wściekłość...

2009-07-31 22:50:07

...mnie ogarnęła z samego rana! To trochę niedobrze, gdy dzień zaczyna się od złości. Ale życie pokazuje nad wyraz dobitnie, że niełatwo podyżurowy dzień zacząć z uśmiechem, że samemu niestety świata się nie zawojuje. Bardzo często potrzeba pomocy ze strony innych. I chęci współpracy, bo czasem bardzo wiele od tej fachowej, wydawać by się mogło, współpracy zależy. Bardzo wiele, to znaczy zdrowie i życie pacjenta. Bo przecież dyżur w szpitalu to nie zabawa klockami, czy kopanie dołków w piaskownicy. To bardzo ciężka i bardzo odpowiedzialna praca. Praca, której efekty może zniszczyć ignorancja innych...

 

Przeżywszy kolejny survival z cyklu "wielka medyczna przygoda" zaczynałem już myśleć o orzeźwiającym prysznicu, gdy tuż przed godziną 7.00 pojawiła się w Izbie Przyjęć jedna z moich "ulubionych lekarek" stołecznego Pogotowia Ratunkowego. Narobiwszy dużo szumu i krzyku (jak zawsze gdy wpada do Izby) pozostawiła mi pacjenta ze wstępnym rozpoznaniem "bradykardia". Co do wywiadu - nic. Nawet nie pokusiła się o jego zebranie. Po prostu veni, vidi, vici. Choć w jej wykonaniu powinno brzmieć: zobaczyłam, przywiozłam, zostawiłam! 

 

Fajno! Rzut oka na pseudoelektrokardiogram nakręcony w karetce (kawałek taśmy z zapisem z niewiadomych odprowadzeń) i wiem, że przywieziony mężczyzna ma blok III stopnia. Czynność serca około 30/min. Rzut oka na pacjenta - w całkiem niezłej formie?! Bardzo dobrze toleruje wolną czynność serca. Badam dokładniej - trzyma ciśnienie (130/80 mmHg), czynność serca już koło 55 ("ulubiona lekarka" zakłuła się i podała nawet atropinę), więc dobrze jest. Zatem w tak zwanym międzyczasie, gdy kręcone jest nasze Ekg zbieram wywiad. Zawał serca! Objawy aż nadto charakterystyczne, ale trzeba było się pokusić o zamienienie dwóch, trzech zdań z chorym. Elektrokardiogram potwierdza - "świeży" zawał ściany dolnej. Wszystko pasuje - typowe dolegliwości, przejściowy blok, zaburzenia rytmu serca... 

Zatem hemodynamika... Nie jest łatwo, bowiem okazuje się, że pacjent dodatkowo cierpi na schizofrenię paranoidalną! Wiem, bo pojawiła się rodzina. Krótka rozmowa chorego z żoną i synem pomaga mu w podjęciu decyzji. Tak, wyraża zgodę na zabieg. Uff! Nic bowiem lepszego mu nie zaoferuję. Zatem hemodynamika! Telefon do pracowni, w której zwykle nie odmawiają. Tym razem niestety nie mają szpilki gdzie wetknąć, ale doktor dzwoni do kumpla z innego ośrodka (słyszę całą rozmowę w słuchawce) i bukuje mi tam miejsce! Dzięki ogromne! Przecież liczy sie każda chwila!

 

Teraz telefon do przewoźników. Tych, z którymi mamy podpisaną umowę! Jestem przyzwyczajony do tego, że wypytają się niemalże o rozmiar kołnierzyka i numer buta lekarza zamawiającego przewóz, ale irytuje mnie ogrom czasu traconego na te wszystkie "duperele". Dobra! Zlecenie przyjęte. Wysyłają zespół "R". Pozostaje tylko czekać. Wcześniej zapodałem niezbędne w takim przypadku medykamenty, a że ból w klatce piersiowej nasilał się to i morfina poszła w ruch. Dolegliwości zmniejszyły się, ale na nowo pojawił się blok III stopnia. Extra! Całe szczęście pacjent dobrze to znosi. Wydolny krążeniwo i oddechowo! Podaję atropinę. Poskutkowała poprzednio, więc i teraz może też. Niestety, nie. Cholera! Robi się ciekawo! Blok jaki był, taki jest. Czynność serca równie szybka! 25-30/min...

Nie za bardzo kontroluję czas, bo i po co? Przecież wezwałem zespół "R"... Do chorego z zawałem serca... Do chorego, który ma pojechać do ośrodka z pracownią hemodynamiki... Rzut oka na zegarek! Że co?! Minęło już 30 minut i pogotowie nie przyjechało?! Cholera! Telefon! Dzwonię ponownie z zapytaniem, czy przypadkiem zlecenie sprzed pół godziny gdzieś się nie zawieruszyło (kiepski to bowiem czas okolice godziny 7.00, bo następuje tzw. zmiana, czyli zespoły dyżurujące wymieniają się). Paniusia (bo inaczej jej nie nazwę) ze zdziwieniem informuje mnie, że kolega nie przekazał jej nic o pilności, że nie wiedziała nic takiego, by zespół "R" miał jechać szybko na sygnale... I zadaje mi pytanie: "Czy chory to pacjent z zawałem i jedzie na hemodynamikę?". Wściekłość ogarnia mnie ogromna! Z kim zatem rozmawiałem wcześniej? Jakiś debil siedział przy telefonie? A może jakiś głuchy? A może to moja wina - o tym, że bazgrolę jak kura pazurem wiem, ale może i mowę mam niewyraźną i trudną do zrozumienia? A może ktoś podszywał się pod rejestratora-telefonistę z centrali związanego z nami przez "umowę" przewoźnika? Sabotaż jakiś, czy co? Niedobrze mi się robi, gdy mam do czynienia z ludźmi bez krztyny pomyślunku. Ignorancja i bezmyślność niektórych sięga zenitu. Coraz więcej takich ludzi spotykam na swojej drodze. Niedobrze się dzieje w tym kraju! Paniusia z którą rozmawiałem informuje mnie zatem, że przekazuje zespołowi karetki "R", by jachał szybciej (znaczy się na gwizdkach). Mam nadzieję, że będzie to statystyczne 8-10 minut. Mylę się. "R-ka" przyjeżdza po jakichś 15 minutach. Mam nieokreślone przeczucie, że dopiero mój drugi telefon spowodował wyjazd karetki z bazy. Draństwo! I tyle! Ale dobrze, że w końcu są.

 

I tu, jak zwykle w takich przypadkach (a zgodnie z założeniami filmów Hitchcocka) napięcie zaczyna rosnąć lawinowo. Bowiem pacjent (chyba na widok wchodzącego z uśmiechem na twarzy lekarza zespołu "R") zatrzymuje się. Odruchowo zaczynam prowadzić akcję reanimacyjną. Masaż zewnętrzny! Worek Ambu! Adrenalina! Wezwać anestezję! Jednoczasowo zatrzymuję w drzwiach chętny do odjazdu, a jakże spóźniony w tym momencie, zespół pogotowiarski. Wyreanimuję pacjenta! A wy czekajcie! Jak będzie "stabilny", to zabieracie go na gwizdakach na kardiologię!

 

O dziwo w zapisie Ekg nie asystolia (której obawiałem sie najbardziej), a migotanie komór. Zatem defibrylacja! Po strzale, na monitorze widzę szybki rytm (170/min), chyba czestoskurcz. Teraz bolus z Xylokainy, potem we wlewie. I amiodaron. Pacjent przytomny, odpowiada na pytania. Wyrwałem go z zaświatów! Pani z kosą tym razem przegrała! W elektrokardiogramie ponownie blok III stopnia, ale czynność serca około 50/min. Pacjent ustabilizowany. Przekazuję dokumenty już nie za bardzo uśmiechniętemu lekarzowi. Chory może jechać na hemodynamikę. To jedyny dla niego ratunek.

 

Bardzo dużo satysfakcji z uratownia czyjegoś życia!

Ale i bardzo dużo wściekłości na "kooperantów", którzy straciwszy cenne pół godziny mogli być bezpośrednim powodem śmierci chorego!

Niestety coraz mniejszą mam ochotę występować w tym cyrku i robić za błazna. A horrory wolę oglądać na ekranie, niż przeżywać je na własnej skórze. I chciałbym, by Polska przestała być krajem absurdów



Dodane w praca

Komentarze: 4

misiek 07.08.2009 r., 14:36
Miło usłyszeć pochwały od człowieka nie z branży :)
Lea 07.08.2009 r., 08:10
Wielki Szacun kolego nie po fachu! :)
misiek 01.08.2009 r., 22:26
Nic dodać, nic ująć!
mumina 01.08.2009 r., 13:29
Too many men Too many people Making too many problems ... Can’t you see This is a land of confusion. This is the world we live in And these are the hands we’re given Use them and let’s start trying To make it a place worth living in.

Dodawanie komentarza