refleksja...

2009-08-01 23:36:45

...nad dniem wczorajszym. Opisywana wściekłość minęła. Chyba odpoczynek i perspektywy spędzenia kolejnego wolnego weekendu w domu podziałały kojąco. Nie na tyle jednak, by nie odnieść się do zdarzeń z dnia poprzedniego, bowiem jest to kolejny w ciagu krótkiego okresu czasu przykład bemyślności i skrajnej wręcz ignorancji w sposobie działania przewoźników (znaczy się karetkowiczów). Myślę, że nie do końca trzeba ich o to obwiniać, ale osoby zatrudnione w roli telefonistów-rejestratorów-dyspozytorów powinny mieć trochę więcej rozeznania w sprawach życia i smierci niż przysłowiowa już Goździkowa, która może pomoże na ból głowy, ale innej decyzji oprócz porady przyjęcia reklamowanego leku (niech bedzie kryptoreklama - etopiryny) nie podejmie. A z przeprowadzonych przeze mnie w ostatnich dniach rozmów z telefonistami-rejestratorami-dyspozytorami jednoznacznie wynika, że nie czują bluesa.  

 

W poprzednim poście nie doddałem, że całą zaistniałą sytuację opisałem w karcie ambulatoryjnej pacjenta oraz w raporcie lekarskim Izby Przyjęć. Dość dokładnie - z godziną wezwania nieszczęsnego zespołu i godziną ich przyjazdu do szpitala. Nie żebym był osobą skarżącą się, czy donoszącą na kogoś. Co to, to nie! Nie mój styl, nie moja filozofia, po prostu nie Misiek. Kto zna, ten wie. Mam przynajmniej taką nadzieję. Ale moja cierpliwość skończyła się. Poza tym mając przed oczyma mozliwość śmierci pacjenta oraz wizję spotkania z prokuratorem poczyniłem wpisy zgodnie z powszechnie znaną zasadą - ChSD. Dla niewtajemniczonych - chroń swoją dupę! 

 

Ponieważ strasznie bazgrolę, a że notatki były odręczne, niedawno powołany kolejny dyrektor (pełniący obowiązki dyrektora ds medycznych) poprosił mnie o tłumaczenie (znaczy sie odczytanie) zapisków. Grzecznie przedstawiłem w kilku zdaniach sytuację z ranka dnia wczorajszego. Nawet rzuciłem hasło o piśmie do władz przewoźnika w celu wytłumaczenia zaistniałej sytuacji... I co? Wielkie G! Że trzeba ich zrozumieć, bo godzina niewyjściowa, bo akurat zmiana zespołów bo coś tam jeszcze... Nie dyskutowałem, bo po co. Byłem wściekły i zmęczony, więc mogłem palnąć coś nieprzychylnego. Poza tym szkoda tracić energię na tłumaczenie spraw, dla niektórych z założenia niezrozumiałych. Ponadto od dłuższego czasu odnoszę wrażenie, że w naszej placówce medycznej nikt z władz nie ma ochoty podjąć jakiejkolwiek decyzji (nawet najbardziej błahej, nie mówiąc o tych najważniejszych).

 

Zatem dupa blada. Powtórzę więc za postem poprzednim - coraz mniejszą mam ochotę robić jako błazen na arenie naszego szpitala w cyrku zwanym "służba zdrowia". Nikt sobie z niczego nic nie robi (takie wielkie nicestwo). A ja jestem ulepiony z innej gliny. A że jestem coraz starszy, to nie za bardzo widzę możliwości jakichkolwiek zmian. I w moim postępowaniu, i w postępowaniu innych. Ciekawe do czego to doprowadzi?!

 

Eh, miało być milej niż poprzednio, lecz nie udało się. Zaleganie afektu?! Może...

Dla rozweselenia chciałbym zatem na koniec zapodać kawałek, który kojarzy mi się dobrze. Zwłaszcza jak zamknę oczy i wsłucham się w muzykę i słowa...

 

...a hush in the air, you can feel anywhere...

 

 

 

 



Dodane w praca , muzyka

Komentarze: 5

misiek 02.08.2009 r., 22:09
Brak wyobraźni i totalna ignorancja dotyczy niestety nie tylko słuchawkowych pisarzy-wysyłaczy :(
przenitek 02.08.2009 r., 17:22
Muzyka uspokaja, a rzeczywistości raczej nie zmienimy.....
leala 02.08.2009 r., 14:47
Dobrze, że ta historia skończyła się, z tego co piszecie, pomyślnie dla pacjenta...ale brak wyobraźni wspomnianych "telefonistów-rejestratorów-dyspozytorów" mrozi krew w żyłach...takich zaniedbań przecież nie można usprawiedliwiać argumentami typu: bo była zmiana zespołów! Ech...
mumina 02.08.2009 r., 02:05
... i żyje dalej... najnowsze wieści są pomyślne :)
kaeri 02.08.2009 r., 01:11
Najważniejsze, że pacjent odżył. Miał szczęście chłopina.

Dodawanie komentarza