Młodzież i plebs
2011-03-27 17:53:44
Rozmawiam z ludźmi. Czytam blogi. I śmieję się. Dzisiejsza młodzież pełna różnej maści "ekscentrycznych outsiderów", tych innych niż wszyscy (czy nie pisałam o nich w kontekście studiów medycznych, ile to będzie, ze dwa lata temu?) Ci lepsi od innych, wyżej od plebsu. "Nie spotykam się z tymi idiotami, bo mam ważniejsze rzeczy do roboty", "nie idę na imprezę, bo muszę się uczyć do matury i dostać na elitarną medycynę, ach och!", "te patałachy do niczego w życiu nie dojdą, siedzą tylko takie pustaki i rozmawiają, gdy ja robię sto pięćdziesiąty zbiór zadań z chemii". Czy to nie żałosne? Żałosne.
Żałosne jest takie podejście, żałosne jest uważanie się za lepszego, bo się wybiera lub jest na jakichś rzekomo szalenie wypasionych studiach, jak medycyna (Hałsy kurwa...) czy inne prawo. Powiedzmy sobie szczerze, głównie tacy inteligenci są w liceum, ewentualnie na pierwszym roku. Chociaż zdarzają się przetrwałe wyjątki. Niestety. Chociaż czy niestety...? Gdyby nie pewnych dwóch znajomych, nie miałabym pojęcia, że ostali się jeszcze ludzie, którzy uważają, że do zostania super-kurwa-nie-wiadomo-jakim-prof. dr hab. n. med. brakuje im tylko oficjalnie PWZ. No jeden się nie ostał, przepraszam. A ubaw mam z nich taki, że równoważy mi wszystkie nieprzyjemności związene ze studiami.
Ale pisałam o "ekscentrycznych outsiderach" ;) Jak byłam mała, modne było mówianie o sobie "jestem szaona, nieprzewidywalna, dzika,..." W zamyśle: impreza, impreza, impreza. Dzisiaj coraz więcej uprzednio "szalonych nastolatek" zamienia się w jakieś twory pseudo-emo (ci to chociaż jakoś subkulturę mają...). "Nie zależy mi na niczyjej opinii", "jestem nietypowa, aspołeczna, nie lubię tłumu, samotność to moje życie", plus oczywiście stałe wyśmiewanie się z pustych blachar, emo, dresów czy innych tego typu grup. Bo ja jestem lepsza. Słucham Komy i Czesław śpiewa. A nie jakiegoś chłamu bez znaczenia. Tak, snobizm, najczęściej przejawiający się robieniem zdjęć lustrzanką za grube tysiące (ach ta sztuka jest taka ponas plebs...) czy czytaniem pseudofilozoficznych natchnionych książek, w których oczywiście, w przeciwieństwie na przykład do poezji, sens ukryty pod wzniośle brzmiącymi hasełkami, jest oczywisty i widoczny dla każdego, to również domena tych natchnionych samotnych buntowników.
Czyżby czasem pojawiająca się w różnego rodzaju filmach czy literaturze postać przystojnego samotnego chłopaka, który kroczy ulicą z rękami w kieszeniach, jakby poza całym materialnym światem? A może po prostu kwestia naogądania się "Zmierzchu", który "ci lepsi" uważają często za domenę pustych różowych gimnazjalistek?
