Czy
2011-03-05 21:42:15
Różnica między pesymistą i optymistą polega na tym, że optymista wie, iż jest optymistą, natomiast pesymista myśli, że jest realistą. Przynajmniej w moim otoczeniu. Może wynika to z naszej skłonności do narzekania. Może z tego, że gdyby pesymista przyznał, iż realistą nie jest, oznaczałoby to, że może być gorzej. A to przecież niemożliwe. Taki dziwny wstęp do kolejnego wpisu. W sumie z dupy wzięty i nie wiadomo, jak łączący się z całością, ale że mnie natchnęło, to napisałam :)
Na uczelni trochę z dupy nas potraktowali. A to zdziwienie... Chodzi o kolokwium z EKG, które jakaś połowa grup zdała na 4-5, no ewentualnie 3, nie zdały jednostki, a druga połowa spierdoliła. Tam zdały jednostki. No może nie aż tak źle, chociaż w jednej z grup zdało bodajże pięć osób na dwadzieścia. Oceny tak do 4 może. Mi akurat się poszczęściło, jakoś utrafiłam w pytania i mimo że nie czuję się jakaś mocna w interpretowaniu szlaczków, a do tego pisałam w tej mniej szczęśliwej połowie - zdałam. W ogóle na trzecim roku dochodzę do wniosku, że coraz częściej opłaca się mieć więcej szczęścia niż rozumu. Czy to dobrze wróży na przyszłość - nie wiem.
Dziwnie sprawa się ma z fizjologią, którą w zeszłym roku niemalże wynosiłam pod niebiosa, pomijając oczywiście afery z regulaminem. Okazało się, że szef Katedry tak zachwycił się naszym genialnym i cudownym rocznikiem, że bardzo przecenił następny. Zmienił na przykład kryteria oceniania (oczywiście to tylko na korzyść studentów - bo nasza Uczelnia pieprzy matmę i mieć -1 za złą odpowiedź jest dużo korzystniej niż -0,4). Nie wiem, co jeszcze, w każdym razie efekt jest jaki jest - co poniektórym grozi niedopuszczenie do egzaminu (niedopuszczeń w zeszłym roku też nie było). Jakimś cudem mnie to ominęło... I znowy wychodzi, że mam szczęście.
Chyba ów optymizm z pierwszego akapitu się jednak pojawił. Szok!
Coraz bardziej mnie przeraża wizja zostania sam na sam z pacjentem, co z pewnym prawdopodobieństwem za parę lat będzie miało miejsce. Dziwnie się z tym czuję, niepewnie. Wiem, że tego chcę, ale mimo to jestem pełna obaw. Jak na razie jedyne życie, za które byłam odpowiedzialna, to świnka morska (przeżyła) :) Nie jestem pewna, czy w odpowiedniej chwili będę w stanie uruchomić wiedzę wyniesioną ze studiów. Czy będę tę wiedzę posiadać. Czy przy pierwszym "ostrym" pacjencie będę potrafiła podjąć decyzję. Czy chociażby się ruszyć... Czy poradzę sobie ze stresem. Pamiętam, jak się czułam, gdy na praktykach zmarła pacjentka, którą się zajmowałam, z której wynikami biegłam po lekarza, żeby zajęli się nią jak najszybciej. Przemiła pacjentka, która do końca była pogodna i cieszyła się, że jest w dobrych rękach, że ktoś się nią zajął. Martwiła się tylko, że w domu bałagan, że wnuki...
Czy będę w stanie sobie z tym poradzić? A jeśli nie? Czy spróbuję jeszcze raz? Wszystko od zera? "Od matury"? Czy będę sobie potrafiła powiedzieć w twarz, że to nie moje miejsce na Ziemi?
