smak poznania

2009-09-06 23:08:51

VII Zjazd Polskiego Towarzystwa Medycyny Rodzinnej, na którym miałem przyjemność być, przeszedł do historii. Zjazd, jak to zjazd - nie trzeba szerzej opisywać. Kto choć raz był na tego typu imprezie ten wie, czym się to je. 

 

A propos jedzenia. Poznań, bo tamże odbywała się ta "naukowa" impreza, będzie mi się niewątpliwie kojarzył z małą ucztą kulinarną. Mnie i mam nadzieję, że towarzyszącym mi osobom których było kilka (Mumina, Przenitek, Kaeri, niejaki GłosZzaŚciany, panna M. i dwie panie M. dwojga nazwisk). I nie chodzi wcale o modrą kapustę (choć i kapustę jedliśmy na tym wyjeździe także), zasmażane buraczki po poznańsku (nie przepadam za buraczkami), szagówki (znaczy się kopytka - uwielbiam), czy sławetne marcińskie rogale. W wolnych od "naukowych rozważań" chwilach zwiedziliśmy troszkę miasto. Głównie "stare", bo i Stary Rynek, i Stary Browar, choć o tym drugim trudno rzec że jest wiekowy.

 

W Starym Browarze, poza szybkim przejściem dość dużej ilości sklepów (ceny wyższe niż w stolicy!), krótkim spojrzeniem na ciekawy i wymagający dużego nakładu pracy i ogromnych sum pieniędzy pomysł rewitalizacji Browarów Huggera, zatrzymawszy się na krótki odpoczynek w "coffeeheaven" smakowaliśmy kawę. Może powiem tak - ja smakowałem tam napój kawowy, bowiem (wstyd, czy nie wstyd się do tego przyznać?) nie byłem jeszcze nigdy wcześniej w tejże kafeterii. Zatem (po smakowaniu) przypadło mi do gustu klasyczne frostito kawowe - kawa wymieszana z rozdrobnionym na miał lodem. Orzeźwiający kawowy chłodzik! Pyszne!

 

Ale ważniejszy pod względem kulinarnym okzał sie być Stary Rynek i okoliczne uliczki. Mieszkaliśmy bowiem tuż tuż, a okna naszych pokoików wychodziły na restauracyjkę, której smak był pewien od spojrzenia na jej nazwę - "The Mexican". Zapowiadało się ostre i smaczne jedzonko. Zaczęliśmy oczywiście od Nachos z kilkoma różnymi dipami do tego. Najostrzejszy (ten pomidorowo-paprykowy) był chyba najlepszy. Następnie dania główne. Każdy wybrał coś innego. Ja tym razem kierowałem się wagą dania (0,45 kg) wybierając Solomilo de Cerdo, co na przetłumaczywszy na polski okazało się być podaną na frytkach i sałatce z kapusty, kukurydzy i czegoś tam (ale dobrze przyprawione) przepysznie zgrilowaną polędwicą wieprzową z ziołami i dodatkiem ostrego sosu, Nie spociłem się za bardzo, co świadczy o małej ostrości potrawy. Pyszne i dość ostre danie w postaci zapiekanych papryczek wybrała jedna z pań M., która notabene namówiła nas na odwiedzenie tejże knajpki. Danie popijałem jak wszyscy piwkiem, ale nie odmówiłem sobie także trunku z agawy, zwłaszcza że podawała je sympatyczna kelnerka :)

 

Po obżarstwie w knajpce meksykańskiej (niektórzy pochłonęli niemalże kilogramowe dania) przeszliśmy się, szukając dalszych kulinarnych wrażeń, po poznańskim Starym Rynku. Ładne miejsce, zwłaszcza w oświetleniu nocnym. I jak wszystkie rynki w Polsce pełne ogródków restauracyjnych. Mumina (będąc w Poznaniu na jakimś kursie) zaprowadziła nas w boczną uliczkę, gdzie wchodząc na dziedziniec którejś z kamienic znaleźliśmy się w innym (czytaj zaczarowanym) świecie. "Cocorico cafe" - taką bodajże nazwę ujrzałem zachwyciła ogródkiem. Wiszące z nieba girlandy liści jakiejś pnącej rośliny, tchnące w nas świeżość i dające niewątpliwie chłód w gorące dni. Oczywiście że kawka była, niektórzy skusili sie na ciasto, ja zaś podtrzymując meksykański smak zakończyłem wieczór drinkiem Morton’s Special (wódka, tequila, sok pomarańczowy i grenadina). Zjadłem także po raz pierwszy w życiu owoc dzikiego agrestu, którym tenże drink był przyozdobiony. Zjadliwe, o smaku cierpko-kwaśnym. Żyję do tej pory :)

 

Następnego dnia na zjeździe poza dużą ilością różnej maści kawy załapaliśmy się na tzw lunch. Do wyboru były cannelloni ze szpinakiem lub jakieś "chińskie" żarcie. Cannelloni zjadliwe, danie azjatyckie - nie wiem. Potem opisywany już Stary Browar i przejście ulicą Ratajczaka do indyjskiej restauracyjki Reeta’s Haveli. Prowadzona przez Hindusów daje lekki pogląd na to, jakże ogzotyczne, jedzenie. Oczywiście jeden posiłek nie wystarczy do poznania hinduskiej kuchni, ale że i tym razem wszyscy zamówili coś innego, to popróbowaliśmy różnych smaków. Piliśmy tam mango lassi - napój z mango, jogurtu i mleka - ja tylko skosztowałem, bowiem nie do końca dobrze znoszę produkty mleczne. Ale przyznać muszę, że napój orzeźwiający i smaczny. Potem dania główne - ja zamówiłem jagnięcinę w sosie curry z dodatkiem białego ryżu. Smaczne, bardzo curry, trochę ostre. Ale znów najlepsze (i zarazem najostrzejsze) danie wybrała jedna z pań M., która notabene bardzo nas na wyprawę do tejże knajpki namawiała. Kolejne ciekawe kulinarne przeżycie.

 

Po drodze gdzieś tam było jeszcze KFC i pikantne skrzydełka, różne napoje i kawy na kolejnym dniu zjazdu, ponownie frostito w coffeehaven tuż przed wyjazdem, kawa w pociągu i powrót do domu. Tyle kaw, w ciągu krótkiego przecież pobytu w stolicy Wielkopolski, jeszcze w swoim życiu nie wypiłem. Z reguły pijam jedną w ciągu dnia. Ale takiej jeszcze nigdzie nie serwowali :))))



Dodane w kulinaria

Komentarze: 6

mumina 08.09.2009 r., 22:16
(: bieg w czółenkach powoduje pragnienie - pragnienie powoduje "wypicie" - "wypicie" koi ból biegu w czółenkach... ot i koło się zamyka :)
misiek 08.09.2009 r., 21:35
Trudno po wizytach we "flaszkarniach" i biegu w czółenkach nie być spragnionym :)
mumina 07.09.2009 r., 22:14
Mango lassi było pyszne - polecam, wypiłam jednym haustem :)
misiek 07.09.2009 r., 21:35
Zawsze z takim żarciem problempojawia się następnego dnia. Przypomina się ostrość potraw. W dwójnasób!
MSI 07.09.2009 r., 08:33
Po takim menu, to na deser wyłącznie RAPHACHOLIN
MSI 07.09.2009 r., 08:32
tu wpisz komentarz...

Dodawanie komentarza