matrix
2009-11-14 23:37:40
Jakiż inny tytuł mógłby przyjść mi do głowy jako temat kolejnego postu?! Jedynie "Dzień świstaka" :)))))
Będąc po jakże emocjonującym dyżurze w dniu wczorajszym szykuję się już na następny, który ma być jutro. Taki długi (bo aż dwuodcinkowy) film pod nazwą wielka medyczna przygoda. Lub kolejny, niestety podobny do innych, dzień z życia lekarza szpitalnego.
Niby nie było tak strasznie jak być potrafi i nawet mogłem spokojnie przyłożyć głowę do poduszki na całe 4 (słownie cztery) godziny, ale oczywiście całość musiała zostać zakłócona "drobnymi" incydentami, które niestety pozostawiły niesmak, przy całkiem miłym wspomnieniu reszty dyżuru.
Wiem, lub mam przynajmniej taką nadzieję (bo przysłowia przecież mówią coś innego), że wszyscy mamy na uwadze dobro swojej rodziny, zwłaszcza tej najbliższej. Wiem, że czasem trudno spojrzeć na innych (czytaj cały personel medyczny) miłym okiem, zwłaszcza gdy stan bliskiej osoby nie ulega poprawie. Wiem i rozumiem, że wszystko to wynika z emocji, które trudne są czasem do opanowania. Wiem, dlatego staram się zrozumieć irracjonalne czasem wręcz zachowania rodzin pacjentów przebywających w oddziale.
Ale wszystkiego nie jestem w stanie zrozumieć, zwłaszcza ewidentnego chamstwa i pieniactwa. Otóż około godziny 21.30 pojawiła się w dniu wczorajszym córka jednej z pacjentek oddziału (notabene przebywająca w nim raptem kilka godzin), żądając od lekarza dyżurnego pełnego wglądu w dokumentację medyczną swej matki. Na odpowiedź, że wglądu do tejże dokumentacji mieć nie może (chyba, że napisze podanie do dyrekcji w tejże kwestii) i jedyne co, to może uzyskać informację o stanie zdrowia matki, "córeczka" powołując się na paragrafy Karty Praw Pacjenta próbowała lekarza zastraszyć. Całe szczęście, że był to doświadczony doktor, który nie lubi gdy się na niego krzyczy:) Podekscytowana "córeczka" zahaczywszy o Izbę Przyjęć i próbując wywrzeć podobny nacisk na moją osobę, usłyszała argumentacje identyczne jak lekarza oddziałowego, a nie znalazłszy u mnie zrozumienia, poszła do najwyższej władzy pełniącej tego dnia dyżur - znaczy się tak zwanego "szefa dyżuru". Z tego co wiem, to chyba także nic nie wskórała, słysząc powtarzaną przez kolejnego w tym dniu lekarza prośbę, o wystąpienie do dyrekcji z pismem o umożliwienie uzyskania pełnej dokumentacji medycznej. Oczywiście informacji na temat stanu zdrowia swej matki nie za bardzo chciała słyszeć. Zacietrzewiła się na dobre. Mam nadzieję, że pojawi się w poniedziałek u szefa! W sumie to jej współczuję :)
Druga sytuacja dotyczyła samej pacjentki (petentki, klientki, chorej?), która podała się za lekarza weterynarii. Otóż osoba ta (nie chcąc rozmawiać z nikim prócz lekarza!) stwierdziła, że ma 37,2 stopnie gorączki (?!) i jest w tak fatalnej formie, że nie ruszy się spod gabinetu ani na krok. W trakcie zbierania wywiadu podała wszystkie dane pasujące jak ulał do infekcji wirusowej. Możliwe, że i początek grypy, możliwe że i początek grypy "nowej" (A/H1N1, czyli innej, czyli "świńskiej")! W badaniu bez istotnych odchyleń, no może nieco zaczerwienione gardło. Kolejne pytanie zabiło mnie swą "przenikliwością" - jaką mam pewność, że to nie jest infekcja bakteryjna! CHOLERA! Jako weterynarz powinna przecież wiedzieć, że na wizus i badanie nikt nie jest w stanie tego rozpoznać! Ciekawe jak różnicuje takie detale u swoich "pacjentów" i co mówi ich opiekunom. Ale spokój całkowity (choć wewnątrz już się lekko zagotowałem). Chce pani czekać na badania, to proszę! Dwie godziny spędzić trzeba będzie pod drzwiami gabinetu. Minimum dwie godziny! Morfologia i CRP. Tyle powinno wystarczyć. I wystarczyło. Mnie na 100%, ale nie wiem jak pani "weterynarz", bo przecież odchyleń nie było żadnych. Tłumaczę, że leczenie objawowe, że leczona wirusowa infekcja trwa 7 dni, nieleczona tydzień, że chyba antybiotyk nie będzie potrzebny, a jam nie zwykły przepisywać antybiotyków profilaktycznie, i że nie dam jej odpowiedzi na pytanie jak będzie się czuła jutro i w poniedziałek. Nie jestem jasnowidzem, ale powinno być lepiej. No i terapia do domu: łóżeczko, odpoczynek, ciepła herbatka, malinki, witamina C, paracetamol, disophrol retard. Jak zna jakieś inne domowe sposoby na przeziębienie, to niech je zastosuje.
Do tej pory zastanawiam się czy lekarka, czy nie. Lecz bijąca po oczach bezczelność, opryskliwość i "pewność siebie" (w tym przypadku w złym tego słowa znaczeniu) może jedynie świadczyć o kiepskiej komunikacji i stosunkach z ludźmi. Może jednak weterynarz?
No dobra. Na dziś koniec zrzędzenia. Jutro kolejny "Dzień Świstaka". A może jednak jutrzejszy dzień okaże się milszy niż wczorajszy? Tylko którą tabletkę dziś wybrać - czerwoną czy niebieską?
