długo (i nie wiem czy na temat)
2009-07-04 00:28:55
Wychodząc ostatnio po dyżurze (gdzieś kole 14.30) założyłem sobie, że będę w pracy spędzał minimum niezbędnego czasu. I miałem nadzieję, że o godzinie 15-tej pozostanie po mnie w robocie jedynie przeciąg. Niestety ani przeciągu (lub choćby powiewu wiatru) ani wcześniejszego wyjścia (lub chociażby wyjścia o czasie) nie udalo się zrealizować. Z różnych powodów...
Wydaje mi się, że jestem osobą dość zorganizowaną i zborną w tym co robię, że nie marnotrawię za bardzo czasu na byle co (jedynie chwile spędzone z nałogiem, choć jest ich coraz mniej), ale niestety nie udaje mi się ogarnąć wszystkiego w ciagu przepisowych 7 godzin i 35 minut pracy. Z różnych powodów...
Mając (na szczęście) do pomocy Tomka - stażystę podyplomowego, odpada mi szereg najprostszych, ale jakże koniecznych w naszej pracy zadań. Wpis w historie chorób codziennych (sic!) obserwacji, zbieranie podpisów pod wszelkimi wyrażanami przez pacjentów zgodami (na badania inwazyjne, na drobne zabiegi, kardiowersje elektryczne itp.), wypełnianie ankiet w przypadku badań z użyciem kontrastu, zebranie wywiadów epidemiologicznych, przyniesienie (często powiązane niemalże z wyrwaniem z gardła) wyników badań laboratoryjnych i obrazowych, załatwianie konsultacji (tzn. zmuszenie konsultanta do przyjścia), wiszenie czasem na telefonie w celu ustalenia terminów badań (i innych terminów), w końcu wpisanie wszystkich badań za pomocą komputera do tworzonej na bieżąco (inaczej chyba się nie da) karty informacyjnej pacjenta razem ze wstępną (dalej przeze mnie poprawianą) epikryzą - to wszystko załatwiane jest przez Tomka. I wielu jemu podobnym, którym w tym (może także przez nich czytanym) miejscu dziękuję i przepraszam, że tak wygląda ich staż podyplomowy. Wiem, że takich rzeczy jak organizacja pracy, pisanie epikryz, czy swego rodzaju umiejętności załatwiania spraw wszelakich także trzeba się nauczyć, ale z medycyną nie do końca ma to coś wspólnego. Wkradł się jakiś drobny feler w całość programu kształcenia lekarzy (tym jest przecież także staż podyplomowy). Ale mając nawet do pomocy tak sprawnego zawodnika, jakim okazał się być Tomek, nie byłem dziś w stanie wyrobić się ze wszystkim na czas. Z różnych powodów...
Postaram się je zatem jakoś uporządkować:
1. Brak współpracy. Między nami lekarzami, zwłaszcza różnych specjalności... Wielogodzinne oczekiwanie na konsultacje (choć opatrzone są etykietką PILNE!) i niechęć przed podjęciem wiążącej decyzji odbierąją człowiekowi chęć do czegokolwiek. Zwłaszcza do kontaktów ze "specjalistami".
2. Brak współpracy między lekarzami a personelem średnim i niższym. Właściwie nic nowego, ale strasznie irytujące. Brak możności porozumienia się, co strasznie spowalnia pracę (trzeba dosłownie wszystko sprawdzać, zwlaszcza to co się wydaje być pewnikiem w pierwszeństwie do realizacji). Oczywiście generalizuję. Są bowiem chwalebne wyjatki, ale policzyć na palcach jednej ręki. Zatem nic nowego, powinieniem się do tego przyzwyczaić. Ale nie mogę.
3. Telefony. Tysiące telefonów wykonywnych w jekiejś sprawie. O umówienie konsultacji, o przeniesienie pacjenta, o wynik pilnych badań, o ustalenie terminu badań, o milion innych rzeczy... I choć często wykonują to właśnie nasi pomocnicy (czytaj stażyści różnej maści), to niestety dopiero osobisty kontakt (chociażby telefoniczny) jest w stanie pchnąć sprawę do przodu. Hektolitry przelanego czasu przez słuchawkę telefoniczną.
4. Tzw. "prace dodatkowe". Poradnia, gastroskopie, konsultacje, zastępstwa w Izbie Przyjęć, drobne zabiegi w oddziale (punkcje, pobieranie gazometrii, kardiowersje - do tych nie mam zastrzeżeń, ale często podanie picia choremu, nakarmienie, pomoc w staniu z łóżka i inne pielęgniarskie czynności), które także są czasochłonne.
5. Papierzyska. O nich nawet nie chce mi się pisać. Z matematycznego punktu widzenia możnaby przedstawić to jako "Biurokracja!" (czytaj biurokracja silnia). Wystarczy zaznaczyć, że wszystko (sic!) musi być opatrzone pieczątką lekarza.
Te i inne czynności pochłaniają multum czasu i energii potrzebnej do prawidłowego funkcjonowania i "terminowego wyrobienia się". Wymieniać możnaby dalej. Ale po co? Nie widzę szans poprawy w najbliższej pięciolatce, bowiem nie wymieniłem najbardziej istotnych powodów takiego stanu rzeczy. Przede wszystkim nie mogę się wyrobić, bowiem starość nie radość mówi przysłowie - coś w tym jest (myślę sobie), ale przecież nie jestem aż tak stary by nie móc sobie jakoś z tym poradzić. Zatem to nie to. Już wiem - zmęczenie, przewlekłe zmęczenie, narastające przewlekłe zmęczenie, lawinowo narastające przewlekłe zmęczenie. Mógłbym jeszcze parę epitetów tutaj dodać stwarzając zdanie koszmar, ale przecież ze zmęczeniem też jakoś sobie daję (mimo wieku) radę. Więc to także nie powód...
Dobra. Żarty na bok. Nie mogę się wyrobić na czas, bo mam zbyt wielu pacjentów pod swoją opieką, zbyt dużo rzeczy do zrobienia, spraw do rozwiązania (oczywiście tych związanych z pacjentami) a personelu (tego pracującego uczciwie) niestety brak. I to nie tylko w naszym oddziale, choć u nas sytuacja wydaje się być dramatyczna!
A poza tym (i to jest chyba najgłówniejszy z głównych powodów) nie lubię pozostawić komuś na głowie jakiejś sprawy nie do końca załatwionej, czy uporządkowanej. Zwłaszcza jeżeli jest to związane z istotnym zagrożeniem zdrowia, czy życia chorego... Patrząc na ostatnie zdanie wydaje mi się, że nie przystaję jakoś do dzisiejszych czasów. Dobrze, że znam jeszcze kilka takich osób bo czułbym się samotnie :)
Na dodatek mam szczęście, że nie mieszkam strasznie daleko od miejsca pracy. Gdy wyjedzie się o właściwej porze swobodnie zdążam na poranną odprawę. Zatem może być gorzej :)
