o tym że było świątecznie.

 

Ale nie o tym, choć trochę i także o tym. Była nie do końca palmowa niedziela, był i nie do końca lany poniedziałek. No chyba, że o lanie deszczu z nieba chodzi - tu okazał się być pierwszorzędny. Jak to się w życiu lekarza szpitalnego zdarza, w święta wypada czasem dyżur. W te święta przypadł na poniedziałek. Życie już mnie nauczyło, że święta wcale nie są okresem wolnym od chorób. Wydaje się, że wręcz przeciwnie. Zadziwiająco wiele osób w te dni pojawia się w przybytkach medycznych, także w szpitalnych Izbach Przyjęć czy SOR-ach. Dominują oczywiście dolegliwości żołądkowo-jelitowe, wszak trudno oprzeć się przecież od spożywania tak pieczołowicie przygotowanych dobroci kulinarnych. Nawet jeżeli rozum, a i często towarzyszące choroby, mówią nie kolejnej porcji sałatki, dziesiątemu z rzędu jaju z majonezem, potężnemu plastrowi pasztetu czy szynki, nie mówiąc o białej kiełbasie, żurze, babie, serniku i mazurkach. A jakże - najeść się po kokardy tak, że ruszyć się zza stołu nie można. To jest to. A potem do szpitala, bo brzuch boli. Boli także od nadmiaru rozkoszy w płynie, przecież nie obejdzie się w święta bez okowity. Owszem, spożyta jako aperitif przed posiłkiem dla pobudzenia apetytu, czy digestif po obfitym posiłku dla pobudzenia trawienia nikomu jeszcze za bardzo nie zaszkodziła. Ale chlana na umór przed, w trakcie, i po posiłku, a często i bez jakiejkolwiek "zagrychy" to typowy rytuał świąt polskich. I tych wiosennych, i tych zimowych, i tych wszystkich które obchodzimy. Upojenia alkoholowe zatem także w ten Lany Poniedziałek były. I cała masa innych, jakże dręczących społeczeństwo problemów zdrowotnych. Nie chcę się powtarzać, bo już nie raz o tym pisałem, ale większość "przypadków" niestety nie wymagała "specjalnych" interwencji z mojej strony... 

 

Ot, świąteczny dzień w pracy. A zapowiadało się tak miło - jadąc na dyżur minąłem po drodze raptem kilka innych pojazdów czterokołowych. Pomyślałem, że ludzi wywiało ze stolicy i dyżur będzie spokojny. Niestety wywiało wielu, lecz okolice mej pracy okazały się być wybitnie zaludnione tego dnia. I wszyscy po drodze zahaczali o SOR. Jakoś tylko nie z życzeniami świątecznymi... Ot, zwykły dzień w pracy.

czytaj resztę »

Dodane w praca | Komentarze 1 , zobacz komentarze