urlopowe okolice
2009-06-26 20:23:25
No cóż, niecały tydzień minął od powrotu z urlopu, a już drugi z kolei dyżur za mną. Po tygodniu załatwię kolejny z rzędu! Cholera! Kto tak ułożył dyżury? Czyżby jakaś "pomroczność jasna" spadła na mnie przy wpisywaniu się na listę dyżurową?! Albo i inne jakieś licho?! Muszę chyba zacząć nosić do pracy okulary, bo widzę (właściwie dzis to czuję całym sobą), że coraz gorzej u mnie z konceptem :) A pracy jest tyle, że powoli zaczynam mysleć o urlopie. Ale nie tym przeszłym, którego właściwie już nie pamiętam, ale kolejnym, który nie wiadomo kiedy będzie...
Dziś zatem kolejna porcja tegorocznych nadmorskich wspomnień, póki coś jeszcze pamiętam :) Jak już wiadomo aura w tym roku nie była najciekawsza, więc poza dużą ilością czasu spędzonego w knajpach ruszaliśmy się z miejsca wypoczynku wozem (co wiadamo przykre jest bo nie można wypić piwka) w okoliczne nadbałtyckie i nie tylko rejony...
O Koszalinie nie będę wiele pisał. Miasto nawet fajne, zielone, z nastawianymi radarami wzdłuż głównej drogi, więc przejazd przez nie zajmuje dość dużo czasu - wszyscy trzymają się przepisów (znaczy się automatyczni fotografowie muszą być podłaczeni do prądu). Spędziliśmy w nim prawie całe dwa dni snując sie po galeriach, sklepach i oczywiście odwiedzając knajpki (bo jeść przecież trzeba). W jednej z nowych galerii jest kino, więc by ulżyc nieco chęciom nabycia jakiegoś ciucha przez moją "połowicę", zostawiłem ją samą ze sklepami, udając się w międzyczasie z Miłkiem na seans filmowy 3D - tytuł projekcji: "Potwory kontra obcy". Fajne efekty trójwymiarowe (choć specjalne okulary z przyczepionymi ciężkimi chipami przeciwkradzieżowymi wygodne niestety nie są), które skończyły się dość szybko bowiem ogłoszono alarm pożarowy wyłączając fonię i zapalając światło w kinie (przez co jakość oglądalności znacznie spadła). Z tego co wiem, nie były to ćwiczenia próbne, bowiem w całej galerii poopadały w sklepach kurtyny przeciwpożarowe, powodując u mojej żony (zostawiła przecież nas samych w kinie!!!) co najmniej przyspieszenie tętna. Tak czy siak, alarm na tyle zniechęcił Miłka do dalszej bytności w kinie, że chcąc nie chcąc trzeba było po sklepach pochodzić... Świetna profilaktyka przeciwżylakowa!
Darłówko, które mimo że leży w odległości około 35 kilometrów w linii brzegowej (prawie 50 km krętymi, wąskimi, kiepskiej jakości drogami), to widoczne jest przy dobrej pogodzie z Mielna!

Te same wiatraki (elektrownia wiatrowa) z bliska...

I jeszcze bliżej...

Pojechaliśmy do Darłówka trochę z sentymentu (kiedyś spędziłem tam prawie pół roku wakacji), bo zwiedzać tak naprawdę nie ma co. Ale wyjazd okazał się być "strzełem w dziesiątkę", zwłaszcza dla naszej pociechy. Co prawda nie doszedł do końca falochronu (wiało dość mocno), ale ruchomy most zajął go na dość długą chwilę, zwłaszcza że trafiliśmy właśnie na jego "ruchomość"

Poandto wizyta w porcie okazała się być także owocna. Widziany z końca falochronu, a oczekujący na wpłynięcie do portu statek...

...sprawił niemałą radość synowi, bowiem opisywana wcześniej "mostowa ruchomość" zakończyła się przepłynięciem obok nas kontenerowca, bo nim okzała się być stojąca na redzie jednostka pływająca!

Statek był długi, więc strzelona przez żonę fotka uwidoczniła (oprócz mnie i Miłka) jego sam środek. Oczywiście ilość kutrów, różnego rodzaju łodzi, jachtów i motorówek doprowadziła syna do dzikiej niemal rozkoszy i zapadła tak w pamięć, że pocztówki wysłane do dziadków znad morza opatrzone były malunkami portu w Darłówku. Tym bardziej, że na sam koniec ujrzeliśmy służący zapewne rejsom wycieczkowym, odrestaurowany żaglowiec. I pomyśleć, że człowiek na podobnych łajbach opłynął cały świat...
Wypad do Darłówka zakończył się zjedzeniem ogromnej pizzy, o czym pisałem już wcześniej...
Jeszcze jedno miejsce, które w te wakacja mieliśmy przyjemnośc oglądać, to Gąski. A właściwie latarnia morska w Gąskach. Pojechaliśmy tam, bowiem dzień choć niestety szary z rana, zapowiadał się być bezwietrzny. Z Mielna nie jest daleko do latarni (jakieś 13 kilometrów linią brzegową), ale skorzystaliśmy ponownie z samochodu, bo Miłek zapewne padłby z wyczerpania jeszcze na poczatku drogi. Dojechaliśmy w chwil parę, choć droga jest jeszcze gorsza niż do Darłówka i ujrzeliśmy trzecią co do wysokości na polskim wybrzeżu (po Świnoujściu i latarni portowej w Gdańsku) prawie pięćdziesięciometrową wieżę.

Pokonawszy 225 schodków oczom naszym ukazał się takowy widok:


Droga z wysokości była szybka, bowiem (co dokumentują zdjęcia) warunki atmosferyczne w końcu uległy poprawie, co pozwoliło nam spędzić nieco wiecej czasu na plaży, na której znaleźliśmy sie wkrótce...
Potem nigdzie już nie jeździliśmy, bo urlop dobiegł końca. A jest jeszcze pare miejsc do zwiedzenia, które warto odwiedzić. Tak naprawdę niedaleko jest Szczecin, wyspa Wolin z Międzyzdrojami i Świnoujsciem, całkiem bliziuteńko (jakieś 37 km) Kołobrzeg z molo i kolejną latarnią, Dobrzyca z przepięknymi roślinami w zespole ogrodowym Hortulus i jeszcze pare innych miejsc w okolicy...
Żegnaj morze (jak zwykle zimne). Żegnaj plażo (jak zwykle piękna). I żegnaj słońce (którego w tym roku jak na lekarstwo). A tak generalnie żegnaj wypoczynku, witaj praco!

