słoneczny wątek
2009-10-19 23:03:00
Jako że jesień pełną gębą, a w niektóre dni można by powiedzieć że zima, więc smętne myśli i depresja dobierają się do dzwonka u drzwi.
Do moich zwłaszcza, tym bardziej że nieco ponad tydzień temu leżałem sobie jeszcze na plaży ładując na kolejne miesiące swe baterie słoneczne, przybierając tym samym ochronną barwę w kolorze oliwkowym. Chcę się zatem podzielić choć cząstką słońca przywiezionego stamtąd i ocieplić panujący ostatnio chłodny klimat. Dosłownie i w przenośni. To znaczy i klimat, i ocieplić :)
Zatem wątek o słońcu.
Słońce było na Kos całkiem znośne, a i temperatury nie jakieś szaleńcze. 25-26 stopni w dzień to jak dla mnie całkiem wystarczająco, zwłaszcza że w promieniach słońca robiło się o wiele, o wiele cieplej. Osoba z moją karnacją, a przyznam się że do bladziochów nie należę, nie ma większych problemów z wystawieniem się na działanie ultrafioletu. Lecz, nauczony jakimś poprzednim młodzieńczym wybrykiem, przy pierwszym i drugim wyjściu na słońce zabezpieczyłem skórę swą jakowymś mazidłem z filtrem (najpierw 30-tka, później 10-tka). Nawet czapkę na łeb założyłem, co jest nie byle jakim ewenementem, bowiem wszelakich nakryć głowy nie znoszę! Gogle przeciwsłoneczne także - jedyna rzecz, bez której nie za bardzo dało się poruszać, bo po oczach dawało nieźle.
Ciepło w pełnym słońcu było zatem dość, a nawet i bardziej. Stąd konieczność zażywania kąpieli. Już nie słonecznych a wodnych. Całe szczęście kompleks hotelowy, z którego jak już wiadomo nigdzie się nie ruszałem, dysponował bodajże szesnastoma zbiornikami wodnymi w skrócie nazwanymi basenami. Bosko! Trzy kroki dzieliły nasz pokój od najbliższego! Co prawda wypełnione morską wodą (co psuło nieco efekt), lecz temperatura nie pozostawiała wyboru - kąpiel była obowiązkowa. A że dla mego syna temperatura wody w basenach okazała się być zbyt zimna, to mieliśmy spokój. Po prostu nie podchodził za bardzo do nich, zwłaszcza że znalazł sobie inny obiekt pożądania. Dosłownie i w przenośni. Gnało go do brodzika dla dzieci.


I choć temperatura wody nie odbiegała zbytnio od tej basenowej, to miejsce to, poza atrakcyjną jeszcze w wieku mego syna niewielką zjeżdżalnią, dysponowało jeszcze jedną atrakcją. Atrakcją mogącą interesować także chłopców trochę starszych niż mój pierworodny. Bywała tam moderatorka Adina - pięknie opalone dziewczę z Rumunii, które wymyślając różnego rodzaju gry i zabawy zajmowała się dziećmi tamże. Mój syn polubił ją strasznie i przez pierwsze dwa dni nie chciał się nigdzie indziej ruszać. Brodzik stał się jego Mekką! I choć chwilami, zwłaszcza popołudniowymi, nie było mu za ciepło w brodziku, to chęć zabawy w wodzie z interesującą i miłą moderatorką przeważała.
Nie wiem, czy doszlibyśmy do morza, gdyby nie fakt że spotykaliśmy Adinę także w innych miejscach kompleksu. Ciąg w kierunku ładniutkiej Rumunki został w ten sposób zaspokojony, więc w końcu doszliśmy na plażę. Zaskoczył mnie kolor piasku. Jako stały bywalec polskiego wybrzeża, przyzwyczajony do złocistego koloru plaży, zrzedła mi mina na widok szarej, a miejscami wręcz czarnej łachy nadmorskiego piasku.
Kamienie były OK, choć ostre i łatwo powodujące drobne kontuzje, miejscami tylko utrudniały wejście do morza. Wśród nich pływające małe ławice różnej wielkości rybek (przynajmniej dwóch gatunków z tego com dojrzał). Bez lęku podpływały do ludzi, bowiem... okazało się że z chęcią spożywają chleb dostarczany im w dużej ilości przez turystów.


A to prawdziwa walka o żer. Kotłowało się w wodzie niemalże tak jakby piranie dorwały się do jakiejś sztuki mięsa. A to zwykły chleb był :) Zdjęcia niezbyt dobrej jakości, ale robione zwykłą, samoustawiającą się cyfrówką przecież :)


Po bitwie kręciły się jeszcze w dość dużych stadkach, licząc zapewne na kolejną porcję darmowego pokarmu.

Woda w morzu okazała się być cieplejsza niż w hotelowych basenach. Na nieszczęście dla nas, bowiem nie dało się już tak łatwo utrzymać dziecka z dala od brzegu. Gdyby mógł, to siedziałby w morzu przez cały czas. Ledwo z trudem został wyciągnięty z wody, już mógł ponownie do niej wskoczyć. Po prostu oczy dookoła głowy mieć trzeba. I jakiegoś Cerbera na straży postawić. A i to na niewiele by się zdało. W każdym razie kąpieli doświadczyliśmy wszyscy (nawet moja żona!) wiele. Mając taki oto widok na otaczające morze. Fotki robione już "głębokim" popołudniem, gdy zwykle przypominałem sobie o posiadaniu aparatu fotograficznego :)


Fajno było i tyle. I szkoda było wracać. I nie byłbym sobą, gdybym nie strzelił fotki przepływającym jachtom.


Marzą mi się wakacje, których pomysł podsunął mi Głos Zza Ściany - chciałbym wybrać się w rejsik jachtem (znaczy się wypożyczyć jacht razem ze sternikiem) i pożeglować od mariny do mariny w jakimś ciepłym klimacie. Morze być i Morze Śródziemne, czemu nie! To byłaby fajna przygoda.
Martwi mnie tylko jedno - mogę ten plan zrealizować albo sam, albo mogę go nie zrealizować wcale. Bowiem moja żona boi się i nie znosi żeglarstwa, mimo że kilkukrotnie próbowałem ją do tego przekonać. Na łajbę śródlądową jest w stanie jeszcze wsiąść, ale na pełnomorskiej chyba by oszalała. Szkoda, bo pomysł na spędzenie wakacji uważam za rewelacyjny. Tak pozostanie mi się tłuc po hotelach... Choć z drugiej strony ma to swoje pewne zalety. I wygodniej, i pożywniej, i może jednak bezpieczniej? Ale ciągnie mnie jak nie wiem co. Zwłaszcza, gdy Jesienna Buka do drzwi puka...
