polskie drogi...
2009-07-12 12:38:25
...to tytuł świetnego polskiego serialu o czasach wojny i okupacji. Nie o przeszłości chciałbym, ale o teraźniejszości. I nie w przenośni, a dosłownie. Nurt narzekania i biadolenia skieruję tym razem nie na ogólnie pojętą "służbę" zdrowia (zwłaszcza tę najbliższą - czytaj szpital), ale na sprawy bardziej przyziemne (dosłownie i w przenosni).
Dziś o polskich drogach i... ich remontach. Zostałem nieco zmotywowany do tego przez moją małżonkę, która dopiero co wróciła ze służbowego wyjazdu poza granice naszego kraju. Jazda samochodem musiała być w tym kraju (jednym z europejskich) przyjemnością, bowiem podobno prędkość 140km/h była podstawową w poruszaniu sie tamże, a wóz mknął po szosie jak po gładkiej tafli. Bez wybojów. Bez zbędnych drgań. Bez niebezpieczeństwa wjechania w dziurę...
Nieco odmienny od wyżej opisanego jest stan dróg naszych. Jeździmy po nich wszyscy, czy to prowadząc samochód, czy w roli pasażera, więc nie muszę opisywać katorgi podróży polskimi drogami. Mnożyć możnaby przykłady najgorszych dróg. I nie myślę tutaj o trasach gdzieś na krańcach Polski, nie myślę o drogach podrzenych, ale tych głównych noszacych miano "krajowe". Jaki kraj, takie drogi chciałoby się powiedzieć. I coś w tym jest, bowiem dopiero co wyremontowane, w krótkim czasie nadają się do ponownego remontu. Jak wszystko w Polsce :)
Na dodatek okres wakacyjny jest ubóstwiany właśnie przez wszelkiego gatunku ekipy remontowe mające rzekomo na celu "poprawę stanu nawierzchni". Zarówno w miastach jak i poza nimi. Niby logiczne. Ludzie wyjeżdżają na wakacje, powinien ruch być mniejszy, więc remontujemy. Miesiąc, dwa, trzy... i dłużej też. Remontujemy w taki sposób, że duża część miasta jest wyłączona z ruchu (np. ciąg most Śląsko-Dąbrowski, Plac Bankowy, Aleja Solidarności zwłaszcza jej skrzyżowanie z Aleją Jana Pawła II). Przejazd przez centrum w godzinach szczytu zawsze był trudny, teraz jest tragiczny. Korkują sie wszystkie ulice dookoła. 5-minutowa kiedyś jazda staje się około półgodzinną wyprawą. Tak jest w stolicy (a remontownych jest jeszcze parę innych miejsc), tak jest zapewne i w innych miastach. Pozostali "niewyjechani urlopowo" nieszczęśnicy męczą się zatem jazdą na stojąco w zakorkowanym mieście, jeżdżąc bocznymi uliczkami, których stan nawierzchni pozostawia wiele do życzenia :)
Wydaje się, że drogi pozamiejskie powinny być zatem w okresie wakacyjnym wolne od remontów. Nic bardziej mylnego. Modernizacja skrzyżowań (patrz masowa produkcja rond), naprawa zniszczonej nawierzchni asfaltowej (lub pseudoasfaltowej), poszerzanie dróg (znaczy się dorobianie poboczy), czy nawet zapoboczowe prace melioracyjne w dużej mierze dezorganizują ruch w kierunkach miejsc masowego urlopowania (Bałtyk, Mazury, góry). Wyrwawszy się zatem z remontowanych "drożnie" miast trafiamy na kolejne remonty, które sprawiają że wakacyjna podróż staje się męczarnią. I choć ta w stronę urlopowiska nie wydaje się aż tak przykra (przed nami wszak okres wypoczynku), to droga powrotna nie nastraja optymistycznie - nie dość, że wracamy do pracy, to jeszcze wjeżdżamy do zakorkowanego przez remonty miasta!
Istne szaleństwo! Kwadratura koła!
Jak fajnie jest sobie ponarzekać na coś odmiennego niż stan "służby" zdrowia. Lżej się robi na duchu. I jak fajno, że problem stanu jakościowego polskich dróg nie dotyczy tylko mnie. Gdy sobię pomyślę, że w korkach nie "jadę" sam, to robi się lżej na duszy. Tylko dlaczego tak musi być?
Post walnąłem w tzw. międzyczasie pomiędzy jednym, drugim a trzecim nieszczęśnikiem przywiezionym do tutejszej placówki medycznej. Dla niewtajemniczonych: kolejna wielka medyczna przygoda!
Załączam kawałek, przy którym nieźle się pogina po drodze. Oczywiście jeżeli sa na to warunki :)
Phil Lynnot i Thin Lizzy. Stare, ale jare!
