zajefajny dyżur
2010-09-05 23:10:00
No cóż, kolejny dyżur za mną.
Kolejny interesujący dyżur za mną!
Kolejny cholernie ciekawy dyżur za mną!!
Kolejny dyżur, który jest z gatunku tych zajefajnych!!!
Dyżur w miejscu nazwanym przez zarządzających tych szpitalem SOR. Szpitalny Oddział Ratunkowy. Dumna nazwa, ale ten nasz jest tylko z nazwy ratunkowym, bowiem realia odbiegają znacząco od wymagań sprzętowych i ludzkich tego z prawdziwego zdarzenia. Wydaje się, że jedynie ludzie pracujący tamże od czasu do czasu (na ten przykład - ja) zauważają zaistniałe tam braki i niedociągnięcia. Pomimo wielokrotnych rozmów z władnymi zmian nic się do tej pory nie zmieniło, a niesie to ze sobą (niestety!) ogromne ryzyko popełnienia błędu przez zespół dyżurujący. Błędu wynikającego nie z zaniechania, czy niewiedzy lekarzy, lecz błędu wynikającego z braku wiarygodnych danych głównie diagnostyki obrazowej. Jak można postawić trafną diagnozę przy braku podstawowych, często wręcz decydujących o dalszym postępowaniu leczniczym, informacji na temat schorzenia? Ale, jak w odpowiedzi dyrekcji na zredagowane przez zespół internistów pismo w tej sprawie można przeczytać, wszystko wydaje się być w jak największym porządku i problemy przez nas zgłaszane są jedynie nie mającym potwierdzenia w rzeczywistości wymysłem i są traktowane jak wkładanie kija w mrowisko. Na piśmie jest wszystko OK, nic się złego nie dzieje, wszystko jest pod absolutną kontrolą, wszelkie problemy są rozwikłane, więc dlaczego nam się to nie podoba?
Atmosfera panująca w szpitalu nie należy do najlepszych. I nie ma się co dziwić. Szczegółów podawał nie będę, bo i tak wszystko jest jasne. Wyżej wymienione braki sprzętowo-ludzkie tym bardziej nie poprawiają humoru osobom w nim zatrudnionym. Toczący się od lipca remont ograniczył liczbę łóżek internistycznych na tyle, że niemalże codziennie musimy oblecieć cały szpital w poszukiwaniu położonych w innych oddziałach pacjentów spod znaku "chorób wewnętrznych". Ponadto podpisane rzekome umowy z innymi placówkami służby zdrowia nie obowiązują. Nie obowiązują zwłaszcza drużyn pogotowiarskich. Na nic zdaje się codzienne wydzwanianie do dyspozytorów, informowanie o ustawicznym braku miejsc, znacznym przekroczeniu umówionej liczby założonych przez pacjentów łóżek. Nie dociera. Bo jakże ma dotrzeć, skoro w szpitalu jest SOR? Szpitalny Oddział Ratunkowy, który dla tychże dyspozytorów, ratowników medycznych i lekarzy pogotowia wydaje się być workiem bez dna, do którego można wrzucić wszystko. Proste - odpowiedzialność za pacjenta w takiej sytuacji przejmuje lekarz SOR, dalej lekarze oddziałów szpitalnych i pozostały personel tamże zatrudniony. Problem z głowy - byle podrzucić do szpitala i najchętniej jak najszybciej z niego zwiać - tak szybko by lekarz SOR się nie zjawił, bo nuż się przyczepi że pacjent nie z rejonu, bo nuż się okaże że w szpital nie posiada specjalistycznego oddziału dla rozpoznanej na wstępie choroby pacjenta, bo nuż się okaże że pacjent nie był przez lekarza pogotowia badany?! To wszystko nie polepsza niestety i tak już kiepskiej sytuacji lekarza dyżurnego...
Ale skoro się już człowiek zdecydował dyżurować, to ma za swoje. Nie jestem z natury narzekający. I z wieloma problemami radzę sobie całkiem nieźle. Nie poradzę sobie jednak z głupotą otaczającej mnie rzeczywistości medycznej. Głównie w wykonaniu decydentów a i niestety coraz częściej "kolegów po fachu" także.
Zatem dyżur.
Początek nawet całkiem niezły - jak to w niedzielę - jakieś omdlenie w kościele, jakiś "wczorajszy" źle się czujący, jakieś bóle brzucha, bóle w klatce piersiowej, nadciśnienie tętnicze. Stopniowo dyżur nabierał rumieńców - jak w filmach Hitchcocka. Jakaś utrata masy ciała, zaburzenia elektrolitowe, choroba nowotworowa, gorączka, duszność, zatrucie z próbą samobójczą - ot takie, proste w swojej złożoności przypadki. Potem niestety pojawiły się problemy łóżkowe - niektórzy wszakże z pacjentów wymagali jednak pozostania w oddziale. Szybka decyzja - przemieszczenie chorych już hospitalizowanych i udało się tak wszystko zorganizować, że jakoś te osoby umieszczono w oddziale. Niestety każda następna osoba zjawiająca się w gabinecie jawiła się jako kolejny potencjalny pacjent do przyjęcia. A zgłaszalność do SOR tego dnia była duża. Oczywiście, pomimo mej interwencji u dyspozytora, pogotowie nie oszczędzało...
Przywieziony do SOR, a znaleziony na podłodze obok leżących na kanapie zwłok swego syna pacjent także wymagał hospitalizacji. Na dodatek wizyta Policji w jego sprawie nie poprawiła mego i tak już wisielczego nastroju - wiadomo, pytania co i jak, czy można będzie przesłuchać, jakie rokowanie, jak długo pozostanie w szpitalu... Potem spisanie mych danych do raportu. Ekstra, miło.
Kolejna pacjentka - po upadku przed tygodniem z urazem wielomiejscowym, krwiakiem okularowym, podejrzeniem złamania szyjki kości udowej lewej i stłuczeniem kolana po stronie przeciwnej, a przede wszystkim z szybkim migotaniem przedsionków i zaawansowaną niewydolnością serca. Konieczna wstępna szeroka diagnostyka (poza rutynowymi badaniami laboratoryjnymi konieczne CT głowy, radiogramy klatki piersiowej, miednicy stawów biodrowych, kolan, konsultacje neurologa i ortopedy) co niestety stresujące, bo stan chorej niezbyt dobry. A i koneksje rodzinne wysokie. Całe szczęście przez chwilę był w szpitalu radiolog, więc uzyskałem opisy do badań. Hurra! Niestety skończyło się to wszystko kolejnym przyjęciem do szpitala - na miejsce łóżkowe w oddziale zupełnie nie mającym styczności z "chorymi internistycznymi". W międzyczasie kilka odmów przyjęcia u osób z "drobnymi problemami".
Kuriozum niejakim było przywiezienie do "szpitala rejonowego" przez pogotowie duszącej się chorej z czerwienicą (erytrocytów prawie 8 milionów, Hgb prawie 19 g/dl, hematokryt także spory...). Niby dobrze, bo przyjąłem ją bez gadania do szpitala. Ale chora wieziona była do wspomnianego "szpitala rejonowego" aż z Garwolina!!! Istne szaleństwo! I całkowity brak rozsądku i pomyślunku! W ten sposób dobiłem do północy. Zrobiło się cicho i spokojnie - nikogo przed gabinetem, u kolegów z ortopedii i chirurgii także. Godzina duchów? Nie - cisza przed kolejnym nawałem.
Gdzieś koło 2.00 przywieziony do SOR znaleziony przez Policję na ulicy pacjent. Rozpoznanie wstępne - "zaburzenia pamięci"!!! Czyżby przewoźnik się pomylił? Czy ja nie za bardzo umiem czytać? Oczywiście to były najmniej istotne dolegliwości chorego. Pomiędzy wygłaszanym ustawicznie "Mam całkowity zanik pamięci" a natręctwami ze strony pacjenta co do konieczności poznania dokładnego miejsca i czasu, udało się zebrać jako taki wywiad, co przyniosło konieczność równie szerokiej diagnostyki jak u wspomnianej wyżej chorej. Bo chyba utrata przytomności, bo uraz lewej nogi (która notabene obrzęknięta i bolesna jak bania - zakrzepica?), bo brzuch boli także. Zatem znów absorbuję współcierpiętników dyżurowych - konieczny neurolog, chirurg i ortopeda, a co za tym idzie CT głowy, Rtg miednicy i stawów biodrowych, d-dimery... Robi się piąta. Całe szczęście w badaniach laboratoryjnych norma (poza alkoholem 1,80 promila), zakrzepicy niet, złamania jakiegokolwiek niet, głowa w CT czysta! Udaje się ustalić telefon do rodziny - potwierdzają zaburzenia pamięci (dopiero co opuścił Instytut Psychiatrii i Neurologii) i nie do końca rozumieją moje zdziwienie na fakt, że jakoś specjalnie się nie przejęli jego nieobecnością w domu... Dziwny jest ten świat. A może to tylko moje zmęczenie? Tak czy siak wsadziłem człowieka do karetki, która udała się w kierunku "domu rodzinnego"... Udałem się do kanciapy lekarza dyżurnego mając nadzieję na choć chwilę wytchnienia po dniu pełnym pracy.
15 minut. Tyle trwał mój odpoczynek. Dwie karetki pogotowia z trzema chorymi na raz. Na oko wszyscy chorzy do przyjęcia! Nie będę opisywał moich oraz towarzyszącej mi tego dnia na dyżurze pielęgniarki, akrobacji diagnostyczno-leczniczych pomiędzy pacjentami. Choć jak na tę porę dnia (gdy wszyscy normalni ludzie śpią) i po dwudziestu jakże intensywnych godzinach spędzonych na nogach, to poszło jak z płatka. Mogłem współczuć co jedynie kolegom w oddziale, których musiałem drastycznie wyrwać z wypoczynku. Mam nadzieję, że kiedyś mi to wybaczą :))) Aha, oczywiście pacjenci musieli zostać ulokowani poza "docelowym" oddziałem chorób wewnętrznych. Nie chcę myśleć co sądzą o mnie pielęgniarki tam dyżurujące :))) Do ósmej trzydzieści był spokój. Jakieś półtorej godziny wytchnienia...
Na sam koniec kolejne kuriozum! Rozpoznanie wstępne - "nieprzytomna". Dodam od siebie - niebadana!!! Zabrana po prostu do karetki i przywieziona do najbliższego szpitala. Gdyby osobnik kierujący zespołem "R" pokusił się o zbadanie chorej, mogłaby się znaleźć szybko w ośrodku dysponującym odpowiednim zapleczem. Na dodatek stał na środku gabinetu przeszkadzając mi w postępowaniu. Wyprosiłem go z SOR! Wynocha! Poza pieczątką z nazwą specjalizacji która wymaga dużej wiedzy, wiedzy przy tym człowieku nie stwierdza się. Głupota i ignorancja. Rzut oka i wiadomo że problem tkwi w głowie. Tomografia wyjaśnia sprawę - krwotok śródmózgowy... Potrzeba pewnie neurochirurga... A u nas takowego nie stwierdza się... Przyjęta do oddziału neurologii...
W domu padłem jak kłoda. Po kolejnej wielkiej medycznej przygodzie.
Jutro, jak się porządnie wyśpię, będę zapewne w lepszym humorze :)))
