zniechęcenie
2009-10-21 23:49:54
Miałem dziś nic nie pisać na blogu.
Miałem szykować się do spotkania z "inglisz diwiżyn", opracować dla nich seminaria i szlifować swój angielski. Wszystko to miałem dziś w zamiarze robić, ale mi nie wyszło. Tak już czasem jest, że nie chce się i tyle. Zwłaszcza po dyżurze, który choć nie był jakoś wybitnie męczący, to jednak jak każdy już dyżur daje o sobie znać. Głównie wieczorami. Już nie te siły co kiedyś, już większa potrzeba odpoczynku. I coraz większe zniechęcenie. Nie do zawodu. Nie do pacjentów. I nie do pracy jako takiej, choć lekko nie jest.
Mam coraz większe zniechęcenie do tego, co się dzieje dookoła. I coraz większy "ambiwalentny" stosunek do tego wszystkiego. Odnoszę nieodparte wrażenie, że ponoszę (ponosimy, bo nie tylko ja jestem w takiej sytuacji) konsekwencje nie przeze mnie podjętych decyzji. Jakby mało było pracy w oddziale, to jeszcze na łeb nam spuszczono studentów anglojęzycznych. Co prawda nie ma ich jeszcze fizycznie, ale ich oddech można już poczuć na karku. Raptem dwa tygodnie do pierwszego z nimi kontaktu. Co innego przedstawić problem w języku polskim, co innego anglojęzycznej grupie studentów w języku, którym się biegle posługują. Trochę przerażające, ale... uświadomiło mi to, że się zmieniłem. Bowiem nie przejmuję się tym zanadto. Kiedyś zapewne sen spędzałoby mi to z powiek. Dziś sen mam całkiem spokojny. Przynajmniej jeżeli chodzi o "english division". Nie wiem czy to dobrze, czy źle ale mam w swoim życiu inne, o wiele ważniejsze dla mnie, priorytety. I nie mam zamiaru tego zmieniać.
Bo jestem już całkiem dużym chłopcem. I wiem, że należy czerpać z życia ile się da, bo:
