una varieta di pasta
2009-07-28 00:01:46
Pierwszy od miesiąca wolny weekend spędziłem w domu. Nie, żebym nie chciał się gdzieś ruszyć, ale wykonana u mej latorośli adenotomia z konchoplastyką (to jest usunięcie "trzeciego" migdałka - znaczy się gardłowego i korekta przerośniętych małżowin nosowych) wymagają pewnych wyrzeczeń. Zarówno z jego, jak i z naszej (czytaj rodziców) strony. Polega to głównie na conajmniej tygodniowym przebywaniu w pomieszczeniach zamkniętych. A że piątek wypadał raptem dwa dni po zbiegu, stąd weekend wypadło spędzić w tak zwanym zaciszu domowym. Może i dobrze, bowiem niedzielna aura w stolicy nie zachęcała do wyjścia poza mury. Temperatura jak dla mnie OK, dla mełego też - nie można przy okazji przegrzewać osobnika, lecz nagłe i niespodziewane opady deszczu nie do końca sprzyjały jakimkolwiek wojażom. Nawet tym niedalekim. Zatem trzy dni w domu. Fajno. Odespałem całe zmęczenie, nadrobiłem zaległości w byciu ojcem, porozmawiałem nawet chwil kilka z "drugą połówką jabłka", trochę posiedziałem przed telewizornią (głównie sport i wiadomości) i dość sporo czasu spędziłem w kuchni... Jakoś tak mam, że gdy jestem w domu to niestety ciągnie mnie do spiżarni. Właściwie jak każdego niedźwiedzia. A że i staram sie czasem coś uwarzyć, to kuchnia jest przednim miejscem do realizacji smakowych zachcianek. Weekend zdominowany został przez makaron.
Nie, żeby innych smakołyków nie było. Sezon przecież na owoce, a że w sobotę rano udałem sie na ryneczek (tutaj wolą niestety mówić bazarek) to i w domu pojawiło się ich mnóstwo. Słodkie morele i maliny, borówka amerykańska, czereśnie (ubóstwiam te wielkie - odmiana kordia - o skórce ciemnobordowej lub jakby powiedział znawca win - w kolorze burgunda a miąższu twardym i słodkim). I jagody. Nie jestem jakimś wybitnym ich entuzjastą, ale żona zapodała taki koktajl z jagód, że palce lizać. Może jednak usta lizać (oblizywać!), bo przecież nie ma siły, by fioletowy szron napoju nie osiadł na mych wargach i wąsach :) Zatem owoce mamy zaliczone. Szkoda tylko że, mimo przecież dość dobrej aury dla sadowników, ceny trzymają się wysoko. Ale warto. Zwłaszcza te czereśnie...
Były jeszcze posiłki główne. Śniadania raczej bez ekstrawagancji, choć sporządzony przeze mnie niedzielny twarożek ze szczypiorkiem podany z chrupiącą bułką z masłem i pomidorem z szalotką był ekstra! Proste danie, ale jakże smacznie rozpoczyna się dzień... Kolacji z racji obiadowego obżarstwa nie było, więc przejdę od razu do posiłków spożywanych w środku dnia.
Piątek. Mając nieco kurek postanowiłem zrobić je w śmietanie. Przepis skrajnie prosty, należy jedynie pamiętać o dość dokładnym ich umyciu, chyba że ktoś lubi czuć zgrzytający między zębami piasek. No i zblanszować, żeby nie były za bardzo twarde. Reszta to "piece of cake" jak mówią Anglicy. Przesmażyć na maśle cebulkę, następnie dodać kurki, trochę posmażyć jeszcze, dodać pokrojony koperek lub natkę pietruszki, posolić, popieprzyć (koniecznie pieprz świeżo zmielony) i dodać śmietany. Musi być gęsta (22 lub więcej procent). Trochę jeszcze podusić i... podawać. Najlepiej smakują prosto z patelni bez dodatków, ale że "połowica" chciała makaron, to ugotowałem w tak zwanym międzyczasie tagliatelle, wrzuciłem je na patelnię z kurkami, wymieszałem i przerzuciwszy danie na talerze posypałem jeszcze z wierzchu natką pietruszki. Do tego wino. Co prawda powinno być czerwone wytrawne, ale nie miewszy takiego na stół wtoczył się riesling, który skomponował się z potrawą wyśmienicie. Nie wiem tylko, czy byliśmy aż tak głodni, czy rzeczywiście wyszło smacznie...
Sobota. Od dłuższego czasu chodziła za mną "chińszczyzna". Postanowiłem więc zabawić się nieco i zrobić jakąś pseudazjatycką potrawę w domu. Były składniki, byłem ja i kuchnia gotowa mi pomagać. Przepisy kuchni azjatyckiej nie są bardzo skomplikowane, więc zabrałem się do roboty. Znalazłszy pieczarki, paprykę czerwoną, seler i por pokroiłem je w słupki. Poobnie uczyniłem z filetem z piersi kurczaka. Przesmażyłem na ryżowym oleju mięso z dodatkiem kilku ząbków pokrojonego w drobną kostkę czosnku, następnie wrzuciłem warzywa, posmażyłem jeszcze chwil kilka i dodałem wcześniej przygotowaną zalewę (mieszanina sosu hoisin, sosu sojowego, cukru i soli). Jeszcze tylko dwie, trzy minuty smażenia i... potrawa gotowa. Małżonka znów uparła się na kluski, więc wyjąłem z zakamarków makaron gryczany (TOKYOTO) i zapodałem danie posypane pokrojona cebulka dymką. Dość smacznie, ale na przyszłość chyba trzeba będzie trochę więcej sosu hoisin, może dodać jeszcze przyprawę "Pięć smaków" żeby było bardziej "chińsko". Dla mnie stanowczo za delikatnie, ale żonie smakowało. Albo była tak głodna...
Niedziela. Też makaron. A jakże. Oddałem niedzielne kucharzenie małżonce - od rana w garze powoli dochodził rosół, a że weekend makaronowy, tym razem podany został w wydaniu "śródziemnomorskim". Do przesmażonych na oleju winogronowym papryki, oliwek i czosnku odała pesto z bazylią, jeszcze trochęposmażyła i wymieszawszy z ugotowanym wcześniej szerokim pszennym makaronem zapodała na stół. Smaczne, chociaż trochę tłuste (chyba przez to pesto). Ale najedliśmy się po kokardki...
A na deser były lody śmietankowe. Latorośl zadowolona, bowiem może sobie poużywać. Dozwolone niemalże bez ograniczeń. Gdyby mógł, jadłby tylko lody :)
Fajna domowa, weekendowa kuchnia. Waga zaczyna nie wytrzymywać ciężaru... Ale jakże się tu oprzeć pokusom jedzenia, gdy siedzi się w domu? Zwłaszcza, gdy przez cały dzień ciągnie się za człekiem jedna z piosnek chwalących rozkosze podniebienia. Choć panowie w "teledysku" wydają się być oderwani od rzeczywistości, to tekst piosenki opisuje w dużej mierze włoskie dobra spożywcze :)
