halloween...
2009-10-31 23:44:47
...znaczy się All Hallows Eve. Wigilia Wszystkich Świętych. Wesoło-straszne zabawy przebranych za "nieludzi" ludzi. Zabawa w stylu dyniowo-przebierańcowo-cukierkowym. Przywleczona oczywiście zza oceanu. Ze zgniłej, imperialistycznej Ameryki, jakby głosił jeszcze brzmiący w uszach slogan. I jakże drażniąca polskie tradycje! Jakże odmienna od polskiego mesjanizmu i cierpiętnictwa!
31 października - kiedyś zupełnie spokojny dzień w Polsce. Podobny do innych dni przed "świętami", choć nazwa święto w przypadku Dnia Zmarłych jest dla mnie trochę wątpliwa. Znaczy się dzień przedświąteczny - kolejki w sklepach (po wszystko, bo przecież święto) a zwłaszcza kolejki do przybytków bezpośrednio związanych z tradycją - kwiaciarnie, sklepiki ze zniczami, a przycmentarne kramiki zwłaszcza. Przygotowania do wielkiego SHOW!
A prawdziwy pokaz zaczyna się pierwszego listopada. Dziesiątki zniczy na jednej mogile (że tak pamiętamy), znicze z pozytywkami (że najnowszy krzyk mody i nas stać), sztuczne kwiaty (żeby dłużej stały), co bogatsi kwiaty naturalne (żeby inni widzieli, że nie oszczędzamy na pamięci), groby na glanc wyczyszczone w ten dzień (z połyskiem, żeby inni nie myśleli że nie dbamy), "najlepsze ciuchy" na grzbiecie (rewia mody na całego a zapach naftaliny dookoła) - wszystko po to, by nikt nie pomyślał że lekceważymy zmarłych. Znaczy się wszystko na pokaz. Jak większość w naszej tradycji. Zastaw się a postaw się jak mówi polskie przysłowie.
W tym roku trochę zwolniony jestem z tego wszystkiego, bo najbliżsi moi są żywi (jak najdłużej mniemam), lecz jakieś ohydne wirusicho przyplątało się pod strzechę, stąd jako domowy znachor opiekuję się chorymi domownikami faszerując ich różnej maści medykamentami i podtykając im pod nos smakołyki i herbatki z malinami (i nie tylko!). W taki dzień jak dziś kojarzą mi się także bardzo stare receptury lecznicze, zawierające w swym składzie ogon szczura, nić pajęczą, jad węża, krew czarnego koguta, skrzydło nietoperza, ślinę wilkołaka i inne takie "specjalne" magiczne składniki. Pozostanę jednak przy wyuczonych sposobach. Mam nadzieję, że pomogą a i ja pokonam zjadliwość wirusa (choć czuje się coraz gorzej).
Zatem zwolniony się czuję z obowiązku jazdy poza stolicę, dźwigając na swych barkach ciężar odpowiedzialności za zdrowie rodzinki. Zamierzam jutro (o ile aura będzie sprzyjająca) wybrać się z moim synkiem na pobliski cmentarz powązkowski. Obejść oczywiście najbardziej oblegane w tych dniach groby, lecz zapalić lampkę na mogile, na której się jeszcze nie znalazła. A miejsc takich będzie wiele...
Zatem może z pośród tych setek zniczy zapalanych w jednym miejscu postarać się odjąć chociaż jeden i zapalić tam, gdzie nikt nie zagląda? Wszyscy Święci i Wszyscy Zmarli zapewne będą zadowoleni. A zwłaszcza ten, który nagle ocknie się z letargu widząc nad swymi doczesnymi szczątkami lampkę pamięci...
czytaj resztę »(współ)praca online
2009-10-27 23:30:42
Dziś bardzo krótko, bo dzisiejszy dzień lekko mnie wykończył.
Dzisiejsza moja praca polegała głównie na uganianiu się za specjalistami. Dosłownie (znaczy się gonitwa po korytarzach przybytku medycznego, w którym pracuję) i w przenośni (równie ekscytująca gonitwa telefoniczna). Odniosłem tylko połowiczne sukcesy. Bowiem moja siła argumentacji nie zawsze znajdowała zrozumienie u rozmówców. I to o dziwo u tych, których zrozumienia najbardziej się spodziewałem.
Ciężki dzień.
Na osłodę muzyczka dawno przeze mnie nie słuchana. A dziś znów przypomniana przez którąś rozgłośnię radiową. Przynajmniej tu współpraca online coraz częściej pozytywna :)
czytaj resztę »
tęsknota
2009-10-26 23:15:56
Czytając ostatni post Muminy wróciłem pamięcią do "Bagdad Cafe" i przeniosłem się na pustynię Mojave.
Eh... Czasem mam ochotę znaleźć się z dala od świata, w którym przyszło mi obecnie żyć. I choć tak daleko się nie wybieram, to coraz bardziej ciągnie mnie gdzieś na prowincję. Może Bieszczady? Tam jeszcze nie zawsze cywilizacja wzięła górę nad prawdziwym życiem...
Ale wracając do klimatu panującego na pustyni i amerykańskiego mitu o wolności, wielkich przestrzeni i ciągnących się setkami mil autostrad, zapuszczę kawałek o wielkiej miłości.
czytaj resztę »
back to the future
2009-10-25 00:50:46
Jako pasjonat literatury science-fiction zastanawiałem się wielokrotnie nad podróżami w czasie. Móc zakrzywić czas i cofnąć się w przeszłość, powrócić do dzieciństwa, przeżyć ponownie pierwsze uniesienia i miłości... I mieć okazję naprawić popełnione błędy! Któż nie chciałby skorzystać z takiej możliwości?
Tylko, czy byłoby to dla ludzkości dobre? Człowiek potrafi zepsuć wszystko, nawet to co wydawałoby się jest nie do popsucia. A możliwość przeniesienia w czasie niestety daje ogrom możliwości. I tych dobrych. I tych złych. Jednocześnie ingerencja w przeszłości niesie ze sobą konsekwencje w przyszłości! Jeśli coś się nie wydarzyło (ponieważ mając możliwość podróży w czasie do tego nie dopuściliśmy) lub zmienił się bieg wydarzeń (bo go w ten sam sposób "poprawiliśmy") cały kolejny ciąg zdarzeń prowadzący do teraźniejszości ulega deformacji. I to w tempie wykładniczym. Kolejne zmienione (nawet drobne) epizodziki z przeszłości mogą okazać się kluczowym elementem np. odkrycia rewelacyjnego wynalazku, zwalczenia wszystkich chorób, czy usunięcia światowej epidemii głodu. Ale z drugiej strony mogą być przyczyną czyjejś śmierci, braku czyichś narodzin, czy zagłady ludzkości! Kto nie bałby się ponieść konsekwencji takich czynów? Jak przewidzieć, jak odbije się na teraźniejszości jakakolwiek dokonana zmiana w przeszłości?
To pytanie pozostawiam bez odpowiedzi. Zbyt wiele mądrzejszych ode mnie ludzi pisało już na ten temat. Ja odpowiedź poznam jeszcze tej nocy! Wraz z wielomilionową rzeszą ludności zamieszkałej na terytorium Polski (oraz całej Unii Europejskiej i paru innych krajach także) doznam trochę nietypowych "przenosin w czasie do przyszłości". Dziś bowiem przechodzimy w nocy na czas zwany zimowym i... cofamy zegarki o całą godzinę! Zatem przenosząc się czasowo w przeszłość tak naprawdę podróżujemy w przyszłość. Lekki paradoks, ale całkiem wytłumaczalny.
Przenieśmy się zatem do przeszłościo-przyszłości razem ze wskazówkami zegara. I żyjmy chwilą, bo inaczej obudzimy się rano mając wrażenie, że czas nam przecieka między palcami. CARPE DIEM.
Nie zapomnijcie cofnąć wskazówki zegarka dzisiejszej nocy! Godzina dłużej spania :)
czytaj resztę »
klimat z moczarów
2009-10-22 21:42:49
Jak zwykle decyzje zapadają wyżej.
Oczywiście bez naszej wiadomości.
Mamy to podane w formie skróconej dyrektywy.
Po prostu trzeba zrobić tak i tak.
Bo przyjacielskie stosunki, bo grzeczność, bo tak wypada, bo musimy zrozumieć.
Cholera! Dlaczego nikt nie chce nas zrozumieć. Nas - niezabiegowców. Nas - internistów. Byle gorsze samopoczucie pacjenta z innego oddziału, a jesteśmy w trybie "pilnym" do niego wzywani. I nie daj Boże nie przyjdź w podskokach! Skarga murowana! Następnego dnia ordynator odpowiedniego oddziału składa "kurtuazyjną" wizytę u naszego szefa, przy okazji oczerniając tego, czy innego konsultanta. BAGNO
W drugą stronę jakoś to nie działa. Perforacja, niedrożność, ostre zapalenie pęcherzyka żółciowego, krytyczne niedokrwienie kończyny, uraz głowy, złamanie, wywichnięcie, skręcenie... Można by mnożyć przykłady i mierzyć czas w godzinach do przyjścia konsultanta. Tłumaczenie jest zawsze takie samo - wszyscy są na bloku operacyjnym, nikt nie może przyjść. Tere fere kuku! Bujać to my, ale nie nas. Może w okresie wakacyjnym tak było, ale nie teraz w październiku! BAGNO
Nie wiadomo czemu dajemy po sobie jeździć jak po łysej kobyle. A próby rozwiązania problemy zwykle kończą się niczym. Wysuwane są kolejne "żelazne" argumenty - że temu to nie podskoczysz, że ktoś się kogoś boi więc nic nie zdziałasz, że trwa jakaś wojna pomiędzy kimś a kimś, że lepiej nosa nie wychylać... BAGNO
Narzekam, mimo że nie mam tego w naturze, ale Buka i moje drzwi sforsowała. Trochę później niż inne, to chyba zasługa krótkiego wypoczynku w cieple, ale jednak dorwała i mnie. Innym chyba już przechodzi, mnie jak zwykle chwyta wtedy gdy nie trzeba.
Mam nadzieję, że szybko minie, bo nie chce mi się nic.
Całe szczęście jest muzyka. Usłyszałem dziś w radiu kawałek, który mi się spodobał. Chyba przez duże podobieństwo do, jak często przecież nie tylko przeze mnie słuchanej, Duffy. Oto on:
Kiepska forma także przez fakt, że czeka mnie bardzo pracowity weekend. Dyżur jutro i w niedzielę. W ten sposób cały tydzień spędzę w pracy. Bossssssssko!
czytaj resztę »zniechęcenie
2009-10-21 23:49:54
Miałem dziś nic nie pisać na blogu.
Miałem szykować się do spotkania z "inglisz diwiżyn", opracować dla nich seminaria i szlifować swój angielski. Wszystko to miałem dziś w zamiarze robić, ale mi nie wyszło. Tak już czasem jest, że nie chce się i tyle. Zwłaszcza po dyżurze, który choć nie był jakoś wybitnie męczący, to jednak jak każdy już dyżur daje o sobie znać. Głównie wieczorami. Już nie te siły co kiedyś, już większa potrzeba odpoczynku. I coraz większe zniechęcenie. Nie do zawodu. Nie do pacjentów. I nie do pracy jako takiej, choć lekko nie jest.
Mam coraz większe zniechęcenie do tego, co się dzieje dookoła. I coraz większy "ambiwalentny" stosunek do tego wszystkiego. Odnoszę nieodparte wrażenie, że ponoszę (ponosimy, bo nie tylko ja jestem w takiej sytuacji) konsekwencje nie przeze mnie podjętych decyzji. Jakby mało było pracy w oddziale, to jeszcze na łeb nam spuszczono studentów anglojęzycznych. Co prawda nie ma ich jeszcze fizycznie, ale ich oddech można już poczuć na karku. Raptem dwa tygodnie do pierwszego z nimi kontaktu. Co innego przedstawić problem w języku polskim, co innego anglojęzycznej grupie studentów w języku, którym się biegle posługują. Trochę przerażające, ale... uświadomiło mi to, że się zmieniłem. Bowiem nie przejmuję się tym zanadto. Kiedyś zapewne sen spędzałoby mi to z powiek. Dziś sen mam całkiem spokojny. Przynajmniej jeżeli chodzi o "english division". Nie wiem czy to dobrze, czy źle ale mam w swoim życiu inne, o wiele ważniejsze dla mnie, priorytety. I nie mam zamiaru tego zmieniać.
Bo jestem już całkiem dużym chłopcem. I wiem, że należy czerpać z życia ile się da, bo:
czytaj resztę »
słoneczny wątek
2009-10-19 23:03:00
Jako że jesień pełną gębą, a w niektóre dni można by powiedzieć że zima, więc smętne myśli i depresja dobierają się do dzwonka u drzwi.
Do moich zwłaszcza, tym bardziej że nieco ponad tydzień temu leżałem sobie jeszcze na plaży ładując na kolejne miesiące swe baterie słoneczne, przybierając tym samym ochronną barwę w kolorze oliwkowym. Chcę się zatem podzielić choć cząstką słońca przywiezionego stamtąd i ocieplić panujący ostatnio chłodny klimat. Dosłownie i w przenośni. To znaczy i klimat, i ocieplić :)
Zatem wątek o słońcu.
Słońce było na Kos całkiem znośne, a i temperatury nie jakieś szaleńcze. 25-26 stopni w dzień to jak dla mnie całkiem wystarczająco, zwłaszcza że w promieniach słońca robiło się o wiele, o wiele cieplej. Osoba z moją karnacją, a przyznam się że do bladziochów nie należę, nie ma większych problemów z wystawieniem się na działanie ultrafioletu. Lecz, nauczony jakimś poprzednim młodzieńczym wybrykiem, przy pierwszym i drugim wyjściu na słońce zabezpieczyłem skórę swą jakowymś mazidłem z filtrem (najpierw 30-tka, później 10-tka). Nawet czapkę na łeb założyłem, co jest nie byle jakim ewenementem, bowiem wszelakich nakryć głowy nie znoszę! Gogle przeciwsłoneczne także - jedyna rzecz, bez której nie za bardzo dało się poruszać, bo po oczach dawało nieźle.
Ciepło w pełnym słońcu było zatem dość, a nawet i bardziej. Stąd konieczność zażywania kąpieli. Już nie słonecznych a wodnych. Całe szczęście kompleks hotelowy, z którego jak już wiadomo nigdzie się nie ruszałem, dysponował bodajże szesnastoma zbiornikami wodnymi w skrócie nazwanymi basenami. Bosko! Trzy kroki dzieliły nasz pokój od najbliższego! Co prawda wypełnione morską wodą (co psuło nieco efekt), lecz temperatura nie pozostawiała wyboru - kąpiel była obowiązkowa. A że dla mego syna temperatura wody w basenach okazała się być zbyt zimna, to mieliśmy spokój. Po prostu nie podchodził za bardzo do nich, zwłaszcza że znalazł sobie inny obiekt pożądania. Dosłownie i w przenośni. Gnało go do brodzika dla dzieci.


I choć temperatura wody nie odbiegała zbytnio od tej basenowej, to miejsce to, poza atrakcyjną jeszcze w wieku mego syna niewielką zjeżdżalnią, dysponowało jeszcze jedną atrakcją. Atrakcją mogącą interesować także chłopców trochę starszych niż mój pierworodny. Bywała tam moderatorka Adina - pięknie opalone dziewczę z Rumunii, które wymyślając różnego rodzaju gry i zabawy zajmowała się dziećmi tamże. Mój syn polubił ją strasznie i przez pierwsze dwa dni nie chciał się nigdzie indziej ruszać. Brodzik stał się jego Mekką! I choć chwilami, zwłaszcza popołudniowymi, nie było mu za ciepło w brodziku, to chęć zabawy w wodzie z interesującą i miłą moderatorką przeważała.
Nie wiem, czy doszlibyśmy do morza, gdyby nie fakt że spotykaliśmy Adinę także w innych miejscach kompleksu. Ciąg w kierunku ładniutkiej Rumunki został w ten sposób zaspokojony, więc w końcu doszliśmy na plażę. Zaskoczył mnie kolor piasku. Jako stały bywalec polskiego wybrzeża, przyzwyczajony do złocistego koloru plaży, zrzedła mi mina na widok szarej, a miejscami wręcz czarnej łachy nadmorskiego piasku.
Kamienie były OK, choć ostre i łatwo powodujące drobne kontuzje, miejscami tylko utrudniały wejście do morza. Wśród nich pływające małe ławice różnej wielkości rybek (przynajmniej dwóch gatunków z tego com dojrzał). Bez lęku podpływały do ludzi, bowiem... okazało się że z chęcią spożywają chleb dostarczany im w dużej ilości przez turystów.


A to prawdziwa walka o żer. Kotłowało się w wodzie niemalże tak jakby piranie dorwały się do jakiejś sztuki mięsa. A to zwykły chleb był :) Zdjęcia niezbyt dobrej jakości, ale robione zwykłą, samoustawiającą się cyfrówką przecież :)


Po bitwie kręciły się jeszcze w dość dużych stadkach, licząc zapewne na kolejną porcję darmowego pokarmu.

Woda w morzu okazała się być cieplejsza niż w hotelowych basenach. Na nieszczęście dla nas, bowiem nie dało się już tak łatwo utrzymać dziecka z dala od brzegu. Gdyby mógł, to siedziałby w morzu przez cały czas. Ledwo z trudem został wyciągnięty z wody, już mógł ponownie do niej wskoczyć. Po prostu oczy dookoła głowy mieć trzeba. I jakiegoś Cerbera na straży postawić. A i to na niewiele by się zdało. W każdym razie kąpieli doświadczyliśmy wszyscy (nawet moja żona!) wiele. Mając taki oto widok na otaczające morze. Fotki robione już "głębokim" popołudniem, gdy zwykle przypominałem sobie o posiadaniu aparatu fotograficznego :)


Fajno było i tyle. I szkoda było wracać. I nie byłbym sobą, gdybym nie strzelił fotki przepływającym jachtom.


Marzą mi się wakacje, których pomysł podsunął mi Głos Zza Ściany - chciałbym wybrać się w rejsik jachtem (znaczy się wypożyczyć jacht razem ze sternikiem) i pożeglować od mariny do mariny w jakimś ciepłym klimacie. Morze być i Morze Śródziemne, czemu nie! To byłaby fajna przygoda.
Martwi mnie tylko jedno - mogę ten plan zrealizować albo sam, albo mogę go nie zrealizować wcale. Bowiem moja żona boi się i nie znosi żeglarstwa, mimo że kilkukrotnie próbowałem ją do tego przekonać. Na łajbę śródlądową jest w stanie jeszcze wsiąść, ale na pełnomorskiej chyba by oszalała. Szkoda, bo pomysł na spędzenie wakacji uważam za rewelacyjny. Tak pozostanie mi się tłuc po hotelach... Choć z drugiej strony ma to swoje pewne zalety. I wygodniej, i pożywniej, i może jednak bezpieczniej? Ale ciągnie mnie jak nie wiem co. Zwłaszcza, gdy Jesienna Buka do drzwi puka...
czytaj resztę »urlopowe obżarstwo
2009-10-16 23:47:46
Na czym to ja skończyłem ostatni post? O Polakach zatrudnionych tamże. W wielu byli i mili byli :)
Ale... nieco po macoszemu potraktowałem wątek o spożywaniu, choć jest to podstawa naszej egzystencji. Bez tego ani rusz! Bez siły i energii. Zatem trochę rozszerzę tę niezwykłą przygodę kulinarną - wszak nie na darmo utyłem. A jedzenia było pod dostatkiem, różnorodnej maści. Od kuchni kontynentalnej, po wspomniane wcześniej kolacje w określonej tonacji smakowej. Wszystko to podawane w głównej restauracji hotelowej "Ambrosia". Poza nią pięć innych, dostępnych w różnych porach dnia - miejsca ustalane z jednodniowym wyprzedzeniem. Dwie tawerny otwarte w porze lunchu - rybna i grecka oraz trzy restauracje - azjatycka, włoska i francuska. Miejsca zamawiane podobnie jak w przypadku tawern dzień wcześniej, lecz w porze kolacyjnej (znaczy się dinner). Francuska, jako ta najbardziej chyba wysublimowana za osobną dopłatą.
Nie będę opowiadał o włoskich, azjatyckich, czy kontynentalnych daniach. Przecież byłem na górzystej greckiej wyspie, więc wypada opowiedzieć co nieco o tamtejszych potrawach. W skrócie - kuchnia śródziemnomorska. Wiele sałat, wiele warzyw (głównie pomidory, papryki, ogórki, cukinie i bakłażany), oliwki, sery (feta, miziithra, graviera) i inne... Nie pamiętam nazwy, ale zapadła mi w pamięć jedna z uszykowanych sałatek (sałat) - liście szczawiu z nasionami granatu posypane parmezanem (lub innym ostrym serem), oczywiście z dodatkiem oliwy z oliwek i octu balsamicznego. REWELACJA!
Zacznę zatem od przekąsek. Dolmades (nadziewane liście winogron), czyli takie winogronowe gołąbki bez mięsa. Jak dla mnie trochę mdłe, ale do zjedzenia. Kolokithokeftedes - przepyszne placuszki z cukinii. Prawie jak nasze placki ziemniaczane! Saganaki tiri - po polsku smażony ser. Pycha, ale ciężkie. Wszystko doprawione sosem Tzatziki, który znacznie odbiega smakiem od tego, który można zakupić gotowy w sklepach. I rewelacyjnie komponuje się z przystawkami. Ponadto jakieś marynaty warzywne - papryczki, ogóreczki, oliwki, czosnek w różnego rodzaju zalewach. Bardziej lub mniej ostre. Te ostre lepsze :)
Próbowane przeze mnie zupy nie należały do typowych dań greckich. Wszystkie (brokułowa, warzywna, szparagowa, cebulowa, mięsna) były gęste i ostre, co dla mnie nie stanowiło większego problemu. I powiem szczerze, że smakowało.
Dania główne. Wiele ich było, wiec tylko wybrane. Oczywiście trudno nie było spróbować moussaki - ichniejszej wieloskładnikowej zapiekanki na bazie mięsa i bakłażanów. Smaczne, choć zdziwiony byłem dodatkiem ziemniaków. Wydawało mi się, że tylko bakłażany, ale w przepisach opcjonalnie znajdują się także pyry. Pyszna gemista, czyli nadziewane pomidory i papryka. Rewelacyjne stifado - gulasz z cielęciny, który dobrze komponował się ze smażonymi ziemniaczkami. Królik z grilla był taki sobie, ale ichniejsze szaszłyki z wieprzowiny (souvlaki) pychota. Podobnie z mięsem jagnięcym przygotowanym na wiele sposobów.
Muszę jeszcze powiedzieć o pieczeniach, choć nie zawsze były typowo greckie. Kucharz przyrządzający je miał niewiarygodny fach w ręku. Każde (sic!) sporządzone przez niego mięso (czy to wieprzowe, drobiowe, wołowe, owcze, czy inne) smakowało doskonale. Kruche - niemalże rozpadające się w ustach, o charakterystycznym smaku, jednakże dobrze przyprawione - nie gubiło swojej charakterystyki i nie było mdłe. Podawane z równie doskonałymi, świetnie dobranymi sosami. Po prostu palce lizać.
O deserach powiem tylko tyle, że bardzo słodkie. Nie przepadam za ciastami i innymi tego typu "delicjami", więc od czasu do czasu tylko próbowałem cokolwiek z talerzyka (choć wielkość wskazywała bardziej na talerz!) mej małżonki. Pyszne arbuzy, winogrona, czerwone grejpfruty i pomarańcze.
Na samo wspomnienie wyżerki staję się o dwa kilo cięższy!
A omówiłem pokrótce jedynie kuchnię grecką. Ale o jakiej kuchni mógłbym pisać mając w pamięci górzysty krajobraz wyspy? I widok innych wysp z archipelagu Sporad?
Zatem kilka widoczków z wyspy Kos i okolic :)




czytaj resztę »
parę słów o urlopie
2009-10-14 23:43:24
Pomimo wielu przeciwieństw i kłód kładzionych pod nogi ze strony szeroko pojętej biur(w)okracji, udało się nam w końcu dopiąć wszystkie niezbędne formalności, by móc po spakowaniu miliona "niezbędnych w podróży i na obczyźnie" rzeczy, udać się w kierunku stołecznego aeroportu...
Wątek o samolotach
Nie lubię podróżować samolotami z racji kolejnych (niestety) związanych z tym środkiem podróży formalności. Przede wszystkim trzeba być co najmniej dwie godziny przed odlotem, by dokumenty mogły zostać przynajmniej dwa razy sprawdzone, a bagaż kilka razy prześwietlony przez odpowiednie urządzenia w rekach kolejnych urzędników. Sam podróżny także poddawany jest różnorakim czynnościom prowadzącym głównie do zdejmowania z siebie kolejnych rzeczy. Opróżnić kieszenie, zdjąć zegarek, zdjąć pasek, jak masz pecha to i rozebrać się do rosołu na tzw. rewizji osobistej. "Panie" celniczki o twarzach bynajmniej nie życzliwych nie ułatwiają zadania.
Tym razem szczęśliwie obeszło się bez incydentów i mieliśmy przed sobą 120 minut oczekiwania na odlot. Oczywiście jakiekolwiek płyny w butelkach zostały zarekwirowane, wypite, itd., więc trzeba było się w strefie wolnocłowej zaopatrzyć w jakikolwiek napój. A napojów dostatek jak nigdzie indziej. Głównie alkoholowych! I od groma słodyczy w opakowaniach przynajmniej na rodzinę z pięciorgiem dzieci :) Do tego ogromne przestrzenie zapełnione wszelkiej maści kosmetykami (trzeba przyznać, że tutaj ceny całkiem przyzwoite), więc tłum oczekujących podróżnych rozpełzł się do ulubionych przez siebie dystryktów, kupując (czasem zupełnie niepotrzebnie) co każdy lubi najbardziej. Przyznam, że i moja małżonka skuszona "dobrą ofertą cenową" zakupiła jakieś mazidła i malowidła.
Czas jakoś zleciał, dostaliśmy się w końcu na pokład czarterowego samolotu (Boeing 737) agencji Travel Service. Jak się okazało z czeską załogą na pokładzie! Jakże miło było usłyszeć ten dość wesoło brzmiący język w powietrzu. Ale pilot OK. Start i lądowanie prawidłowe. Zwłaszcza lądowanie - bez popisów w australijskim stylu "kangurka". A grecka ziemia - dokładnie wyspa Kos, do której lecieliśmy w powietrzu przez dwie i pół godziny, przywitała nas całkiem znośną temperaturą - o godzinie 9.00 ichniejszego czasu (+ 1 godzina w stosunku do Polski) było już 23 stopnie Celsjusza. I na dodatek bagaże w całości :)
Nie na darmo ględzę tyle o samolotach, bowiem przewijały się, lub lepiej powinno brzmieć - dość często przelatywały nad naszymi głowami, bowiem hotel w Kardamenie znajduje się jakieś 3 kilometry od lotniska dokładnie na linii pasa startowego. Nie, żeby specjalnie mi to przeszkadzało, ale udało się z całkiem bliska kilka podwozi samolotów zobaczyć.
W nocy widok był jeszcze ciekawszy:

Wątek o socjalu
Hotel Atlantica Portobello Royal w Kardamenie osiągnęliśmy po około dziesięciominutowej podróży autobusem. Choć główne wejście nie poraziło mnie niczym specjalnym...

...to reszta obiektu zachwyciła nas na tyle, że nie ruszaliśmy się z hotelu przez całe 7 dni. Z jednej strony szkoda utracić z tak niedługiego pobytu choć chwili słońca, z drugiej strony obecność potomka tym bardziej zniechęcała do jakichkolwiek proponowanych alternatywnych wycieczek. Zwłaszcza że przewidywane były na cały dzień, co przy temperamencie mojego syna mogłoby okazać się dla nas niekoniecznie miłym przeżyciem. A że oferta biura podróży zawierała opcję "all inclusive", więc nie wydawało się nam być koniecznym szukanie jakichkolwiek przygód poza murami miejsca naszego tygodniowego pobytu. Tym bardziej, że z założenia przylecieliśmy całkowicie zrelaksować się i odpocząć na tyle, ile nam się uda to zrobić po ciężko przepracowanych miesiącach letnich. Tak więc, jak już wspomniałem obiekt (z szesnastoma basenami na swym terenie) nie zachęcał do jakichkolwiek czynności krajopoznawczych.




Dzienne obrazki zostały przyćmione przez wieczorny widok rezydencji, w której się znaleźliśmy. A że i aura pogodowa sprzyjała, więc i nastroje nasze, dodam że rozweselone kilkoma drinkami, były równie rewelacyjne.





A to widoczek na bezpośrednie miejsce naszego pobytu. Wyjście z łóżka prosto do basenu... Hm, to tygrysy lubią najbardziej. Całość hotelu właśnie tak skonstruowana, by pokoje w najniższych kondygnacjach miały bezpośredni dostęp do basenu...

Równie interesująco wyglądało wnętrze, jak się okazało, apartamentu. Na oko wielkość jakieś 40-50 metrów kwadratowych, złożone z dwóch pokoików i łazienki. Nie muszę dodawać, że klimatyzacja, lodóweczki z zimnymi napojami, telewizory, kablowy dostęp do internetu zapewniony był w każdym z pokojów. W trakcie całego pobytu tak naprawdę jedynie urządzenia chłodzące były w użytku. Telewizora nie włączyliśmy ani razu. Nawet mój syn się tego nie domagał zmęczony codziennymi zmaganiami ze słońcem, plażą, morzem i brodzikiem.


Wątek o spożywaniu
Powiem krótko. Przytyłem dwa kilogramy. Ma "połowica" także. Lubię jeść. Uważam, że jedzenie jest jedną z większych przyjemności, a gdy można posmakować potraw do tej pory nieznanych, to tym bardziej należy się tym zadowalać i rokoszować. Różnorodne jedzenie w rozmaitych zestawach. Do wyboru, do koloru, dla jaroszy, dla mięsożerców, dla obżarciuchów i dla niejadków. Wieczory zwykle tematyczne (kuchnia grecka, kuchnia włoska, kuchnia orientalna). Po prostu raj dla smakoszy. Do posiłków możliwość wypicia miejscowego wina, piwa lub wina musującego. I podane w miłej atmosferze, przy miłej obsłudze.
Notabene jakieś 60-80% ludzi z obsługi to Polacy. Zwłaszcza w sezonie, więc nawet dla "niejęzykowych" osób problem z komunikacją wydaje się być żaden. Wszyscy uśmiechnięci z pozytywnym nastawieniem do dzieci (chyba mają jakiś punkt w umowach?!), więc wypoczynek na całego.
Na dziś koniec. Pora spać. A i przyjemności należy dozować. Kolejne zdjęcia (których niewiele już będzie) w następnym poście. Kalinichta - to znaczy dobranoc, jakby zapewne powiedzieli Grecy :)
czytaj resztę »kalispera...
2009-10-11 23:01:04
...znaczy się dobry wieczór w języku rodowitych mieszkańców kraju, w którym krótko urlopowałem. Jednakowoż pokrywająca me ciało skóra nawet w tak krótkim okresie czasu zdążyła przybrać brązowawy odcień pod wpływem tamtejszego słońca. Na początku października średnia temperatura na wyspie Kos wynosi około 23-25 stopni Celsjusza. Aktualnie w trakcie pisania tego postu temperatura powietrza wynosi 20 stopni. Ciepło. Zwłaszcza gdy za oknem nie sięga nawet 10.
Ale nie o pobycie na Kos. O tym opowiem innym razem (czytaj w najbliższej przyszłości), bo zdjęcia jeszcze nie zgrane do komputera, bo trzeba rozpakować wszystko to, co zostało uprzednio na urlop zabrane, bo trochę czasu brak, bo przede wszystkim trzeba psychicznie przygotować się do powrotu do smutnej, w porównaniu z błogim leniuchowaniem, rzeczywistości!
Zwłaszcza, że "kosmiczne" okolice trochę przypominały te z jednego z wczesnych teledysków WHAM :)
czytaj resztę »
ko(s)miczna wyprawa
2009-10-03 01:54:18
Chciałeś - to masz można by powiedzieć. Gdybym wiedział ile różnych spraw będę miał do załatwienia w minionym tygodniu, to nie wiem, czy zdecydowałbym się na ten krótki urlop za granicą. Całe szczęście czas miałem wolny (bowiem urlop już trwa), więc beztrosko w godzinach gdy większość ludzi pracuje (chociaż odniosłem niejakie wrażenie, że jednak pracuje mniejszość) mogłem po kolei załatwić wszystkie związane z wyjazdem rzeczy. Począwszy od paszportu dla małego (dziękuję bardzo za nieocenioną pomoc brata Wacława), przez karty EKUZ (Europejska Karta Ubezpieczenia Zdrowotnego) załatwiane w NFZ, po szereg "koniecznych" i "niezbędnych" według mojej drogiej połowicy sprawunków.
Zatem po intensywnie spędzonym tygodniu (w tempie niekoniecznie urlopowym) przyszedł czas pakowania. Nie wiedziałem, że tyle rzeczy będzie potrzebnych na wyjeździe. Zwłaszcza, że raptem 7 dni i kraj raczej cywilizowany się jawi. A gabaryty bagażu ograniczone. Całe szczęście spokój zwyciężył i nawet się z zona nie pokłóciłem.
Teraz już czekamy na taksówkę, która powiezie nas na lotnisko.
Reszta wrażeń po powrocie. Mam nadzieję, że uda mi się zobaczyć takie widoczki, no i... zatańczyć razem z Grekami :)
czytaj resztę »
