Posty z kategorii: "opinie"


Nieśmiałe studentki

2011-10-30 01:22:18

Mam już zaliczone trzy bloki, ale de facto jeszcze żadnego przedmiotu, jako że wszystkie trzy będą się za mną ciągnąć jeszcze w przyszłych semestrach. Tyle dobrego, że na razie bez poprawek. Następne zaliczenie wprawdzie, jak również kolokwium z farmakologii, nieco mnie przerażają, ale co tam, na czwartym roku ponoć już nie wywalają ;) Tyle tytułem wstępu.

Każdy człowiek lubi być podziwiany. W taki czy inny sposób. Niektórzy podziwiani-kochani, inni podziwiani-nienawidzeni (co sprowadza się do patologii, ale nie w tym rzecz). W każdym razie istnieją różne grupy ludzi, którzy w tym swoim dążeniu do bycia podziwianym wyróżniają się na tle innych. Dwie z tych grup są czasem spotykane wśród studentów, zwłaszcza medycyny. Statystycznie częściej, niż gdzie indziej. Nazwę ich, dla zobrazowania, studenci nieśmiali i nie-nieśmiali (słowo "śmiali" jakoś mi tu nie pasuje) ;)

Studenci nie-nieśmiali to tacy typowi "patrzcie na mnie, jestem tak zajebisty! Studiuję MEDYCYNĘ <oklaski> Zdałem to i to, i to, mam piątkę z tego i tego, i tego!" Taki człowiek NIGDY nie przepuści okazji, żeby pochwalić się każdym, nawet najmniejszym osiągnięciem. A nie daj Boże osiągnięcie będzie duże! Ooo, to przez miesiąc będzie to tematem rozmów, podsycanych aluzjami, przypadkowymi zmianami tematu itp. Każdy takiego zna. Ale...
Nie oni są klu dzisiejszej notki. Dlaczego? Wydają mi się szczerzy. Zapatrzeni w siebie, głodni sukcesu, ale szczerzy. Pochwalisz raz, nie będziesz się przejmował - i wada zblednie, jak każda u dobrego kolegi.

Bardziej chciałabym się skupić na drugiej grupie. Owych nieśmiałych studentach. Oni nigdy, ale to NIGDY nie przyznają się, że chcą, by ich podziwiano. Więcej - są właśnie nieśmiali, spuszczają wzrok jak średniowieczna dziewica przed nocą poślubną. W tej grupie są przede wszystkim kobiety. Bo właśnie kobiety najczęściej kombinują, grają na uczuciach ;) Taka studentka nieśmiała nigdy sama nie przyzna, że studiuje medycynę. Ale czy to znaczy, że ten fakt nie wyjdzie na jaw? Boże broń! Jakaś interna czy wejściówka z pediatrii zawsze się przypadkiem w rozmowie zaplącze, a tu już po nitce do kłębka... A potem można już ze skromnym uśmiechem słuchać komplementów. Studentka nieśmiała jest zawsze altruistką. Wielu zna taką Matkę Teresę. Ją pierwszą zobaczycie, gdy podnosi pieniądze, które spadły komuś stojącemu przed nią w kasie. Zawsze siada w autobusach i tramwajach tylko po to, by móc za chwilę zerwać się i zwolnić miejsce staruszce. Studentka nieśmiała jest w odpowiednim miejscu i czasie. Oczywiście - takie zchowania uważam za bardzo pozytywne, żeby nie było wątpliwości. Ale studentka nieśmiała CZAI SIĘ na nie, wypatruje okazji. No i oczywiście - przypadkiem, mimochodem, czy chociażby anonimowo w internecie - dowie się o tym tłumek wielbicieli, którzy dostarczą studentce nowej dawki uwielbienia. Dla studentki nieśmiałej ideałem jest, by inni widzieli w niej osobę nieskalaną otaczającym złem. Inteligentną, błyskotliwą, uprzejmą, gotową do poświęcania się dla innych, SKROMNĄ... Swoje grzeszki musi więc wybielać. A najlepiej zrobić to jak? Przedstawić jako grzeszki innych. ;) "O mój Boże, nie zdałam pierwszego na tych studiach zaliczenia. Wprawdzie dopiero na czwartym roku, ale..." pomyśli. Innym opowie "Uczę się tego przedmiotu na myślenie, on mógł być taki ciekawy... Ale ten asystent... ach... wymagał nie myślenia, a kucia! W dodatku zadał specjalnie takie pytania, żeby jak najwięcej osób nie zdało! Nie lubi studentów!" Nie otworzy drzwi staruszce? Zaraz poleci i opowie o tym znajomym, opisując swoje zachowanie jako karygodne, nie przystojące przyszłej ratującej zdrowie i życie lekarce. Czego oczekuje? Ależ oczywiście: aby każdy pomyślał "och! Ona jest taka wrażliwa i czuła! Tak się przejmuje takim drobiazgiem!"

Do tego: studentka nieśmiała nigdy nie przyzna się, często nawet przed sobą, że należy do tej grupy. Ale w sumie... Tak naprawdę nie musi, bo po co. ;)
Kumulacja takich jest na medycynie właśnie, gdyż te studia są idealną pracą dla nich. Nie, nie praca lekarza. Praca studentki. Bo tu mogą pozować.

czytaj resztę »

Dodane w opinie | Komentarze 1 , zobacz komentarze

Lato, lato

2011-06-12 19:06:00

Siedzę w domu i podziwiam lato, które nagle pojawiło się jakiś czas temu. Jak zwykle w czasie sesji porządny student myśli o wszystkim poza sesją, tak więc pojawiam się znów na blogu.

Egzamin z interny. Egzamin z pediatrii. No, z propedeutyki interny czy pediatrii, ale... coż... to już brzmi lepiej niż biofizyka, prawda?

Nie mogę uwierzyć, że już połowa studiów za mną. Że jeszcze połowa przede mną. TYLKO połowa. Jak sobie pomyślę, ile umiałam trzy lata temu, ile umiem teraz (oczywiście pomijam znajomość cyklu Krebsa wzorami... chociaż polemizowałabym, czy mogę jeszcze użyć umiem w czasie teraźniejszym), to zastanawiam się, ile będę umieć za kolejne trzy lata. Słyszałam, że teoretycznie dużo. Praktycznie nie ;) Ale co ja tam wiem :)

Nie wiem, czego się uczyć. To sprawia mi ostatnio największą trudność. Siedzę nad taką interną: wszystko wydaje się proste i logiczne, objawy oczywiste, przyczyny chorób same się nasuwają w trakcie czytania. A potem patrzy się człowiek na pytania i nie wie, o co im właściwie chodzi. Liczy przeczenia w zdaniu, rozważa, co właściwie w pytaniu jest tezą i co z czego wynika, gdyż w pytaniach o związek przyczynowo-skutkowy przyczyna i skutek bywają zamienione, więc nie wiadomo, czy to haczyk, czy może po prostu niedopatrzenie.

A tak z innej beczki.

Może jestem jakaś dziwna, moża za mało jeszcze w życiu widziałam, ale nie denerwują mnie tak bardzo ludzie, którzy chcą iść na medycynę ze względu na pasję, zainteresowania, powołanie czy Bóg wie, co tam jeszcze. Ktoś napisze coś takiego w liceum, to od razu rzucają się tłumy znawców wszystkiego, od razu ciskają gromy, obśmiewają, nie zostawiają suchej nitki na światopoglądzie piszącego. Uświadamiają, nie ważne, że na siłę. Nie ważne, że szufladkują człowieka, ponieważ śmiał zbliżyć się do elitarnewj grupy Ludzi Związanych z Medycyną i Świadomych PRAWDY!

Oczywistym jest, iż osoba znająca pracę lekarza z filmów, książek czy z wizyt u rodzinnego ma niewielkie pojęcie o tym zawodzie. Że mówiąc o swoich zainteresowaniach, mówi raczej o wyobrażeniach związanych ze studiami, pracą, wiedzą, jaką będzie musiała nabyć.

Ale... co z tego?!

Jeśli ktoś ma wybór, to musi podjąć decyzję, w czym siebie widzi. Jeden będzie wolał zostać lekarzem i pójdzie na medycynę, inny tłuc wzory i pójdzie na matmę czy fizykę. Czy to "to"? Okaże się. Nie zauważyłam, żeby ktokolwiek odwodził kogoś od podjęcia innych studiów, bo "nie wiesz, jak to jest być X" Może to ze względu na specyfikę zawodu, może chodzi o pewną dysproporcję między tym, czego się oczekuje, a tym, jak naprawdę wszystko wygląda od środka. No ale ludzie... Można komuś powiedzieć "słuchaj stary, wiesz, to nie wygląda jak w Housie, ale spoko, idź się przekonaj!" A nie "Ty idioto, jak możesz być tak głupi, przecież nic nie wiesz o medycynie, NA PEWNO wydaje ci się, że to Na dobre i na złe, a to polska służba zdrowia, hahaha!"

czytaj resztę »

Dodane w studia , opinie | Komentarze 2 , zobacz komentarze

Młodzież i plebs

2011-03-27 17:53:44

Rozmawiam z ludźmi. Czytam blogi. I śmieję się. Dzisiejsza młodzież pełna różnej maści "ekscentrycznych outsiderów", tych innych niż wszyscy (czy nie pisałam o nich w kontekście studiów medycznych, ile to będzie, ze dwa lata temu?) Ci lepsi od innych, wyżej od plebsu. "Nie spotykam się z tymi idiotami, bo mam ważniejsze rzeczy do roboty", "nie idę na imprezę, bo muszę się uczyć do matury i dostać na elitarną medycynę, ach och!", "te patałachy do niczego w życiu nie dojdą, siedzą tylko takie pustaki i rozmawiają, gdy ja robię sto pięćdziesiąty zbiór zadań z chemii". Czy to nie żałosne? Żałosne.

Żałosne jest takie podejście, żałosne jest uważanie się za lepszego, bo się wybiera lub jest na jakichś rzekomo szalenie wypasionych studiach, jak medycyna (Hałsy kurwa...) czy inne prawo. Powiedzmy sobie szczerze, głównie tacy inteligenci są w liceum, ewentualnie na pierwszym roku. Chociaż zdarzają się przetrwałe wyjątki. Niestety. Chociaż czy niestety...? Gdyby nie pewnych dwóch znajomych, nie miałabym pojęcia, że ostali się jeszcze ludzie, którzy uważają, że do zostania super-kurwa-nie-wiadomo-jakim-prof. dr hab. n. med. brakuje im tylko oficjalnie PWZ. No jeden się nie ostał, przepraszam. A ubaw mam z nich taki, że równoważy mi wszystkie nieprzyjemności związene ze studiami.

Ale pisałam o "ekscentrycznych outsiderach" ;) Jak byłam mała, modne było mówianie o sobie "jestem szaona, nieprzewidywalna, dzika,..." W zamyśle: impreza, impreza, impreza. Dzisiaj coraz więcej uprzednio "szalonych nastolatek" zamienia się w jakieś twory pseudo-emo (ci to chociaż jakoś subkulturę mają...). "Nie zależy mi na niczyjej opinii", "jestem nietypowa, aspołeczna, nie lubię tłumu, samotność to moje życie", plus oczywiście stałe wyśmiewanie się z pustych blachar, emo, dresów czy innych tego typu grup. Bo ja jestem lepsza. Słucham Komy i Czesław śpiewa. A nie jakiegoś chłamu bez znaczenia. Tak, snobizm, najczęściej przejawiający się robieniem zdjęć lustrzanką za grube tysiące (ach ta sztuka jest taka ponas plebs...) czy czytaniem pseudofilozoficznych natchnionych książek, w których oczywiście, w przeciwieństwie na przykład do poezji, sens ukryty pod wzniośle brzmiącymi hasełkami, jest oczywisty i widoczny dla każdego, to również domena tych natchnionych samotnych buntowników.

Czyżby czasem pojawiająca się w różnego rodzaju filmach czy literaturze postać przystojnego samotnego chłopaka, który kroczy ulicą z rękami w kieszeniach, jakby poza całym materialnym światem? A może po prostu kwestia naogądania się "Zmierzchu", który "ci lepsi" uważają często za domenę pustych różowych gimnazjalistek?

czytaj resztę »

Dodane w opinie , inne | Komentarze 2 , zobacz komentarze

Dziś krótko

2011-03-17 01:23:45

Uwielbiam, jak moje życie pędzi do przodu. Tak jak teraz. Tak jak zawsze było. Nowe wyzwania, nowe przeszkody. Czasem bywa to męczące, czasem trzeba nadganiać. Ale gdy się dotrze na kolejny pół-szczyt i można odetchnąć! Odetchnąć i podziwiać to, co już się osiągnęło. Człowiek, którego życie stoi w miejscu, który nie walczy o lepsze jutro, nie odczuwa tych kilku chwil wytchnienia. Nie docenia ich. Nie może w pewnym momencie swojej wspinaczki do celu zatrzymać się, spojrzeć w tył i oniemieć z wrażenia, na widok krajobrazu swoich dokonań. Nie zawsze wielkich. Nie zawsze znaczących. Ale zawsze swoich. Człowiek, którego życie stoi w miejscu ma dookoła siebie tylko skalną ścianę, górę, u której stóp stoi i na którą nie ma odwagi wejść. Taki człowiek, do końca pozostanie na dole. Ktoś, kto się całe życie wspinał, ma szansę, bo na szczycie wbić swoją flagę. By krzyknąć "jestem!". By móc, gdy już dobiegnie kres, rzucić się z tej skały i swoje ostatnie chwile przeżyć w pełni. Jako nagrodę. Jako spełnienie marzeń. Podsumowanie całego życia.

Zaczęło się od "uwielbiam", skończyło na rzucaniu się ze skał... Typowe ;) Mam nadzieję, że żaden psycholog tego nie czyta :)

Uwielbiam też patrzeć w sklepie, co kupują inni. Takie małe spaczenie, które towarzyszy mi od kiedy pamiętam. Uwielbiam wyszukiwać różne ciekawostki, jak na przykład pana, który kupuje około 30 jogurtów i do tego bochenek chleba, parę z całymi zgrzewkami piwa i Actimelem, dwoje staruszków przy stoisku typu "body building"... Prawdę mówiąc, moje zakupy mogłyby też zadziwić niejednego obserwatora, z reguły w koszyku mam dosyć ciekawe mieszanki. Ciekawe przynajmniej w porównaniu do "standardowych" składników przeciętnego obiadu. No ale cóż - student to nie do końca przewidywalny gatunek :)

czytaj resztę »

Dodane w opinie , inne | Komentarze 0 , zobacz komentarze

Rozterki biofizyczne

2010-01-09 01:01:26

Nie miałam ostatnio weny do pisania, święta nie sprzyjały siedzeniu przed komputerem, a kolokwia nie zachęcały do dumania nad moimi blogowymi wypocinami :) Wykaraskałam się, nawet nie zamierzam już rzucić w ch*j medycyny i iść na coś innego, co zdarzało mi się nader często przez ostatnie półtora roku. Liczę dni do sesji i, niestety jakże krótkich, ferii.

Zima jak co roku zaskoczyła drogowców, a GUMed jak co dzień zaskoczył studentów... Tym razem poszło o plotkę dotyczącą zerówki z biofizyki. Kwestia możliwości pisania egzaminu w pierwszym terminie po niezaliczeniu zerówki podzieliła studentów na „na pewno nie można”, „na pewno można”, „o Boże, o Boże, co teraz zrobię?” i „mam to w dupie, i tak nie piszę”. Ja obstawiałam, że można. Nie dlatego, że tak bardzo ufam w dobroduszność i prostudenckie podejście pracowników mojej wspaniałej uczelni. Bynajmniej. Po prostu wiem, że zawsze znajdzie się ktoś, kto coś tam usłyszy, dowie się od studenta trzeciego, czwartego czy piętnastego roku, że w latach 90-tych to ktoś zrobił tak, a nie inaczej i rozpowiada z niezachwianą pewnością w głosie mrożące krew w żyłach informacje.

Znajomy się wkurwił, poszedł tam i się po prostu zapytał. Można. Po wielu dociekaniach i śledztwach doszliśmy, kto, co i po co. Oczywiście: „no bo któryś rocznik nie mógł pisać pierwszego terminu, to myślałem, że...” No właśnie: myślałem....

Zbliża się termin zaliczania niezmiernie porywającego przedmiotu, jakim jest historia filozofii. Przedmiot wydawał mi się ciekawy, dopóki się nie zaczął... Eufemistycznie mówiąc, cud dydaktyczny to to nie jest... W każdym razie mamy napisać jakieś referaty o zadanej filozofii współczesnej. Poczytałam sobie główne założenia tego nurtu, ogólnie kto, co i po co. I po parunastu stronach tego pseudonaukowego bełkotu o niczym wymiękłam. Zauważyłam, że przez cały czas przewija się pewna liczba trudnych, długich i mądrze brzmiących słów w różnych konfiguracjach, opisujących zarówno koncepcje „mojej” filozofii, jak i jej przeciwników. Czasem w różnej kolejności, czasem z przedrostkiem pseudo, w każdym razie – tragedia... Moja mama stwierdziła, gdy opowiedziałam jej o tym (a sama miała na studiach ów przedmiot, w dodatku, jako że studia były typowo humanistyczne, w nieco rozszerzonej, w porównaniu z moją, wersji) „Filozofowie mniej więcej od Oświecenia nie mają już za bardzo o czym pisać... Nic nowego nie wymyślą. Współczesne teksty filozoficzne to chyba depresja z niemocy twórczej...”

Co do spraw bardziej przyziemnych – zaczęłam ostatnio doceniać Galerię Manhattan :) Jakaś odmiana od Bałtyckiej, ciekawe, że w zeszłym roku byłam tam... raz. A po drodze...

czytaj resztę »

Dodane w studia , opinie | Komentarze 3 , zobacz komentarze

Fizjologia

2009-10-25 22:29:12

No i batalia oficjalnie zakończona. Chociaż zapewne potrwa do czerwca, a dla niektórych studentów jeszcze rok dłużej. Szaleństwa niby nie ma, szef Katedry usunął kilka punktów regulaminu, z czego de facto na usunięciu dwóch konkretnych nam zależało. O możliwych plusach i minusach usunięcia owych punktów pisać nie zamierzam, jako że obiektywnie nikt się jeszcze temu nie przyjrzał. Dr W. zachwalał regulamin jako jedyne sprawiedliwe rozwiązanie, niezwykle korzystne dla studentów. Studenci, szczególnie starsi (nasze wyrocznie od "macie przesrane, a będzie jeszcze gorzej"), twierdzili coś zgoła innego.

Po pierwsze - punkty ujemne. Punkty ujemne nie mogą mieć ponoć wpływu na zaliczenie przedmiotu, a miały, ponieważ były przyznawane na sprawdzianach. Sprawdziany były kolokwiami, ale nimi nie były, bo na kolokwiach nie może być ujemnych punktów, gdyż ocena z nich ma wpływ na zaliczenie przedmiotu.

Po drugie - słynny już na naszej uczelni Paragraf 22: „W przypadkach szczególnych, które ze względu na bogactwo zdarzeń życiowych nie dają się przewidzieć, Kierownik Katedry może podjąć decyzje – zarówno na korzyść jak i na niekorzyść Studenta - wykraczające poza literę niniejszego regulaminu” Punkt ten wzbudził największe kontrowersje, gdyż dr W. twierdził, iż pomagał on niektórym studentom zdać egzamin, mimo że zgodnie z regulamine go nie zdali, zaś w kręgach studenckich krążyły legendy o rzeszach studentów udupianych na kolokwiach z powodu zmiany oceniania/formy/czegokolwiek.

Ogólnie z tego wszystkiego najlepsze jest to, że największy opierdziel dostała starościna. Głównie od studentów. Że niby nie konsultowała ze starostami, że nie myślała, że działała na własną rękę i wymyśliła sobie to wszystko, a my będziemy cierpieć. Prawda jest taka, że ilu starostów rusza dupę na zebrania i robi cokolwiek w związku z pełnioną fonkcją wiedzą chyba wszyscy. Ja też, choć starostą nie jestem. No ale taka mentalność niektórych kretynów. Jak nikt nic nie zrobi, to jest źle i dlaczego nikt nie interweniuje. Jak ktoś coś zrobi to jest źle i po co, przecież będą kłopoty. Sami nic, ale jak coś się dzieje to ho, ho! nasze rodzime polskie narzekactwo aż w nich kipi. I co by potem się nie stało, to powiedzą "a nie mówiłem?"

czytaj resztę »

Dodane w studia , opinie | Komentarze 3 , zobacz komentarze

Doktory

2009-10-03 17:55:12

Geniusz, w powszechnym wyobrażeniu jest to osoba trzymająca się daleko od ludzi, dziwak, nie korzystający z życia, spędzający czas tylko ze swoimi książkami i przemyśleniami. Cóż, geniusze lekko nie mają, w końcu większość to wariaci, ale któż nie chciałby być takim prawie-geniuszem? Dajmy na to przykładowo medycynę – ile to osób nie idzie na te studia, widząc siebie kroczących dumnie szpitalnym korytarzem wśród szeptów podziwu i uznania zachwyconych pacjentów i lekarzy? Ile osób nie zamierza być chirurgami (specjalizacja szalenie popularna na pierwszym roku), marząc o przeprowadzaniu szalenie skomplikowanych operacji z prawie 100% przeżywalnością pacjentów? No cóż, takie głęboko ukryte marzenia ma pewnie wielu, nie tylko w medycynie, ale w każdym innym zawodzie. I większość po prostu dąży do bycia dobrym w tym, co robi, traktując je jako swego rodzaju ideał. Jednak część osób, najczęściej z medycyną mających tyle wspólnego, co ja na pierwszym roku :) traktuje to najzupełniej serio, wierząc, że dostanie się na studia medyczne jest gwarancją bycia „geniuszem”. Tak rodzą się młodociane Doktory, najaktywniejsze w okresie przed- i pomaturalnym.

Jak na prawdziwego Doktora-geniusza przystało, nie mogą oni marnować swojego cennego czasu na bzdury. Nie chodzą więc na imprezy dla „pustych nastolatków”, telewizja jest im obca, a gry komputerowe to rozrywka dla debili. Szanujący się Doktor-geniusz nie tylko gardzi rozrywkami plebsu, ale również samym plebsem. Ironicznie wypowiada się o infantylnych kolegach z klasy, którzy zamiast zakuwać biologię do matury siedzą w kinie. Dyskutują w swoim szacownym gronie, jak to będą oni śmiać się po maturze z tych pustych idiotów, którzy na pewno nie przekroczą 40-50% z żadnego z rozszerzeń. No bo jak można aspirować na tak elitarny kierunek jak medycyna nie spędzając nad podręcznikami co najmniej 3-4 godzin dziennie? Dobre sobie!

Tacy ludzie dzielą się, a raczej życie dzieli ich na trzy grupy.

Pierwsi idą na maturę pewni siebie, znając na pamięć tabelę rozpuszczalności wraz z kolorami osadów, a systematykę mszaków mają w małym paluszku. Po czym dostają zadanie, w którym trzeba przepisać zdanie z obrazka do tabelki i wymiękają. Mają ledwo po 50% są obrażeni na cały świat, jeżdżą do CKE i wracają z niczym, stwierdzają, że matury są do dupy, klucz to czysty debilizm i poprawiają maturę za rok.

Druga gupa to ludzie, którzy zdają maturę nieźle, dostają się na medycynę i idą na studia w przekonaniu o niezwykłości swojego umysłu. Często próbują kuć Bochenka w wakacje, żeby zabłysnąć na pierwszych zajęciach i już na samym początku poniżyć plebs. Dostają po dupie na pierwszych zajęciach, czasem na którychś z kolei, zależnie od asystenta. Nie tego się spodziewali. Nie chodzą po szpitalu w białym kitlu prężąc się dumnie? Nikt nie mówi do nich panie doktorze/pani doktor? Wielu z nich stwierdza, że to dlatego, iż anatomia czy embriologia są bez sensu, gdyż nie mają nic wspólnego z medycyną. Takie gadki-szmatki, a ich talent objawi się później. O tych domorosłych doktorach pisałam już jakiś czas temu. Kretyni.

Trzecia grupa to ludzie, którzy dostają po dupie na pierwszych zajęciach podobnie jak poprzedni, jednak dociera do nich, co to znaczy studiować medycynę. Orientują się, że lekarzami nie są i jeszcze długo nie będą. I zostają w większości normalnymi studentami. Oby tych było jak najwięcej, dla ich własnego dobra psychicznego. Niedługo nowy rok akademicki – i każdy się przekona, do której z grup trafi :) A może do żadnej? Może znajdą się ludzie, którzy będą traktować zawód lekarza jako zawód, a nie elYtarną przepustkę do bycia kimś lepszym od innych, od tej gorszej głupszej reszty?

czytaj resztę »

Dodane w opinie , studia | Komentarze 1 , zobacz komentarze