Ciąg dalszy
2010-10-09 00:44:16
Ciąg dalszy studiów - rok trzeci. Idę na niego z jakimś takim bardziej pozytywnym nastawieniem, niż na drugi. Jakoś tak bardziej chciało mi się wracać do Gdańska, nawe, nie powiem, tęskno mi było do miejsc i ludzi. No i może nie do nauki, nie do wkuwania tych ton informacji, nie do ziewania na porannych seminariach i bycia opierdalanym przez asystentów - ale do tego klimatu studiów, który jakoś wszedł mi w krew :) Chodzenie grupką w poszukiwaniu obiadu, szukanie ukrytych budynków na klinikach czy też ludzi, którzy wiedzą, gdzie jest Szpital Wojewódzki... Coraz mniej się nami interesują (Zalecany podręcznik? Przecież sami wiecie, z czego wam najlepiej się uczy!), ale jednocześnie powoli, powoli zaczynają traktować jak... no nie jak przyszłych lekarzy, ale jak ludzi ;)
Trzeci rok... A niedawno pisałam, jak szybko przeleciał mi pierwszy...
No i praktyki po drugim roku. Te na Szpitalnym Oddziale Ratunkowym. Były... hmmm... ciekawe. Troje najbardziej uprzejmych i ujmujących pacjentów, jakich miałam okazję spotkać: Pan_Bezdomny, Pan_Schizofrenik i Pani_Z_Krwiakami. Do tego upośledzone dziewczynka i jej radość na wieść, iż badania nic złego nie wykazały i nie musi zostawać w szpitalu :) Z mniej miłych akcentów: Pan_Pijak (jeden z wieeelu, ale charakterystyczny, w negatywnym tego słowa znaczeniu), Pani_Z_Nadciśnieniem i inni, a także lekarz, ogólnie - owszem - sympatyczny, ale mógłby dać pacjentowi powiedzieć więcej niż trzy słowa... Może przyzwyczaił się zbytnio do rozgadanych babć, które boli wszystko, a które tak irytują niektórych lekarzy?
Tak na marginesie, to spodobała mi się chyba neurologia ;) Rozmowa z pacjentem, zebranie zwykłego wywiadu, jest nieraz sporym wyzwaniem... Bada sięniby pacjenta, normalnie, ale przy okazji informuje się go, gdzie jest. I że jest chory. Albo słucha pacjenta, który nie potrafi wypowiedzieć co drugiego mniej więcej słowa (o tych, którzy nie komunikują się wcale, już nie wspominam...) Poza tym samo badanie jest ciekawe. Ale jeszcze daleka droga przede mną :)
Przyjaciółka powiedziała mi kiedyś, że potrafię słuchać. Że jakoś tak naturalnie jej przyszło zwierzenie się mi (ach te problemy w relacjach damsko-męskich...) Może coś w tym jest? Może dlatego czasem zostawałam z pacjentem, by mógł się wygadać, żeby poczuł się choć trochę lepiej? Może dlatego wolę pacjentów takich, jak w poprzednim akapicie, niż tych połamanych, krwawiących itp.? Ech, studentka - kiedyś przestanę nią być i może wszystko się zmieni? :)
