Przygoda panny S - czyli chłopcy ( i dziewczynki) do bicia
2011-02-10 21:04:53
Przygoda panny S
Pewna panna – panna S postanowiła wyjechać nad polskie morze w trakcie jednego z długich weekendów. Pech chciał, że była nieco przeziębiona. Ufna w siły witalne swojego organizmu udała się w podróż. Niefrasobliwie nie zabrała ze sobą dowodu ubezpieczenia. Niestety już na drugi dzień infekcja zawładnęła nią całkowicie. Zaczęła szukać pomocy medycznej. Jakież było jej zdziwienie kiedy okazało się, że w kolejnych przychodniach POZ spławiano ja w różny sposób i pod jakimkolwiek pretekstem. W końcu jeden z lekarzy ją przyjął, ale skasował jak za wizytę prywatną i jeszcze wypisał leki na 100%. Oburzona – bo przecież należała się jej, jako osobie ubezpieczonej, porada bezpłatna poskarżyła się w pewnym medycznym tygodniku. Przygoda panny S znalazła swoje miejsce w artykule wstępnym czasopisma.
Przedstawiona sytuacja stanowi ilustrację głupoty stanowionego w Polsce prawa. Zwłaszcza w zakresie ochrony zdrowia. Oto bowiem ustawodawca w trosce o ubezpieczonych („zwłaszcza tych najbiedniejszych” – jak mówił w sejmie profesor Belka) ustanowił przepis, że ubezpieczony, który nie ma przy sobie dowodu ubezpieczenia dokument taki może przedstawić w terminie do 7 dni od zakończenia udzielania świadczenia. Jak się domyślam zostało to w ten sposób zapisane, aby ubezpieczony pacjent, broń Boże, nie musiał zapłacić za poradę. Czytając tworzone coraz nowsze akty prawne dotyczące ochrony zdrowia nie mogę się oprzeć wrażeniu, że urzędnicy i politycy, którzy je tworzą są zagorzałymi komunistami i z uporem tworzą akty prawne mające na celu uszczęśliwienie społeczeństwa bez nakładów finansowych - najlepiej na cudzy koszt. W opisanym przykładzie jest 100% pewność, ze ani panna S ani nikt przy zdrowych zmysłach nie odbędzie podróży przez pól Polski tylko po to aby panu doktorowi dostarczyć aktualny dokument ubezpieczenia. Taką świadomość ma również pan doktor. Lekarz, aby uzyskać refundację porady udzielonej osobie przyjezdnej ( w wysokości 15 zł) musi w rozliczeniach z NFZ podać numer dowodu ubezpieczenia.
W opisanym przykładzie lekarz miał dwa wyjścia : złamać przepis i pobrać opłatę od osoby, która nie posiada przy sobie dowodu ubezpieczenia, albo pracować za darmo. Jeżeli taki „turysta” zjawi się raz do roku – trudno, można wytrzymać, ale w miejscowościach wypoczynkowych brak dowodu ubezpieczenia u przyjezdnych pacjentów jest nagminny! Nikt przecież nie przyjeżdża na wakacje chorować! Niestety biegunki, kleszcze, osy, wirusy tego nie wiedzą i uparcie atakują przyjezdnych. Praca za „free” to przekleństwo regionów turystycznych.
Panna S zapewne domagała się również wypisania refundowanej recepty, do której jako osoba ubezpieczona również miała prawo. W przypadku skargi NFZ zapewne boleśnie ukarze winnego lekarza, który pozbawił ubezpieczonego pacjenta należnego mu bezpłatnie świadczenia. Gdyby jednak lekarz postąpił zgodnie z przepisem to w razie kontroli NFZ nie będzie mógł wykazać, że pacjentka była ubezpieczona ( wszak nie dostarczyła i nie dostarczy dowodu ubezpieczenia), a zatem wypisana recepta została wydana bezprawnie! Kontroler NFZ ma obowiązek żądać od lekarza zwrotu kwoty dopłat do wypisanych leków wraz z odsetkami i dotkliwymi karami pieniężnymi, a może nawet sympatyczną wzmianką w mediach o kolejnym lekarzu -oszuście, który dorobił się kosztem tej państwowej instytucji.
Jak widzimy – zawsze winny lekarz rodzinny!
I zapewne o to chodzi –tu cię mamy -nie podskakuj, bo możemy cię zniszczyć. Jak informuje Mazowiecki Oddział Ogólnopolskiego Związku Zawodowego Lekarzy w ostatnich tygodniach Mazowiecki Oddział NFZ obciążył starszego ortopedę kwotą 800 000 złotych. Zastraszony lekarz sprzedał swoje mieszkanie i zapłacił. Kto będzie następny?
Radosna twórczość urzędników trwa nadal, gąszcz przepisów narasta w myśl złudnego przekonania, że herbata będzie słodsza od mieszania i uda się nalać z próżnego.
Andrzej Michalski

Dodawanie komentarza