bigos
2009-12-29 23:51:36
Święta, święta i po świętach jak mawiają. Cóż pozostaje z tych świąt? Radość z upominków, czasem radość ze spotkania dawno niewidzianej osoby, radość z atmosfery pokoju (jakoś tak się dzieje, że nawet zwierzęta w ludzkiej skórze nie gryzą), niekiedy radość z zimowej aury (o tym już pisałem - nie w tym roku) oraz... spora nadwyżka zbędnych kilogramów.
Świąteczne świętowanie w Polsce ma to do siebie, że większość czasu spędzamy przy stole. Suto zastawionym. Potrawy aż same proszą się, by je skosztować. Zwłaszcza te wigilijne. Nie wiem dlaczego, ale pamięć smaku sporządzonych na wigilijną wieczerzę dań pozostaje na cały następny rok. Czy to atmosfera tego dnia, czy sposób ich przygotowania (mają być postne, choć władze kościelne mówią już że niekoniecznie), czy też sposób podania, stojąca blisko choinka, pierwsza gwiazda na niebie - nie wiem. W wigilię smakują jak nigdy: i zupa grzybowa (u mnie taką się jada), i pierogi z kapustą i grzybami, i karp smażony (zwykle smakuje mułem, w wigilię jakoś się o tym zapomina), i kapusta z grzybami, i kapusta z grochem (jadam raz do roku), i śledzie w oleju, i kompot z suszonych owoców (musi być nieźle schłodzony, by dało się go wypić!), czy inne potrawy tej wieczerzy. I nie jest ważnym czy jest ich pięć, siedem, czy jedenaście (według tradycji ich liczba powinna być nieparzysta) - jak dla mnie może to być tylko zupa grzybowa i pierogi - tego dnia smakują nieziemsko...
Poszukując owego świątecznego smaku zajrzałem dziś do lodówki. Po potrawach typowo wigilijnych nie pozostał nawet zapach (co dobrze skądinąd świadczy o mej chłodziarce), ale pozostałości dni następnych przyprawiły mnie o lekki zawrót głowy. Zwłaszcza w kwestii wszelkiej maści wędlin i pieczeni. Na węch i smak jeszcze całkiem dobre do spożycia, ale tej ilości nie jestem w stanie przerobić nawet ze swą połowicą. A wyrzucić przecież nie wypada. I nie chcę! Przecież nie na darmo spędziłem tyle czasu w kolejkach do "mięsnego" i "wędliniarskiego", by w prosty sposób kosza na śmieci pozbyć się poświątecznego naddatku. Poza tym zbyt smakowite były niektóre wędliny i pieczenie, by tak łatwo się poddać. Zatem co z tym fantem zrobić?!
Jedynym rozwiązaniem jest bigos! Dodam tylko trochę kapusty i potrawa jak z bajki. A sylwester tuż, tuż. Jakby się kto pojawił to będzie jak znalazł.
Ale jak to w życiu okazuje się, że bigos to wcale nie taka prosta w przygotowaniu potrawa. Owszem, wszystkie świąteczne pozostałości można dodać, a jakże - niewątpliwie wzbogaci to smak bigosu. Ale żeby był naprawdę dobry, trzeba się nieco bardziej postarać. A że lubię od czasu do czasu porozrabiać w kuchni, postarałem się by potrawa była godna swej nazwy. Przecież bigos, w potocznym tego słowa znaczeniu, to niezły galimatias. Zatem, oprócz wyżej wymienionych świątecznych pozostałości dorzuciłem jeszcze żeberka wieprzowe, trybowaną karkówkę wołową, podwawelską odtłuszczaną (trochę zadbam o zdrowie moje i mych gości), boczek wędzony przesmażony z cebulką (zrezygnowałem ze słoniny), multum grzybów, czerwone wytrawne wino, śliwki suszone, liście laurowe, sól, pieprz, ziele angielskie, trochę miodu... Reszty nie zdradzę - to tajemnica kucharza, a że resztę wina wypiłem, to nie pamiętam już co było dalej.
Żona smakowała. Powiedziała żebym już nic więcej nie kombinował. Wypowiedź nie do końca jednoznaczna - albo przekombinowałem (znaczy się nie doprawiaj już, bo nie wiadomo co to za potrawa), albo jest całkiem dobrze (znaczy się nie doprawiaj już, bo nie będzie wiadomo jaka to potrawa).
Znów zatem przed końcem roku namieszałem. Głównie drewnianą łyżką, ale zawsze :)
