warszawa-gołębiewski-boathouse

2010-06-02 17:28:42

Jubileuszowy Zjazd Polskiego Towarzystwa Medycyny Rodzinnej.

Z racji obfitującej w różnorodne specjalizacje nazwy oddziału w którym pracuję, spotkania lekarzy rodzinnych pod hasłem konferencji lub zjazdu, stały się miejscem corocznych eskapad w różne rejony kraju. W tym roku padło na Wisłę - miasto Adama Małysza, Apoloniusza Tajnera i Jerzego Pilcha. Miasto słynące także z hotelu Gołębiewski, w którym to odbywała się cała tegoroczna impreza. Ale, po kolei...

Najpierw trzeba dojechać. Z uwagi na znaczną odległość od stolicy, ciężkość trasy, a również innych (nie)spodziewanych trudności drogowo-konsumpcyjnych padło na kolej. Bezpośredniego pociągu w oczekiwanych godzinach nie było, więc czekała nas (znaczy się Muminę, Mimineo i mnie) przesiadka w Pszczynie. Tuż przed samą stacją przesiadkową utknęliśmy w szczerym polu, oczekując z lekkim niepokojem na dalszy bieg wypadków. Jak się bowiem okazało w trakcji elektrycznej zabrakło prądu. Brzmi trochę niewiarygodnie, ale taką informację uzyskaliśmy od uśmiechniętego od ucha do ucha konduktora. Cale szczęście w sieci cudownie pojawił się przepływ elektronów, więc i cały skład wtoczył się w końcu na stację w Pszczynie. Brak prądu w trakcji musiał dotknąć także szereg innych pociągów, bowiem ten przesiadkowy (tzw. osobowy) miał równie duży czas spóźnienia co ten z Warszawy (znaczy się InterCity). Ostatnie 56 km do Wisły przejechaliśmy w rekordowym czasie 1,5 godziny. Rewelacja! Kocham polską kolej! 

W Wiśle byliśmy zakwaterowani nie w Gołębiewskim, lecz w sympatycznej Villa Almira, choć początek nie wydawał się rokować dobrze. Klucz mający wpuścić mnie do pokoju by odświeżyć się po podróży uparcie odmawiał ze mną współpracy. Gdy już został przekodowany i śmiało otworzyłem drzwi okazało się, że na środku pokoju stoi goły facet wycierający ręcznikiem blady tyłek. On osłupiał. Ja zresztą też. Szybko zamknąwszy drzwi do pokoju ruszyłem do recepcji już nie na żarty wkurzony. Przeprosiny i uśmiech sympatycznej recepcjonistki wystarczyły bym szybko zapomniał o przykrym incydencie. Dla mnie zakończonym pomyślnie - drugi pokój okazał się być całkiem miły, lecz z zasłyszanych wiadomości - opisywana wcześniej blada twarz miała kłopoty z wejściem w nocy do swej kwatery :))) 

Potem był zjazd. W baaaaardzo dużym skrócie - było OK. I choć nie było przygotowanej dla mnie plakietki z imieniem i nazwiskiem (jakieś fatum nade mną wisiało?), to figurując tylko jako "uczestnik" mogłem się tym bardziej wśród tłumu zjazdowiczów ukryć. Merytorycznie i kulinarnie OK, logistycznie tak sobie, a co do reszty nie miałem większych zastrzeżeń. Zwłaszcza jeśli chodzi o osoby z którymi przyszło mi ten czas zjazdowy spędzać :))) Gdzieś przy fontannie w pełnym słońcu wypita z kierownictwem Kliniki kawa (szef musiał kupić pantenol, mnie zaczerwieniło połowę twarzy i łapy, Mumina opaliła lewe przedramię). Poza tym w tak zwanym międzyczasie wypad do kurortu (niestety Wisła sprawiła na mnie niezbyt dobre wrażenie - może zimą jest ładniej), drobne zakupy prezentowe (głównie dla latorośli), jakieś piwko wypite w pubie (no, może dwa), krótka sjesta w Almirze i powrót do "obowiązków towarzyszących", które zakończyć się miały grubo po północy...

Niestety w sobotę 05.45 rano rozpoczynała się nasza eskapada powrotna. Po tzw. "mniej oficjalnej" części zjazdu, gdzie do kotleta przygrywał zespół mianujący się polską ABBĄ, trzeba było się zebrać w sobie, odświeżyć, na dodatek spakować i nie spóźnić na stację - Wisłę opuszczało z nami niewiele osób - wszak podobnych nam wariatów trudno spotkać z samego rana! Droga w kierunku Warszawy przebiegała w równie zawrotnym tempie jak ta do Wisły, a u celu podróży mieliśmy około 30-minutowe spóźnienie. Jednakże poznaliśmy uroki kolejowego przybytku gastronomicznego, zjadając w WARS-ie śniadanie polskie, znaczy się jajecznica, pomidor, pieczywo i masło. A że głód trochę doskwierał (wszak przesiadka do "luksusowego" InterCity miała miejsce o 7.30), więc smakowało dobrze. Prawie jak w Gołębiewskim :))) Ale to nie koniec doznań, bowiem wieczorem czekał na nas...

 

Boathouse.

Dla niewtajemniczonych - knajpa przy Wale Miedzeszyńskim w Warszawie. Knajpa, do której zaproszeni byliśmy przez świeżo upieczonego żonkosia i jego świeżo upieczoną połowicę, znaczy się niejakiego Przenitka i Kargulenę. Knajpa, której nazwa w okresie powodziowym jest nad wyraz adekwatna - zatopiona na jakiś metr wysokości mogła sprawiać wrażenie unoszącego się na wodzie domu. Podobno co roku jest podtapiana (oczywiście nie tak bardzo jak w obecnym), więc załoga nie miała zupełnie problemów z przywróceniem funkcjonalności miejsca i imprezka miała szanse odbyć się bez zakłóceń.

Choć kulinaria były niestety lepsze w wiślańskim Gołębiewskim, toż przecież nie żarcie w tym spotkaniu chodziło. Napoje bowiem niczym nie odbiegały w swym smaku i mocy od trunków spotykanych w innych regionach kraju i świata. Poza tym mnogość otaczających miłych ludzi (z Przenitkiem i Karguleną na czele) robiła swoje - wszak głównie po to się tamże spotkaliśmy - mile spędzić czas, honorując przy okazji swoją obecnością młodych nowożeńców. Były toasty, było "słodzenie" wódki, były żarty i śmiechy - dwoma słowami - było radośnie i wesoło.

Ale łzy się także pojawiły. Nie wiem, czy nazwać je łzami szczęścia, bo nie wylewał ich ani Przenitek, ani Kargulena... Mam dość specyficzny stosunek do osoby żonkosia - traktuję go jak kolegę, młodszego lekarza, faceta z którym pracuję, ale przede wszystkim - choć różnica w wieku nie jest oszałamiająca (nie mógłbym być jego ojcem) - jak mego wychowanka i ucznia. Bardzo dobrze zapowiadającego się, wesołego, kulturalnego i zdolnego internistę.

I, choć trochę wstyd się przyznać (przecież prawdziwy mężczyzna nigdy nie płacze), to opisywane łzy pojawiły się w mych oczach. Niestety (lub stety jak kto woli) spowodowały to wspomnienia sprzed paru ładnych lat, gdy to ja byłem świeżo upieczonym żonkosiem, gdy mój także nieco starszy kumpel (dla mnie do tej pory przyjaciel, ale i "guru") wręczał mi prezent ślubny i składając mi życzenia odchylił głowę bym nie zauważył spadającej z kącika oka łzy...

 

Poza tym impreza była OK. Następnego dnia długo odpoczywałem odsypiając wszelkie "niedospania" :)))

 



Dodane w varia

Komentarze: 4

misiek 11.06.2010 r., 23:55
O czwartej nad ranem wiele gwiazd wydaje się blednąc... Choć niektóre jaśnieją podwójnie :)))
misiek 06.06.2010 r., 20:26
Miło mi, że choć na blogu wydaję się być sympatyczny i pomocny :)))
damaris2@wp.pl 06.06.2010 r., 14:18
mógłbyś odezwać się do mnie na maila? Chciałabym zapytać o kilka rzeczy na temat twojej pracy - jaki szpital, atmosfera itd.. Niedługo muszę zrobić praktyki i chciałabym trafić w miejsce gdzie chociaz jedna osoba z kadry wydaje sie sympatyczna i pomocna :) Pozdrawiam, Damaris z WUM.
mumina 05.06.2010 r., 00:19
...to ja, przyznaję pomagałam Miśkowi wedrzeć się do pokoju biednego-z-goła Doktorka :)))) Dodam tylko, że wypożyczone następnie z recepcji żelazko wywaliło korki na całym piętrku w niecałe 1/2 h później... co pomyślał o tym napadnięty przez nas wcześniej golas - nieodgadnione :) dom cudów ta Almira :) a widok blednących gwiazd nad górami o 4.00 w nocy niezapomniany :)

Dodawanie komentarza