Przeznaczenie
2010-08-31 13:28:09
Właściwie tytuł jest nieco niedokładny. Niezupełnie chodzi mi o to, że wierzę w przeznaczenie. Tak było mi pisane, koniec, kropka. Stało się coś złego - oto moje fatum. Z góry ustalony los, na jaki nie mam wpływu. Nie, nie. To my podejmujemy wybory i kierujemy swoim życiem. Na pewne rzeczy faktycznie nie mamy wpływu, po prostu się dzieją, ale nie uważam, że od razu należy twierdzić, że nasz los jest w cudzych rękach. Natomiast określenie everything happens for a reason, pochodzące z jednego z moich ulubionych seriali, ma dla mnie sens. Głęboko wierzę, że wszystko, co nas spotyka ma jakiś powód. Czasem bardzo długo niewidoczny, niezrozumiały, pokręcony. Będąc jednak wiele razy w sytuacjach trudnych nauczyłam się, że Ktoś czasem chce mnie czegoś nauczyć. Coś mi pokazać. Wielokrotnie odkrywałam, że moje łzy i szare dni przyniosły w końcu coś dobrego. Ciężko jest to zrozumieć, kiedy jest źle i wszystko wydaje się absolutnie bezsensowne, ale w końcu ta myśl zaczyna się przedzierać niczym słońce zza chmur.
Absolutnie nie potrafię jeszcze powiedzieć, że to, co mnie spotkało, jest dobre. Że wiele się nauczyłam, że czegoś złego uniknęłam, że coś dobrego zyskałam. To znaczy, może i zaczynam widzieć pewne rzeczy, ale odbywa się to jedynie na etapie wyartykułowania, ale nie odczuwania. Chciałabym to dokładniej wytłumaczyć - nie chodzi mi o to, co przyniosło mi rozstanie. Rozstanie samo w sobie jest złe dla mnie. Nie ma obok mnie osoby, którą kocham i z którą chciałabym dzielić każdy dzień. I idąc tropem mojego rozumowania można by powiedzieć, że mój smutek i żal z powodu rozstania są tą sferą odczuwania. Zaś fakt iż nie był to mężczyzna dla mnie, że jest wiele powodów, dla których powinnam się cieszyć, iż nie jesteśmy już razem, byłyby tą sferą rozumową. Nie o taką jednak interpretację mi chodzi. Nie o to proste pojęcie sprawy -lepiej się stało, nie zasługiwał na ciebie.
Poprzez swój ból i żal mogłabym teraz powiedzieć - ok, ale o niebo lepiej byłoby, gdyby to wszystko się nie zdarzyło. Nigdy nie spotkałabym go na swojej drodze, a w związku z tym nie cierpiała teraz. I to jest właśnie to, co mam na myśli. Będąc w stanie jakim jestem, skłaniam się do tej interpretacji - pytań: po co, dlaczego? Wolałabym wymazać te dwa ostatnie lata z mojego życia. Moja myśl jednak jest właśnie taka, że w pewnym momencie przyjdzie etap, w którym będę potrafiła dostrzec nie tyle sens tego, że ja i on nie jesteśmy już razem, ale zrozumieć, dlaczego się spotkaliśmy, co wniosło to do mojego życia od pięknych chwil po łzy rozstania i pojąć, że wszystko to było mi do czegoś potrzebne. Ważne.
Dlaczego akurat dziś o tym piszę? Wczoraj miałam spędzić miły wieczór w towarzystwie mojego brata i jego dziewczyny. Mieliśmy napić się piwa i pogadać. I wszystko szło właściwie dobrze, naprawdę świetnie się bawiłam. Zrelaksowałam się, odprężyłam, poddałam chmielowej magii w domowym zaciszu. Tematy się nam nie kończyły. Aż do momentu, kiedy się pokłócili. Mocno, źle, drastycznie. Ona wybiegła na ulicę w środku nocy i deszczu, on płakał. (Łzy mężczyzny są milion razy gorsze niż łzy kobiety. A jeśli jest to mężczyzna, którego kocham... serce mi pęka na tysiąc kawałków). Miałam ochotę ją zabić, a z drugiej strony miałam świadomość, że to wszystko nie jest takie proste (mają problemy od dłuższego czasu). Wiedziałam, że muszę zachować się odpowiedzialnie i przyprowadzić ją do domu. Wiedziałam, że muszę z nią porozmawiać. Ale czułam się też nie przygotowana do tej rozmowy merytorycznie i psychicznie. Wszystko we mnie krzyczało - Boże, czemu ciągle dzieje się coś złego wokół mnie? Czy to się nigdy nie skończy? Jednak założyłam kurtkę i wyszłam. Brat chciał mnie powstrzymać i sam iść, ale to nie był dobry pomysł. Wiem, że jest mężczyzną i generalnie dbanie o bezpieczeństwo nas obu należy w jakimś sensie do jego obowiązków, ale tym razem nie doprowadziłoby to do niczego dobrego. To ja musiałam iść.
Znalazłam ją, zaprowazdiłam do domu, pogadałam. Nie wiem, czy cokolwiek do niej dotarło. Czy będę w stanie im pomóc. Bardzo mnie to obchodzi i boli. Mimo że mam swoje własne problemy, ale to nie ma znaczenia. Moja rodzina zawsze była dla mnie czymś wyjątkowym. Chciałam jednak wspomnieć o jednym drobnym szczególe z wczorajszej nocy. Gdy wybiegłam wczoraj na ulicę i rozglądałam się po osiedlu na środku drogi zobaczyłam komórkę. Najpierw pomyślałam, że to jej wypadła, ale gdy ją podniosłam, wiedziałam, że nie. Rozglądnęłam się, ale wokół nie było żywej duszy. I w tym momencie poczułam na sobie spojrzenie Kogoś Tam z Góry. Kogoś, kto chciał mi przez to powiedzieć - nigdy nie wiesz, czy coś złego nie dzieje się po to, by mogło się wydarzyć coś dobrego. Gdy ta kłótnia wybuchła miałam taki straszny wewnętrzny żal w sobie - dlaczego znowu ja, czemu nawet przez chwilę nie mogę się zapomnieć i odprężyć, odegnać złe myśli? Ale kiedy podniosłam tę komórkę dotarło do mnie, że tak właśnie miało być. Że miałam wybiec za nią na tą ulicę. Właśnie ja, nie mój brat. Że miałam podnieść ten telefon i poczuć, że Ktoś się do mnie uśmiecha. Hej, mała. Życie nie jest wcale takie złe. To w sumie bardzo małe coś. Zaledwie materialne. Ale pozwoliło mi dopuścić do głosu myśl, że może naprawdę wszystko ma swój cel. Że może od teraz będzie już lepiej. W wyobraźni widzę wielki wir, który zawraca rzekę złej passy, i woda zaczyna płynąć w drugą stronę. Do szczęścia.
