w przeddzień urlopu

2010-06-11 21:59:41

Zwykle ostatni dzień przed urlopem jest w pracy lekkim koszmarem. I najczęściej właśnie w tym dniu człowiek ma najmniejszą chęć do jakiegokolwiek wysiłku. Umysł szybuje już ku miejscom urlopowego wypoczynku, więc mowa o chociażby znikomej koncentracji jest żadna. Nie dość, że koniec tygodnia to na dodatek przeddzień wakacji. W piątki zwykle jest nieco więcej pracy - często wypisuje się większą ilość pacjentów by przygotować miejsce dla kolejnych chorych weekendowych, trzeba złożyć zlecenia na trzy dni i przewidzieć różne sprawy mogące w ten jedynie dyżurancki czas wydarzyć, no i oczywiście na koniec tygodnia zwala się całą listę spraw "biurowych" - znaczy się zwykła papierologia stosowana. Na dodatek podwójna - staram się być w miarę odpowiedzialny i rzetelny, więc przed urlopem załatwiam wszystkie sprawy niedokończone, niestety w dużej mierze właśnie te papierowe. A że zwykle nie ma na to czasu, więc opuszczenie "świątyni pracy" tego dnia jest znacznie opóźnione w stosunku do dnia powszedniego...

Aura dnia dzisiejszego bynajmniej nie pomagała. Ukrop taki, że pot ściekał nie tylko po twarzy. "Sinobrody", znaczy się zakupiony ze wspólnej składki przenośny klimatyzator, grzał ile mógł czyli chłodził na maksa- niestety dawało to jedynie chwilowe uczucie jakiegoś komfortu termicznego. Cieszę się, że mamy chociaż taką maszynę chłodniczą, bo przed rokiem sytuacja była cokolwiek bardziej tragiczna, choć temperatura w tym czasie była nieco niższa niż dziś.

Nie tylko w szpitalu aura dawała znać o sobie. Już jazda do pracy obfitowała w mnogość napotkanych kierowców otumanionych chyba dzisiejsza gorączką - termometr mego wozu o godzinie siódmej rano pokazywał 23 stopnie. Po południu sytuacja rozmiar klęski żywiołowej (cokolwiek wiele ich w tym roku) - jedyne 36 stopni wręcz wytapiało resztki koncentracji z mijanych "władców szos". Powrót do domu zajął mi całą godzinę, gdy zwykle zajmuje mi to góra 30 minut. Czyżby czas reakcji niektórych wydłużył się dwukrotnie? A może to ja się tak wlokłem? Chyba jednak nie ja - wypiwszy trzy kawy (w tym jedną moją "zwykłą"), poprawiwszy to wszystko napojem energetyzującym czułem się wyśmienicie i niosło mnie do domu jakbym dostał skrzydeł.

W końcu wyrwałem się przecież z pracy i zacząłem urlop.

I zapuszczę w związku z tym "gwizdaną" pioseneczkę:

 

 

I choć tekst nie do końca jest urlopowy, to dobrze mnie w dzisiejszej drodze powrotnej nastroił na czekający mnie nadmorski wypoczynek :))) 

PS. Nie wiem tylko, kto będzie kontynuował rozpoczętą reanimację...



Dodane w urlop , muzyka

Komentarze: 9

misiek 27.06.2010 r., 22:40
Wszystkich czytających zachęcam do komentarzy :)))
misiek 26.06.2010 r., 19:31
Hmmm... Yacani@onet.eu Jedyna, poza Muminą i Lealą osoba, która wyraziła chęć poczytania mojego bloga... Reanimacja zatem nieudana, zwłaszcza że od ponad dwóch tygodni pojawiło się raptem 9 postów (niespodziewanie odnalazłem mój przedurlopowy na dole strony) - czyli jeden oddech na 1,5 dnia - nie wytrzyma tego najlepszy joga...
yacani@onet.eu 13.06.2010 r., 20:46
sorki. podałam zły namiar. prawidłowy teraz jest. Miłego wypoczynku. Anek
kaeri 13.06.2010 r., 17:18
Przyjemnego wypoczynku.
yacani@onet.pl 12.06.2010 r., 18:59
Zasmuciła mnie myśl o kolejnym blogu, który mialby przestać istnieć - lubię go czytać. Proszę nie przerywać! Łączę pozdrowienia Anek
Leala 12.06.2010 r., 07:59
to i ja z odpowiednią dawką, jak to ładnie napisałeś, muzycznych katecholamin przybędę :)
mumina 11.06.2010 r., 23:04
to spróbuję coś naskrobać sama :))))
misiek 11.06.2010 r., 22:53
Kaeri zabrała już swoje zabawki...
mumina 11.06.2010 r., 22:46
Namówię Kaeri... jakoś pociagniemy :)

Dodawanie komentarza