upoj(o)ny dyżur
2009-07-06 21:23:15
Sobota. Dla większości dzień wolny od pracy. Dla mnie akurat nie (miałem dyżur w Izbie Przyjęć), ale nie o tym. Zatem dzień wolny od pracy, dodam że parny i gorący. Najfajniej byłoby siedzieć gdzieś nad wodą (na wodzie lub w wodzie) i popijać zimne piwko (przecież wszystko jest dla ludzi). Zatem dzień wolny od pracy, parno, gorąco i pić się chce. Jak cholera. Niektórym bardziej niż innym. Do tego niekoniecznie wody (gazowanej lub nie), soków lub oranżady, niekoniecznie kawy czy herbaty (zwłaszcza mrożone są ekstra w taki upał, choć to te gorące naprawdę gaszą pragnienie), niekoniecznie nawet wcześniej wspomnianego piwka! Niektórym w taki dzień chce się pić tzw. alkohole wysokoprocentowe. W dodatku w ilościach powalających niejednego na łopatki i w warunkach urągających czemukolwiek. Bowiem pite na świeżym powietrzu w pełnym słońcu napoje wysokoprocentowe działają naprawdę zniewalająco. Dosłownie i w przenośni.
Sobota. Przyjazd zespołu Pogotowia Ratunkowego. Godzina 10.00, może 11.00. Rozpoznanie: "upojenie patologiczne"! Ciekawe skąd to wiedzą?! Bo według definicji to bardzo rzadko pojawiający się stan krótkotrwałych zaburzonych zachowań i świadomości z gwałtownymi nieukierunkowanymi działaniami i niezrozumiałą agresją, pokryty niepamięcią (może wystapić po dowolnej ilości wypitego alkoholu). To, że delikwent będzie miał niepamięć to pewnik, bo leży jak kłoda, ledwie reaguje na ból, a woń roztaczająca się wokół mogłaby posłużyć reklamie jakiejś gorzelni. Zatem może prędzej zatrucie alkoholem? Ale nie. Na skierowaniu stoi jak wół: "upojenie patologiczne". To i tak lepiej niż wcześniej stawiane w takich przypadkach rozpoznanie: "stan po zasłabnięciu". Trudno. Zbadać trzeba... Poza tym, że jest "uchlany w tak zwanego trupa", to nic mu nie jest. Stężenie alkoholu - 3,46 promila. Nieźle, ale rekord to nie jest. Postępowanie rutynowe - niskie nosze (żeby sobie łba nie rozbił), płyny w żyłę (głównie glukoza) i czekamy, aż nadmiar płynów znajdzie ujście drogą naturalną (tzw. wody płodowe odpłyną). Wtedy to takowy delikwent najczęściej budzi się i odchodzi w kierunku nieokreślonym... Czasem hasło "Kolska" (przy tej ulicy znajduje sie stołeczna Izba Wytrzeźwień) działa na takowego jak płachta na byka i jeszcze szybciej odzyskuje "świadomość" (jeżeli wogóle takową kiedykolwiek posiadał). Nie zatrzymujemy siłą...
Sobota. Trochę później - około 13.00 (dawniej o tej porze rozpoczynała się sprzedaż alkoholi, dziś - wolna amerykanka, sklepy całodobowe, stacje benzynowe - chlać można przez całą dobę). Kolejny przywieziony "chory". Rozpoznanie na skierowaniu - "upojenie patologiczne"!! Czyżby rodzina tamtego? Kolejny rzadki przypadek w naszej Izbie Przyjęć! Co za ciekawy dzień! Badania - 5,58 promila. Też nie rekord, ale całkiem nieźle. Postępowanie podobne. Po kilku godzinach pojawiła się zaniepokojona rodzinka (w tak zwanym miedzyczasie miał już w pokoju VIP-owskim towarzysza niedoli). "Czy ktoś go zatruł?" Odpowiadam: "Nie widzę śladów krępowania na rękach, czy nogach, twarz nie poharatana, i wogóle nie stwierdzam śladów przemocy fizycznej, więc zakładam że nikt siłą nie zmuszał do picia alkoholu... Zatem zatrucie tak, ale na własne życzenie..." Zabrali "upojonego" do domu. Nawet nie czekali na papiery...
Sobota. Godzina 14.00. Kolejne "upojenie patologiczne" przywiezione przez zespół pogotowia. Cholera. Same ciekawe przypadki. Rzadkie to przecież rozpoznanie, a w dniu dzisiejszym już trzeci taki przypadek w naszym szpitalu! Tym razem zapowiadają się schody. Łeb rozwalony. Jedno oko wygląda jak dorodna fioletowa śliwa - szpara powiekowa niemożliwa do rozwarcia. Nos rusza się we wszystkie strony. Zatem trzeba CT. Głowa z twarzoczaszką. Co ciekawe - delikwent gada. Nie, że sam z siebie. Trzeba trochę cierpliwości i tzw. bodźców drażniących, ale przemawia. Podaje nawet swoje personalia, datę urodzenia i miejsce zamieszkania (dokumentów przecież nie ma, bo zapewne gdzieś zginęły). I tu (poza oczywiście upojeniem z rozpoznania) zaczyna się kolejna patologia... Bowiem niezbyt przekonany co do wybełkotanych danych osobistych "pacjenta" pozwoliłem sobie zadzwonić na Policję. Wiem, że często to właśnie Policja jest "pierwszym kontaktem" dla podobnych osobników. Zatem zadzwoniłem na Policję chcąc uściślić cudem zdobyte przeze mnie od "chorego" dane. I co? Nie można od ręki ustalić tego typu wiadomości... Trzeba uruchomić zespół wyjazdowy... Bo trzeba protokół i takie tam inne... Po godzinie przyjechało dwóch funkcjonariuszy (bez pasków na pagonach, więc najmłodsi). Nawet nie byli zdziwieni problemem. Na moje hasło, że trochę szkoda tracić kasę podatników (także moją przecie!) na takie duperele wysyłajac dwójkę ludzi do sprawdzenia danych nawet nie byli zdziwieni. Chyba to nie jest najgłupsze zadanie z jakim mieli do czynienia w trakcie służby! W każdym razie ustalenie danych polegało na głośnej rozmowie przez krótkofalówkę z kimś kto sprawdzał w komputerze, tak pieczołowicie wyłowione przeze mnie z głębin alkoholowych oparów, dane. Wydaje mi się, że z tym kimś od komputera z danymi można się porozumieć tylko przez krótkofalówkę! Ależ niesamowita organizacja pracy! Podziwiam Policję! Koniec końców dane osobniczo-adresowe zostały potwierdzone (co upewniło mnie o braku powikłań mózgowych po urazie i o całkiem niezłej "głowie" delikwenta!), w CT poza nosem z wieloodłamowym złamaniem nic złego nie było, laryngolog za bardzo "przypadkiem" sie nie przejął, a sam rzeczony po odejściu "wód płodowych" odszedł w siną dal... Aha, "upojenie" wynosiło 5,21 promila...
Sobota. Już nie pamiętam która godzina, ale później. Tym razem poważna sprawa! Podtopienie. Ale z zabarwieniem upojenia alkoholowego w tle (tym razem bez epitetu "patologiczne"). Dzień bowiem gorący i parny, pić się chce jak cholera, więc ludziska piją co im kto da (zwłaszcza kolega przecież), a że starczyło tylko na wysokoprocentowe trunki, wiec się piło takowe. Wypiwszy do woli delikwent chciał nieco ochłodzić się w jednym ze stołecznych wodotrysków. Nie była to tak znana fontanna jak rzymska "di Trevi", ale wystarczyło by straciwszy nieco równowagę dać nura w odmęty rozpoztartej wokół fontanny "sadzawki" i próbować oddychać przez wodę. Niestety nie do końca się to udało (choć może jaźń mówiła, że jest się jakąś rybą na przykład). I szczęście, że koledzy od kieliszka wykazali się dobrym, jak na warunki spozycia, refleksem. Powiem tylko, że niedoszły "topielec" miał jedynie 2,46 promila... Niestety jako jedyny został przyjęty do szpitala. I to do OIOM!
Sobota. Nie, już niedziela. A może poniedziałek?
Chyba nie ma znaczenia, jaki jest dzień. Świątek, piątek, czy niedziela - karuzela upojenia alkoholowego (niestety nie patologicznego, jakby chcieli koledzy z pogotowia) kręci się na całego. A płacimy za to my wszyscy! Przywożąc do szpitala, przyjmując do oddziałów, wykonując kosztowne badania... Naprawdę bogaty (ale i paradoksalnie chory) kraj ta nasza Polska...
Przestanę chyba zamieszczać posty, bo ogarnia mnie fala ogólnego pesymizmu i depresji. Załączam zatem poniżej, związany (poniekąd) z tematem dzisiejszego wpisu kawałek :)
Ktoś kiedyś nazwał dyżur wielką medyczną przygodą. Jeżeli okres wakacyjny ma obfitować w doznania przedstawione powyżej, wolę jednak urobić się po pachy i mimo wszystko mieć choć odrobinę satysfakcji ze swojej pracy. Tak jak na dyżurze przed kilkoma miesiącami...
